wp.pl
wp.pl
Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Po odejściu z T-Mobile sprzedaje piwo i buduje stok narciarski. Ale nie tylko

Po odejściu z T-Mobile sprzedaje piwo i buduje stok narciarski. Ale nie tylko

Fot. Marcin Kaliński

Konkurował z Orange i Playem, spierał się z UKE, chciał wycinać reklamy na komórkach. Rok temu Miroslav Rakowski rozstał się z T-Mobile i zajął się piwem oraz budowaniem stoku narciarskiego. Twierdzi, że piwo ma najlepsze w Polsce, a remontowanie kamienic go odpręża. Na czym dziś zarabia - o tym opowiada w wywiadzie dla money.pl.

Agata Kołodziej, money.pl: Minął rok, odkąd zniknął pan z T-Mobile, z korporacji w ogóle i tym samym z łam prasy. Co pan w tym czasie robił?

Miroslav Rakowski, były prezes T-Mobile: Zostałem – przynajmniej częściowo - w Polsce, w Warszawie. I rzuciłem się na głębokie wody zupełnie innego biznesu. Tym razem własnego.

I to na kilku różnych frontach.

Tak. Ale właściwie od dawna robiłem coś na własny rachunek, poza korporacją. Mniej więcej od dziesięciu lat zajmuję się inwestowaniem w nieruchomości w Czechach. Wykupuję głównie kamienice, remontuje je i wynajmuję. To jest dla mnie bardzo odprężające.

Zacznijmy jednak od restauracji w centrum Warszawy, w której siedzimy, bo to nowy projekt. Ceska działa od marca 2015 roku. Kiedy wpadł pan na pomysł, by wejść na rynek gastronomiczny?

Już dawno. W Polsce mieszkam od wielu lat i jako rodowitemu Czechowi i piwoszowi, brakowało mi takiej restauracji. To był trochę taki czeski sentyment, bo w moim kraju takie miejsca są na każdym rogu. Kiedy odszedłem z korporacji, wreszcie znalazłem czas, by się tym zająć. Udało się i myślę, że poszło bardzo sprawnie. W pół roku, odkąd przejęliśmy ten lokal, zrodziła się Ceska.

Ile kosztował pana sentyment?

Jest to dość duży lokal, technologia jest droga i wynajem w centrum Warszawy też kosztuje.

Czyli ile?

Powiedzmy, że w okolicach 1-2 mln zł.

Kiedy się zwróci?

Zobaczymy, ale wygląda na to, że tu w Warszawie pójdzie bardzo dobrze. Codziennie - oprócz niedzieli i poniedziałków - restauracja jest właściwie pełna. To jest przyjemne, kiedy przyjeżdżam i widzę, że ludzie się dobrze bawią, piją piwo i mówią: "ale dobre". To jest sedno tego biznesu.

Wielu moich znajomych twierdzi, że to najlepsze piwo w Warszawie.

Jestem pewny, że jest ono wręcz najlepsze w Polsce. Głównie dlatego, że jest świeże, niepasteryzowane i przyjeżdża bezpośrednio z Pilzna, czyli z miejsca, w którym 170 lat temu powstało pierwsze filtrowane piwo na świecie. Sekret tkwi w tym, że piwo jest ciągle utrzymywane w stałej temperaturze 7 stopni C. Od momentu wyjazdu z browaru w Czechach aż do chwili, kiedy leje się do kufla, ma ciągle idealne 7 stopni.

Drugi powód jest taki, że jest ono ciągle utrzymywane w próżni, dlatego się nie psuje, nie ma innych posmaków. Trzecią tajemnicą jest nalewanie tego piwa w typowy czeski sposób, do super czystych kufli. Nie ma mowy o żadnych zmywarkach czy środkach chemicznych, które pozostają na kuflach. To jest różnica między tym, co dzieje się w każdej innej restauracji, gdzie biorą pierwszy lepszy kufel, często jeszcze ciepły po wyciągnięciu ze zmywarki i leją piwo o temperaturze jakiejś tam, a po drodze z browaru jest przechowywane w temperaturze od 5 stopni do 30, kiedy stoi w kegach na słońcu. Różnica jest kolosalna, wystarczy spróbować.

A jedzenie? Sprowadził pan do tej restauracji kucharza z Czech?

Tak, nawet dwóch, żeby nauczyli Polaków, jak gotować czeskie dania i muszę przyznać, że na początku to było trudne. Bo polski kucharz nie wie, jak ma smakować czeskie jedzenie, skąd ma wiedzieć? Ta nauka chwilę trwała, jakieś trzy miesiące. Ale teraz mamy już tylko polskich kucharzy.

Restauracja w Warszawie nie jest jedyna. Zdążył Pan już otworzyć kolejną we Wrocławiu.

Tak, uruchomiliśmy ją w listopadzie. Ale nie jest tak duża jak ta w Warszawie.

Planuje pan całą sieć?

