Prywatna
niepodległość
"Nigdy nie
należy wątpić, że mała grupa oddanych sprawie ludzi może zmienić
świat. W zasadzie tylko w ten sposób świat
zmieniano"*.
Czy jest to możliwe,
jeżeli tą grupką była by jedna osoba, która postanowiła
założyć własne państwo na bezludnej wyspie?
Stworzyć nowe
państwo na prywatnej wyspie o własnym ustroju, własnej palmie,
wizji i mentalności otwartej na świat. Założyć, że dobre
intencje będą równoznaczne z pomyślną rzeczywistością.
Być szczęśliwym, wolnym i uczynić ten świat lepszym. Brzmi
pięknie, ale taki pomysł może zakończyć się wojną. Na przeszkodzie
prywatnej niepodległości stoi międzynarodowe prawo, interesy, religia
wielkich mocarstw i unii wszelkiego rodzaju. Stuart Hill, 21
czerwca 2008 roku nie zważając na wszelką krytykę i zagrożenia
ogłosił dependencję jednej z najmniejszych, szetlandzkich wysp
(ok. 1 hektara powierzchni). Wyspa znana wcześniej jako Forewick Holm
została przemianowana na Forvik z uwagi na jej skandynawski
rodowód. W brytyjskim prawie Dependencja Korony oznacza
zwierzchnictwo Zjednoczonego Królestwa, które odpowiada
wyłącznie za sprawy zagraniczne i obronę. Całą resztą zajmują
się niezależne parlamenty i podległe im władze lokalne. Na
Forvik Stuart jest parlamentem i społeczeństwem w jednej
osobie.
Człowiek, który
odważył się realizować projekt niepodległości jest z pochodzenia
Anglikiem i wcześniej nie miał nic wspólnego z północnymi
archipelagami. W swej młodości uprawiał z sukcesem
kowalstwo artystyczne, później zajął się projektowaniem
graficznym stron internetowych i prowadził dobrze prosperującą
firmę, wszystko do czasu... Kochający ponad wszystko wyzwania
w pewnej chwili zdecydował się opłynąć Wielką Brytanię łódeczką
własnej roboty. Łódka zresztą została nagrodzona za
niezatapialną konstrukcję, tzn. gdyby została przewrócona dnem
do góry przez mocną falę, zawsze powinna obrócić się
z powrotem. Zasadniczo rejs był promocyjną akcją mającą uratować
firmę w obliczu kryzysu. To miał być sukces. Płynął sobie
spokojnie, a ludzie z brzegu rozpoznając w małej
łódeczce zagubionego surfera wielokrotnie wzywali służby
ratownicze. Zrobił się rozgłos. Szybko stał się bohaterem kolorowych
brukowców pilnie śledzących każdą jego porażkę. Media
ochrzciły go pseudonimem "Kapitan Nieszczęście".
W trakcie karkołomnego rejsu zadzwoniła do niego żona
i powiedziała:
- Sprzedałam
dom, wyprowadzam się do Francji i bynajmniej nie życzę sobie
twojego towarzystwa.
Zapowiadało się na
sztorm. Interesy stały coraz gorzej. Świat się zawalił, a mała
łódka przewróciła się o sto osiemdziesiąt stopni
w pobliżu wybrzeża Szetlandów. Stuart dryfował na
atlantyckiej fali, nie miał po co wracać do Anglii, nie miał już domu
i nie rozumiał dlaczego łódka nie chce powrócić do
prawidłowej pozycji. Kiedyś zdecydował się żyć sto siedemnaście lat,
a miał wówczas dokładnie pięćdziesiąt osiem i pół.
To był moment kulminacyjny jego życia. Czekając na służby ratownicze
stwierdził:
- Moje miejsce
jest tutaj - na Szetlandach. Tylko dlaczego?
Szetlandy to
malowniczy i surowy w klimacie archipelag złożony ze stu
wysp leżących na Oceanie Atlantyckim, około dwieście kilometrów
od wybrzeży Wielkiej Brytanii. Tylko piętnaście wysp jest
zamieszkanych. Populacja Szetlandów wynosi dwadzieścia dwa
tysiące ludzi, z czego ponad połowa zamieszkuje największą
z wysp - Mainland. Stuart szybko się adoptował i stał
się unikatowym członkiem tej społeczności. Nowo narodzony zdecydował
się być człowiekiem szczęśliwym, w pełni niezależnym.
Jego zainteresowania
zaczęły krążyć wokół historii Szetlandów; szczególnie
ich związku ze Szkocją i Skandynawią. W uznaniu za swoje
odkrycia dostał wyspę od rezydenta Szetlandów Marka Kinga.
Jego badania stwierdzają, że król Danii mógłby w prosty
i legalny sposób odzyskać Szetlandy, które do XV
wieku były własnością duńskiej korony. Dla Stuarta nie mają mocy
prawnej żadne akty aneksji ponad te jakie nadano królowi
Jerzemu III w 1469 roku. Prawnicy się nie zgadzają. Ich zdaniem
sprawa jest przedawniona i państwa skandynawskie straciły
wszelkie prawa do tego, aby ubiegać się o zwrot Szetlandów.
