Na skróty
Money.plManagerLudzie sukcesuWywiadyMarcin Juzoń, prezes spółki Secus
2007-03-06 09:00

Marcin Juzoń, prezes spółki Secus

Marcin Juzoń, prezes spółki Secus

Karierę na rynku kapitałowym rozpoczynał w 1994 r., gdy zainwestował własne pieniądze na samym szczycie hossy. Skłonność do ryzyka pozostała mu do dziś.

Zadziwił rynek finansowy, gdy firma przez niego kierowana wypuszczała obligacje oprocentowane na 17 proc. w skali roku. Ostatnio zaś stworzył fundusz inwestujący poza rynkiem publicznym. W grudniu ub.r. pozyskał on 4 mln złotych. Marcin Juzoń, bo o nim mowa, już myśli o kolejnej emisji wartej 100 mln zł. Jakby tego było mało, przynajmniej dwa razy w roku przebiega maraton.

O swoich sukcesach i trudnych chwilach, strategiach inwestycyjnych i sportach ekstremalnych, czytelnikom Money.pl, opowiada Marcin Juzoń, prezes spółki Secus i dyrektor w Secus Asset Management.

Money.pl: Był pan związany z Beskidzkim Domem Maklerskim. Właściwie niemal cała wyższa kadra spółki Secus wywodzi się z tego biura. Kiedy i dlaczego powstał pomysł, by się usamodzielnić, zacząć działać na własny rachunek?

Marcin Juzoń: Dla każdego z nas to była pierwsza praca. To był okres ważny w naszym życiu, zresztą bardzo wiele się nauczyliśmy. W pewnym momencie jednak stwierdziliśmy, że mamy trochę inną wizję rozwoju, że chcemy realizować inne pomysły na obsługę klientów. Postanowiliśmy więc, że będziemy to realizować już samodzielnie. Trzeba jednak podkreślić, że rozstaliśmy się w zgodzie i jesteśmy bardzo wdzięczni BDM, że dał nam możliwość rozwoju zawodowego. Do tej pory zresztą współpracujemy.

Money.pl: Jak to się stało, że karierę zawodową związał Pan z rynkiem kapitałowym?

M.J.: O tym, że jest coś takiego jak giełda, dowiedziałem się, gdy byłem w Londynie. Miałem rok przerwy w studiach i w 94 r. jeden z moich znajomych przyjechał właśnie z Polski. Był pod wrażeniem hossy giełdowej w Warszawie i ciągle mówił, że my tu pracujemy ciężko fizycznie, a tam w Polsce na giełdzie można zarobić górę pieniędzy. To było takie łatwe i proste. To była bardzo kusząca wizja, więc stwierdziłem, że skoro tak jest, to część pieniędzy jakie zarobiłem za granicą przeznaczę na inwestycje giełdowe. Tak jak postanowiłem, tak uczyniłem.

Money.pl: 1994 r. to nie był chyba dobry czas na wejście na giełdę, właśnie kończyła się hossa?

M.J.: Dokładnie, inwestycje zaczynałem na lokalnym szczycie. Na szczęście zainwestowałem nie wszystkie, ale tylko część zarobionych pieniędzy. Początkowo nawet udało mi się i to nawet znacznie pomnożyć kapitał. Wraz z upływem czasu zacząłem jednak tracić pieniądze. Wtedy stwierdziłem, że tak ciężko zarobione pieniądze giełda w jakiś sposób musi mi oddać. Postanowiłem zostać maklerem. Zdałem egzamin i w 1995 r. poszedłem do pracy w biurze maklerskim. Bardzo szybko zorientowałem się jednak, że ta licencja maklerska nie daje wiedzy, jak inwestować pieniądze. Musiało minąć dużo czasu, zanim zrozumiałem w jaki sposób pomnażać kapitał.

Money.pl: Jaki jest więc klucz do sukcesu na rynku kapitałowym?