Nie, zdecydowanie nie. Ta wrocławska wynikła trochę z przymusu. Nasz partner, który jest właścicielem marki Pilsner Urquell SABMiller, chciał otworzyć przynajmniej jeszcze jedną taką restaurację w Polsce. Dostaliśmy zapytanie, czy możemy z nimi otworzyć jeszcze jedną, rozejrzeliśmy się trochę i ponieważ wpadła nam w oko ciekawa lokalizacja, zdecydowaliśmy się na to. Ale nie planujemy kolejnych lokali ani budowy dużej sieci. W tego typu inwestycji najważniejsze jest, żeby jakość tego piwa została taka jak na początku.

Co jest w Ceskiej ważniejsze: jedzenie czy piwo?

Piwo! Zdecydowanie.

A na czym więcej pan zarabia?

Zdecydowanie nie na piwie. Nawet jeśli piwo jest dużo droższe niż w Czechach. Tam w ogóle nie rozumiem tego biznesu, wszędzie piwo leje się strumieniami, a marże są prawie zerowe. W Polsce przynajmniej piwo ma jakąś marżę, szczególnie w Warszawie. Ale zdecydowanie najwięcej zarabia się na jedzeniu.

Restauracja to tylko jedna część działalności. Restaurację buduje pan też w Czechach i to w dodatku przy stoku, którym również pan zarządza.

Tak, stok narciarski w Czechach to - jak uważam - wypełnienie luki. Po polskiej stronie jest infrastruktura, góry są zagospodarowane. Po czeskiej stronie potencjał wykorzystany jest może w 10 proc. a jest przepięknie. Dlatego z kolegami wzięliśmy w obroty jeden ośrodek narciarski, przebudowaliśmy i jest prawie gotowy. Zaczęliśmy trzy lata temu, ale dopiero w ubiegłym roku ruszyło mocno do przodu.

Było już wielkie otwarcie?

Było, tylko nie było śniegu. Kapryśny biznes, ale nie jest to tylko stok, mamy też restaurację i ośrodek, który działa cały rok. To jest ciekawe miejsce na spotkania firmowe, wyjazdy integracyjne. Liczę, że dzięki temu nie będzie to wyłącznie inwestycja sezonowa, a ośrodek narciarski będzie tylko przy okazji atrakcją. Nawet nie liczę, kiedy się to zwróci.

Sprawdziłam, że swoją przyszłość wiąże pan też z winami i siedzibą Lichtensteinów.

Mówi pani o miejscowości Valtice blisko Mikulova. Tak, buduję tam mały hotelik. To jest bardzo stare miasteczko znane w Czechach z produkcji wina, tam człowieka z każdej strony atakują winnice. Powstało na ruinach dominikańskiego klasztoru z XII wieku i po tym klasztorze pozostały przepiękne piwnice, wręcz katakumby. To jest też miejsce, gdzie jest duża koncentracja zabytków Lichtensteinów, o czym mało kto wie. To jest cud architektoniczny, zresztą bardzo blisko Polski.

A co z tymi winami? Będzie je pan sprzedawał? A może sprowadzał do Polski?

Wielu dostawców czeskich win chciałoby spojrzeć w stronę polskiego rynku, bo tu tego wina praktycznie nie ma. Możemy kupić w Polsce wina praktycznie z całego świata, a tych z Moraw nie, szkoda. Ale prawda też jest taka, że czeskiego wina jest mało, bo produkuje się około stu milionów butelek rocznie, ale to wszystko wypijają Czesi. Więc nie, nie planuję sprowadzać czeskich win do Polski. Ale warto ich spróbować, szczególnie tych białych, a wygląda na to, że rocznik 2015 będzie genialny.

Te wina, do których - jak słyszę - ma pan słabość, chce pan połączyć z technologią.

To nie jest wielki projekt, chodzi o aplikację, która ułatwiłaby gościom mojego hotelu kupienie wina. Chodzi o to, żeby móc nie tylko spróbować, kupić, ale też czegoś o tym winie się dowiedzieć. Aplikacja co prawda jeszcze się nie pisze, bo póki co budują się ściany hotelu, co potrwa jeszcze rok, ale mamy ją w planach.

Pańska biznesowa trzecia twarz to jednak nieruchomości. To z tego pan żyje.

To są kamienice w różnych miastach na Morawach, lokale i mieszkalne i komercyjne. Kupuję coś w stanie opłakanym, remontuje i wynajmuję. Parę kawałków tego jest. I to jest fantastyczny biznes, bo od razu widać wynik.

Ale nieruchomości też teraz nie są łatwym biznesem.

Nie do końca, zarówno w czasie hossy i bessy można znaleźć okazje.

Tylko w Czechach, czy w Polsce również?

Tylko w Czechach, nie znam się na rynku polskim.

A jaka jest różnica miedzy tymi rynkami?