W opinii polityków i dworu granice Wielkiej Brytanii
są bezdyskusyjne.
Stuart Hill
zakładając państwo Forvik wierzy, że w ten sposób wskaże
Szetlandczykom drzwi do większej autonomii, ostatecznie
niepodległości. Rdzenni mieszkańcy przyzwyczajeni do łagodnych
pejzaży i pasących się owiec patrzą na Stuarta ze zdumieniem.
Donkiszoteria zawsze wzbudza podejrzliwość. Jednak jego motywacja
wydaje się być sprawą wyłącznie polityczną. Podobno miał intratną
propozycję (w kwestii szczegółów zachowuje
dyskrecję) sprzedaży swojego kraju i przemienienia go w "raj
podatkowy" dla wirtualnych interesów. W historii
Wielkiej Brytanii odnotowano już przypadki samozwańczych państw, np.
Sealandia - księstwo na Morzu Północnym; sześć mil od
brzegów Wielkiej Brytanii, usytuowane na dawnej betonowej
platformie przeciwlotniczej o wymiarach 40 x 140m. Założone
przez Roya Batesa pod koniec lat sześćdziesiątych, po licznych
burzliwych przemianach zostało okrzyknięte pierwszym cyberpaństwem
stanowiącym serwerową bazę poza wszelkim prawem. Sealandia finalnie
stała się komercyjną nieruchomością wycenioną na 750 milionów
euro.
Stuart nie
skorzystał z możliwości sprzedaży wyspy Forvik. Pozostaje
w sferze ideału. Waluta też jest jeszcze w koncepcie -
1 gulden forvicki to równowartość 60 sterlingów
brytyjskich. Za dwa guldeny forvickie można stać się posiadaczem
jednego metra kwadratowego wyspy, co automatycznie nadaje status
obywatela demokratycznego państwa Forvik, w którym rządzi
parlament. To jest oferta zarezerwowana wyłącznie dla Szetlandczyków.
Stuart przekonuje ich, że powinni uznać własne domostwa za
dependencje i utworzyć federację państw wraz z wyspą
Forvik. W ten sposób stopniowo Szetlandy się wyzwolą. Na
razie Forvik liczy sobie pięciu obywateli. Ludzie spoza Szetlandów
mogą zostać jedynie obywatelami honorowymi w promocyjnej cenie
jednego guldena forvickiego by wspierać duchowo i dystrybuować
w świecie powyższe idee. Hymnu jeszcze nie można zaśpiewać, bo
nie został skomponowany, podobnie jak system prawny. Ale jest flaga.
Powiewa dumnie na skale symbolizując niezłomną wiarę w prywatne
państwo Stuarta Hilla.
Założenie państwa
jest spektakularnym przedsięwzięciem, które teoretycznie może
zakończyć się powodzeniem. Jeśli proces prywatyzacji i własnej
inicjatywy gospodarczo-politycznej opartej na wizji doskonałego
państwa, do której każdy ma święte prawo, zmierza do
rzeczywistości, można pokusić się o prywatną niepodległość.
Szczególnie jeśli sprzyjająca jest naturalna lokalizacja
posiadanej nieruchomości np. wyspy, która znajduje się na
granicy wód terytorialnych, a jej księgi wieczyste okrywa
tajemnica. Zjawisko powstawania mikropaństw jest w świecie
zdarzeniem nader rzadkim. Uzasadnioną motywacją jest stworzenie
zgodnych relacji między społeczeństwami różnych narodowości.
W tym wypadku komunikacja dotyczy wielu płaszczyzn: kultury,
finansów i szeroko rozumianej polityki. Czym jest
jednoosobowe państwo? Czy to ma być tylko symbol, biznes, czy kaprys
bycia władcą absolutnym? Zanim ogłosimy niepodległość i rozpoczniemy
żmudną drogę tworzenia ustroju i wcielania nowego państwa
w świat, każdy sam musi sobie odpowiedzieć na te pytania.
Z uwagi na
dramaturgię współczesności na końcu zostają problemy natury
etycznej i osobistej. Czy w obliczu narastającej frustracji
wynikającej z obserwacji beznadziejnej orgii prywatnych
interesów i międzynarodowej polityki można być po prostu
panem, który zakłada swoje państwo? Czyli wycofać się
z istniejących układów i stworzyć wszystko od
początku? Przykład Stuarta Hilla pokazuje, że przekracza to kaprys
oraz snobizm. Jest on swoistym bojownikiem o wolność. To nie
jest Neverland Michaela Jacksona. To jest ekstremalny manifest
polityczny. Niepodległość to bezcenna bomba. Nawet jeśli jest to
tylko malutka wyspa o powierzchni jednego hektara, gdzieś daleko
na Oceanie Atlantyckim, może stać się precedensem - w razie
zwycięstwa Hilla - prowadzącym do kolejnych.
* Myśl antropolożki
Margaret Mead, która jest mottem Stuarta Hilla
Michał Mądracki