M.J.: W pewnym momencie, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę, to czas robi pieniądz. Zrozumiałem, że inwestycje, które w krótkim terminie przynoszą straty, w długim mogą zakończyć się ponadprzeciętnymi zyskami. Na rynku kapitałowym najważniejsza jest cierpliwość. Kluczowa jednak nadal pozostaje decyzja o samym zainwestowaniu środków. Każdy, kto dziś będąc na studiach zaczyna się interesować giełdą, zaczyna inwestować pieniądze tak naprawdę najwięcej się uczy. Rynek finansowy jest najszybciej rozwijającym się działem gospodarki i to tu można zarobić najwięcej. Doskonale to ujął właściciel firmy Reporter, której jesteśmy udziałowcem. Obserwował nas jak działamy, i podczas jednego ze spotkań powiedział, że my to mamy świetną pracę - przekładamy tylko pieniądze z kupki na kupkę i zarabiamy. On tymczasem musi 18 miesięcy przed sezonem opracować projekt ubrań, skroić go, potem wybrać kolory, zamówić materiały, porozumieć się z producentami. A to jeszcze nie koniec, bo później sprowadza wszystkie zamówione produkty do Polski, przepakowuje w magazynie, wysyła do sklepu i potem czeka aż mu zapłacą kontrahenci. Na tym przykładzie widać, że rynek finansowy jest dużo łatwiejszym i prostszym miejscem do zarabiania pieniędzy.

Money.pl: Secus Asset Management z sukcesem zaoferował klientom jeden z pierwszych na rynku funduszy inwestujący poza rynkiem publicznym. A jak inwestują właściciele Secusa?

M.J.: Z reguły inwestujemy dokładnie tak samo, jak nasi klienci. Jeśli wpadniemy na pomysł inwestycji, która wydaje nam się perspektywiczna, jeśli wierzymy w nią, to jest to znak, że możemy ją zaoferować naszym klientom. Działając według tej strategii zyskaliśmy bardzo duże zaufanie i mimo że jesteśmy nową firmą, inwestorzy powierzają nam swoje pieniądze. Mamy za sobą bardzo poważny test takiego zaufania, gdy na przełomie 2003 i 2004 roku przeprowadziliśmy emisję tzw. śmieciowych obligacji. Były one oprocentowane bodajże na 17 proc. Nasi inwestorzy nie mieli jednak wątpliwości. Mówili, że jeśli członkowie zarządu Secus AM poręczą tę emisję osobiście - powierzą nam pieniądze. Dzięki temu w 2 tygodnie pozyskaliśmy 10 mln zł. Mogliśmy zrealizować nasze pomysły jak choćby inwestycję w spółkę Pronox Technology, która niebawem zadebiutuje na GPW.

Money.pl: Ciągle mówimy o sukcesach i spektakularnych transakcjach, czy jednak nie zdarzyły się wam żadne wpadki, choćby chwile zwątpienia?

M.J.: Moje najtrudniejsze osobiste wspomnienia, wiążą się z pierwszym okresem pracy, gdy przeżywałem tzw. lekcję giełdową. Niektóre decyzje okazały się nietrafione i powodowały, że ponosiłem straty. Na przestrzeni ostatnich lat takich doświadczeń już nie miałem.
Natomiast jeśli chodzi o działalność Secus - trudne momenty przeżywaliśmy chyba tylko w związku z jedną inwestycją. Dla naszych klientów skupowaliśmy akcje pracownicze PZU. W pewnym momencie przyszedł moment, gdy musieliśmy się zastanowić, czy jest szansa by konflikt akcjonariuszy większościowych został zażegnany. Od początku bowiem akcje były skupowane z myślą o tym, że spółka pojawi się na GPW i stworzy to możliwość wyjścia z inwestycji na dogodnych warunkach. Postanowiliśmy jednak poinformować klientów, że naszym zdaniem, konflikt się będzie przedłużał i muszą się zastanowić, czy nie powinni sprzedać akcji. Decyzja o sprzedaży była o tyle ułatwiona, że wszyscy mogli liczyć na bardzo wysoką stopę zwrotu - kilkaset procent. Czas jednak pokazał, że mieliśmy rację, gdyż w tej chwili do rozwiązania konfliktu jest równie daleko, jak kilka lat temu.

Money.pl: Inwestycje na rynku niepublicznym nie są w Polsce zbyt popularne. W jaki sposób znajdujecie firmy, w które warto inwestować, tym bardziej, że nie operujecie ogromnymi kwotami?

M.J.: Dwie nasze dotychczasowe inwestycje, czyli Pronox Technology i Reporter, to firmy, które znaliśmy wcześniej. Ostatnio zaś zostaliśmy udziałowcem w spółce Agito.pl. Widzieliśmy jak te firmy się rozwijają, znaliśmy zarządy tych firm, dzięki czemu mieliśmy dużą łatwość w podjęciu decyzji inwestycyjnej.
Kiedy informujemy naszych pracowników, że poszukujemy inwestycji, to niemal natychmiast spotyka się to z odzewem. Nie ma tygodnia byśmy nie otrzymali pytań, bądź wręcz zaproszeń do zapoznania się z firmą, która poszukuje kapitału. Później dokonujemy weryfikacji projektu. Jak każdy inwestor na tym rynku analizujemy oczywiście również opcje wyjścia z inwestycji. Musimy sobie zawsze odpowiedzieć na pytanie - czy rozwiniemy daną firmę tak, by wprowadzić ją na giełdę, czy po pewnym czasie zorganizujemy wykup menadżerski.

