
Autor: rozmawiał Łukasz Pałka
Pracuje w bankowości prawie trzydzieści lat i był między innymi prezesem BRE Banku. W rozmowie z Money.pl opowiada, jakie projekty go dzisiaj interesują i dlaczego współpraca polskich menedżerów z zagranicznymi inwestorami bywa bardzo trudna.
Zdaniem Mariusza Grendowicza nowi gracze na polskim rynku bankowym wciąż mają szansę, by odnieść spektakularny sukces. Powinni jednak uzbroić się w cierpliwość, bo konkurencja jest niezwykle duża i na zdobycie odpowiedniej pozycji trzeba poświęcić co najmniej pięć lat. Przyznaje też, że jako bankowiec byłby w stanie zaakceptować pomysł ograniczenia spreadów na kredytach w walutach obcych.
Money.pl: Mija rok od pańskiego odejścia z BRE Banku. Znalazł Pan już nową pracę czy postanowił zostać rentierem?
Mariusz Grendowicz, były prezes BRE Banku: Na rentiera jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Wciąż mam zbyt dużo adrenaliny. Dlatego wrócę najprawdopodobniej do bankowości, w której do tej pory spędziłem 27 lat. Zależy mi na tym, by właściwie spożytkować energię i wejść w projekt, który będzie dużym wyzwaniem.
Co to będzie?
Wydaje mi się, że lada dzień w Polsce może pojawić się kilku inwestorów, którzy potrafią patrzeć na rynek bankowy w dłuższym horyzoncie czasowym niż jeden rok. By odnieść sukces, będą gotowi realizować ustalony plan strategiczny przez pięć, być może trudniejszych, lat. Z takimi inwestorami na pewno warto rozmawiać.
Jacy to inwestorzy?
Jest kilku wielkich nieobecnych w Polsce, którym nasz kraj bardzo pasowałby do swojej międzynarodowej układanki. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy mówiąc, że o wejściu do Polski myślą austriacki Erste Bank czy włoska Intesa. Są wreszcie inwestorzy, którzy chociaż obecni w Polsce, nigdy nie odnieśli tu dużego sukcesu. Chcąc to naprawić, to – tak jak na spowiedzi – muszą żałować za biznesowe grzechy i obiecać poprawę.
A Pan chce im w tym pomóc?
Oczywiście (śmiech). Wielu inwestorów chce dokonać w Polsce czegoś spektakularnego. A ja... cóż, być może inna osoba na moim miejscu wolałaby zostać na obrzeżach bankowości. Ale w moim przypadku jest trochę tak, że ciągnie wilka
do lasu.
Na zdjęciu Mariusz Grendowicz
Czy polski rynek bankowy, na którym jest już tylu graczy, naprawdę może być jeszcze dla kogokolwiek atrakcyjny?
Tak, ale – jak już Panu wspomniałem – tylko dla kogoś, kto patrzy na niego w co najmniej pięcioletnim horyzoncie czasowym. Jeżeli jest gotów wytrwać tych pięć lat, a do tego słucha potrzeb lokalnego rynku i ślepo nie powiela zagranicznych schematów, to szanse na sukces znacznie rosną.
Zatem czym Pana zdaniem ten polski rynek tak się różni od innych?
Jest znacznie bardziej konkurencyjny niż w jakimkolwiek innym kraju Europy. Gdybyśmy zsumowali wszystkie banki, które mają ponad pięć procent rynku, bądź aspirują, by sięgnąć tego progu, to okaże się, że wychodzi nam nie sto, a dwieście procent, co jest rzecz jasna niemożliwe. I do tego wszystkie banki chcą być uniwersalne, obsługiwać wszystkich klientów.Taka nadkonkurencyjność sprawia, że każdy nowy gracz powinien być niezwykle szybki z nowymi pomysłami, produktami. A jeżeli gracz globalny chce wszystkim zarządzać centralnie, to w Polsce od razu skazuje się na niepowodzenie.
To znaczy, że powinien dać polskim menedżerom wolną rękę?
To warunek niezbędny. I mówię to w oparciu o własne doświadczenia z banku BPH. Tam inwestor strategiczny z jednej strony zaufał polskim menedżerom, a z drugiej zapewnił sobie wszystko co potrzebne, by być spokojnym o swój biznes. Bo jeżeli ktoś inwestuje miliardy złotych w bank, to ma pełne prawo kontrolować ryzyko i akceptować największe ekspozycje kredytowe. Ma też prawo wiedzieć, gdzie będzie dokładnie robiona wartość i zyski, a potem z tego rozliczać według wcześniej ustalonych kryteriów.
Klinkij i zobacz wywiad z wicepresez Citi BankuWszędzie indziej. To zatrudnianie i zwalnianie ludzi, wynagrodzenia, wdrażanie nowych produktów, systemy informatyczne dostosowane do potrzeb lokalnych klientów. To wszystko z powodzeniem może być robione polskimi rękami, gwarantując jednocześnie inwestorowi światowe standardy.
Wnioskuję, że rozstał się Pan z BRE Bankiem, bo główny inwestor nie rozumiał podejścia, o którym Pan teraz mówi. Dwa i pół roku to bardzo krótki okres na stanowisku prezesa banku.
Ale cały czas powyżej średniej europejskiej, która wynosi 2,3 roku (śmiech). Poważnie mówiąc, rzeczywiście nie jest to zbyt długi okres, ale nie mnie tłumaczyć powody, dla których zostałem odwołany.
Zapytam więc inaczej. Czy polskim menedżerom w bankach z zagranicznym kapitałem trudno współpracuje się z inwestorami strategicznymi?
Można powiedzieć, że im trudniejsza sytuacja inwestora za granicą, tym ta współpraca trudniejsza. Widać to było zwłaszcza w okresie kryzysu. Nawet jeżeli w Polsce nie dzieje się nic złego, to służby kontrolne na poziomie globalnym często prześcigają się w wymyślaniu dodatkowych obostrzeń, które w niewielkim stopniu przystają do polskiego rynku. Od kolegów z innych banków słyszę, że zagraniczne grupy czasami bardziej niż na obserwowaniu rynku i odniesieniu sukcesu skupiają się na kontrolowaniu, by polska córka nie urwała im się z postronka.
To błąd?
Ktoś, kto przeniósłby uwagę z ciągłej kontroli na sukces, odniesie go szybciej niż ci, którzy patrzą tylko na własny pępek i chcą wszystkim sterować centralnie.
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
w trakcie meczu banki podniosły spready średnio 100%
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
ten pan to widać łachudra
A zmiana wielkości spredu w trakcie kredytowania to już dla niego nie jest przestawianiem bramek.
Jak nas chcą łupić to niedobrze, grunt byśmy my mogli innych łupić. Współczuję nabitym w mbank.
Re: Grendowicz: Politycy mają banki za kasyna
Widzę, że Pana Grendowicza dobre samopoczucie nie opuszcza. Ciekawe, czy inwestorzy wiedzą jaką "reklamę" zrobił BRE Bankowi. Klienci z pewnością nie zapomną jak ich potraktował i będą się trzymać z daleka od instytucji które Go zatrudnią.