Miedzy Warszawą i Pragą jest może mniejsza, ale w Polsce generalnie buduje się znacznie więcej nowych budynków niż w Czechach. W Pradze jest nadmuchana bańka, właściwie wszystkie nieruchomości, jakie tam miałem, już sprzedałem. Ale są fajne mniejsze miejscowości, gdzie jest jeszcze całkiem tanio i jest wysoki popyt.

Wróćmy do przeszłości. Tęskni pan za sektorem telekomunikacyjnym?

Patrzę na to teraz trochę z dystansu, trochę inaczej widzę pewne rzeczy, ale myślę, w ciągu tego roku niewiele się zmieniło. I myślę, że jeszcze przez jakiś czas się nie zmieni. Dlatego też wyszedłem z tego biznesu, bo jest w nim zastój. Z jednej strony technologia rozwija się bardzo szybko, z drugiej strony przyzwyczajenia klientów nie zmieniają się radykalnie. Firmy technologiczne robią więcej niż jest w stanie zaabsorbować przeciętny Kowalski. Technologie istnieją, ale klienci nie przekonali się jeszcze do poprzednich nowinek, jakie mają do dyspozycji np. jeśli mówimy o wykorzystaniu np., płatności mobilnych. My wprowadzaliśmy to w T-Mobile ok. 4 lata temu jako absolutną technologiczną nowinkę na świecie. Ale to gdzieś utknęło. Nie chcę powiedzieć, że jest nudno, ale w innych dziedzinach na pewno dzieje się więcej.

Co czeka rynek telekomów?

Wkrótce w Komisji Europejskiej będzie dyskutowana kwestia koncentracji rynku. W wielu krajach jest bardzo duże rozdrobnienie, o tym mówi się od lat, a nic dużego się jeszcze nie stało w Europie. W międzyczasie w Azji i USA dzieje się więcej. W takim kraju jak Polska nie ma miejsca dla czterech operatorów, trzech to wystarczająco, żeby utrzymać konkurencyjność i móc inwestować. W Czechach na przykład od lat jest trzech operatorów i bardzo dużo się inwestuje. Czechy bardzo mocno poszły technologicznie do przodu, wszystkie technologiczne nowinki mobilne pojawiają się dziś właśnie tam. W Polsce to nie jest możliwe, ale to jest, moim zdaniem, kwestia czasu. Tylko musi nastąpić koncentracja.

Czy po tylu latach w Polsce, coś pana jeszcze w naszym kraju lub w Polakach zaskakuje?

Zaskoczyły mnie wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych. Nie mogę ich zrozumieć. Pierwszym zaskoczeniem było niewybranie prezydenta Komorowskiego. Nie byłem w stanie tego pojąć, jak szybko wszystko mogło się zmienić. Drugim zaskoczeniem były wybory parlamentarne. Akceptuję ten wybór, ale zadziwia mnie to. Zobaczymy, co będzie za parę lat.

 

telekomunikacja, t-mobile, restauracja, branża piwowarska, miroslav rakowski
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
__killBill___
193.109.244.* 2016-02-02 14:50
konkurował ??? tylko ciął kasę i wywalał ludzi ...
a potem jak już nie było kim robić oddał pół firmy w ręce hindusów.. ot manager!!!!
uczciwy
83.8.67.* 2016-02-01 14:13
Cwaniaczek. kombinator i to tyle!!!
plusik36
77.46.102.* 2016-02-01 12:22
Po to powstało tyle telekomów aby ceny były dopasowane również do możliwości klienta. Do czasu wejścia Play trzy firmy podzieliły rynek i klient nic nie miał do powiedzenia. Ceny stały jak zaczarowane. Wejście czwartego i agresywnego konkurenta wymusiło sumaryczne obniżenie cen.Kto pamięta niebotyczne warunki za internet? Sprawa była prosta sprzedawano abonament z symbolicznymi limitami typu 300 kB a wraz z nim smartfony które do działania ściągały 3 razy więcej a klienci nic nie mogli z tym zrobić. Wtedy powstał jako zachęta bezpieczny internet czyli wprawdzie wolny internet ale bez kosztów. Obecnie tort już ponownie podzielono i tak na prawdę wszyscy nastawiają się na wyciągniecie kasy nie dając nic. Mistrzem świata jest T- mobile wciskające niechciane usługi nowym klientom a promocje działają gdy się płaci a gdy trzeba coś od siebie dać wtedy nawet śmieci są elementami trudnymi do uzyskania. Tak więc wszyscy którzy uwierzą iż T- mobile da coś za " darmo" szczególnie sprzęt niech porzucą nadzieję. Niedowiarkom polecam promocje np MAX 500 proszę udać się do salonu i zapytać się jakie są szanse na uzyskanie prezentowanych nagród. Od razu ułatwię na sprzęt "0" jedyne co to pula usług niematerialnych doładowania czy płatne usługi. Ale ja się pytam komu doładowanie za 500 zł kiedy tak na prawdę największe jest chyba za 100 zł?
Zobacz więcej komentarzy (13)