Money.pl: Wasza firma zależna - Secus Asset Management zarządza pieniędzmi swoich klientów. Oferujecie portfele inwestycyjne i fundusze, również takie działające na dość ryzykownym rynku niepublicznym. Czy łatwo jest zyskać zaufanie klientów, choćby w kontekście afery WGI?

M.J.: Gdyby się nad tym zastanowić, to właśnie w aferze WGI można upatrywać impulsu, który zdecydował, że podjęliśmy decyzji o wejściu na giełdę. Chcemy być transparentni, bardzo przejrzyści. To, co spowodowało, że w przypadku WGI klienci stracili pieniądze, to był właśnie brak transparentności. Pieniądze na kontach klientów nie były zarządzane oddzielnie, tylko były wrzucane do jednego worka. Takie zarządzanie powoduje, że pieniądze się mieszają i zawsze może ktoś przyjść i powiedzieć - zabieram połowę. Gdyby zarządzano każdym kontem indywidualnie, to klienci bardzo szybko mieliby informacje, że ponoszą straty i być może mogliby wycofać swoje środki zanim doszło do upadku firmy.

W swojej karierze na rynku kapitałowym widziałem zresztą podobne przypadki. Co ciekawe, zawsze kończyło się to tak samo. Informowanie klientów o zyskach, gdy są straty, ma krótkie nogi. Ktoś, kto uprawia taki proceder, zawsze ma nadzieję, że się odegra, że odwróci złą passę, jednak to jest niezwykle trudne.

Znów wrócę do naszej emisji obligacji. Była ona zabezpieczona wekslami, na których były podpisy - moje i wspólników, dodatkowo zaś był jeszcze zastaw na aktywach, które kupowaliśmy za te środki. Klienci więc ponosili ryzyko, ale było ono ograniczone do minimum.

Money.pl: Nie baliście się? Zrobić emisję z oprocentowaniem 17 proc. zawsze może przecież coś się nie udać, tymczasem ryzykowaliście nie tylko własnymi majątkami, ale reputacja?

M.J.: Jesteśmy ryzykantami, to prawda. Inwestujemy jednak, by osiągnąć ponadprzeciętne stopy zwrotu. Gdy zdywersyfikuje się działalność okazuje się, że ryzyko nie jest już tak duże jak w przypadku jednej inwestycji. Jak widać opłacało się podjąć ryzyko. Muszę przyznać, że przeżywaliśmy duży stres po pierwszym roku, gdy okazało się, że wyniki nie były takie jak zakładaliśmy. W drugim roku działalności, gdy przemyśleliśmy wszystko, dokonaliśmy delikatnej korekty, okazało się, że idziemy w dobrym kierunku. Ten rok pokazuje zaś że obrana droga okazała się bardzo skuteczna. Widać to choćby na przykładzie naszej spółki portfelowej - Pronox Technology, która będzie zupełnie inną firma na koniec 2007 r., niż była jeszcze 12 miesięcy temu.

Money.pl: Wywołał Pan stres, który często towarzyszy inwestycjom. Jak Pan sobie z nim radzi?

M.J.: W wolnym czasie uprawiam różne sporty ekstremalne. Czasem się zastanawiam, czy dlatego żeby dołożyć sobie stresu, czy oderwać się od tego co mam na co dzień. Uprawiam windsurfing - to jest mój ulubiony sport. Na drugim miejscu zaś jest bieganie. Staram się nawet przynajmniej dwa razy w roku zaliczyć maraton. Ostatnio, w listopadzie biegłem w Monaco. Trasę ukończyłem z czasem 3 godziny 46 minut. Nie jest to może najlepszy wynik, bo planowałem zejść poniżej trzech i pół godziny, ale i tak jestem zadowolony. Zawsze w tym co się robi, trzeba widzieć pozytywny cel, zarówno w biznesie, jak i poza nim.

Tagi:giełda, makler, inwestowanie, fundusz, marcin juzoń, secus management
Pochwal się na swojej stronie,
że czytasz Money.pl
Czytam Money.pl
Ludzie sukcesu
  • Raperka pojawi się w "Szybkich i wściekłych 7"

    Menstream
  • Powstanie film o Mike'u Tysonie. Kto zagra "Bestię"?

    Menstream
  • Słynny żandarm z Saint-Tropez miałby dziś 100 lat

    Menstream