Autor: Łukasz Wróbel
Spółki z Wall Street mają nadmiar gotówki, która z powodu inflacji szybko traci siłę nabywczą. Nie ulegają namowom prezydenta Baracka Obamy, żeby zwiększać inwestycje i tworzyć miejsca pracy w USA.
Gospodarkę Stanów Zjednoczonych tworzą dwa zupełnie odmienne światy – z jednej strony mamy gospodarstwa domowe, drobnych przedsiębiorców i jednostki administracji publicznej, których sytuacja finansowa nadal w przeważającej części jest w opłakanym stanie, z drugiej – wielkie firmy, które nigdy w historii nie miały zdrowszych bilansów niż obecnie.
Beneficjentami programów pomocowych i rekordowo niskich stóp procentowych zostały głównie międzynarodowe korporacje, które zanim zaczną tworzyć nowe miejsca pracy i zwiększą moce inwestycyjne, muszą mieć twarde dowody, że takie operacje będą opłacalne, a to przy rosnącej inflacji i marżach, które właśnie zaczynają się kurczyć, staje się coraz bardziej wątpliwe.
Góra grosza
W trzecim kwartale 2010 r. 500 spółek wchodzących w skład indeksu S&P500 posiadało łącznie 2,46 bln dol. gotówki i krótkoterminowych papierów wartościowych, które można szybko upłynnić. Według wyliczeń agencji Bloomberg z połowy lutego, na podstawie raportów finansowych 75 proc. spółek z indeksu S&P500, które opublikowały wyniki za IV kw. 2010 r., największe firmy notowane na nowojorskiej giełdzie miały w ostatnim kwartale 2010 r. 2,41 bln dol. gotówki. Na rekordową akumulację płynnych aktywów w drugiej połowie ubiegłego roku złożyło się kilka czynników:
- Niepewna sytuacja podatkowa – do ostatniej chwili nie było wiadomo, jaką decyzję podejmie administracja Obamy w kwestii wygasającej w grudniu ulgi podatkowej wprowadzonej przez G.W. Busha. Według szefa doradców ekonomicznych prezydenta Obamy, była to największa w historii tymczasowa zachęta podatkowa dla amerykańskich firm. Ostatecznie ulga została przedłużona o kolejne dwa lata – utrzymano niższą stawkę podatku dochodowego, od zysków kapitałowych i dywidend oraz możliwość odpisania 100 proc. nakładów na inwestycje w maszyny i oprzyrządowanie.
- Przyszłe koszty – nowe regulacje prawne dotyczące rozszerzenia zakresu powszechnej opieki zdrowotnej (z punktu widzenia firm wyższe koszty osobowe) oraz reforma systemu finansowego (długoterminowa niepewność) była w drugiej połowie 2010 r. wielką niewiadomą i zapewne miały duże znaczenie podczas planowania budżetów na 2011 r.
- Makroekonomiczna sytuacja USA – tzw. QE2, czyli drugi etap stymulowania rynków finansowych przez bank centralny ogłoszono na przełomie III i IV kw. 2010 r. Wcześniej wskaźniki ekonomiczne sugerowały, że kondycja amerykańskiej gospodarki poprawia się, lecz w zbyt wolnym tempie, aby wykluczyć powrót recesji na początku 2011 r. Stopa bezrobocia w USA wyniosła w 2010 r. 9,6 proc., a PKB wzrósł o 2,9 proc., po tym jak rok wcześniej spadł o 2,6 proc.
Czemu nie zatrudniają?
Spośród firm tworzących indeks S&P500 tylko 20 nie wypracowało w 2010 r. zysku. Skoro mają więcej niż kiedykolwiek wcześniej gotówki na inwestycje, czemu nie tworzą nowych miejsc pracy? Tak postawione pytanie zawiera nieprawidłową tezę i nie dotyka sedna sprawy. Według Instytutu Polityki Gospodarczej, waszyngtońskiego think tanku, amerykańskie firmy zwiększyły w 2010 r. liczbę miejsc pracy w USA o mniej niż 1 mln (zatem zatrudniają), natomiast stworzyły 1,4 mln etatów za granicą. Gdyby owe 1,4 mln nowych posad powstało w Stanach Zjednoczonych bezrobocie spadłoby do ok. 8,9 proc. Prywatny kapitał, pomimo atrakcyjnych zachęt, nie reaguje na namowy prezydenta do inwestowania „w domu”, ponieważ nieodwracalny trend sprawia, że coraz większą część zysków międzynarodowych firm generują zagraniczne rynki, gdzie konsumenci są w znacznie mniejszym stopniu niż Amerykanie obciążeni bieżącymi i przyszłymi zobowiązaniami.
W styczniu 2011 r. w USA poza sektorem rolniczym powstało 63 tys. miejsc pracy (stopa bezrobocia spadła od 9 proc.), w lutym zatrudnienie znalazło kolejne 192 tys. tys. osób. Jednak, aby uzyskać odpowiednią perspektywę dodajmy, że dla przywrócenia stopy bezrobocia sprzed recesji amerykańska gospodarka musiałaby generować ok. 300 tys. miejsc pracy miesiąc po miesiącu przez pięć lat. Aby nadążyć za demograficznym trendem i wchłonąć nową siłę roboczą, rynek pracy w USA potrzebuje miesięcznie tworzyć ok. 125 nowych etatów. Biorąc pod uwagę, że po obniżeniu podatku CIT w Japonii, amerykańska stawka w wysokości 35 proc. jest najwyższą spośród wszystkich rozwiniętych rynków (członków OECD), wątpliwe jest, że korporacje będą masowo zatrudniać drogich pracowników w USA do wykonywania zadań innych niż skomplikowana, intelektualna praca w obszarze zarządzania i innowacji.
Uboższa klasa średnia
Okazuje się, że zamiast złagodzić skutki kryzysu dla przeciętnych obywateli, programy pomocowe finansowane z podatków pogłębiły przepaść w poziomie życia klasy średniej i najlepiej zarabiających, dobrze wykształconych pracowników dużych korporacji. Jeśli wnioski z tendencji na rynku pracy nie wystarczają dla potwierdzenia tej tezy, oto trzy dodatkowe argumenty:
- Wartość nieruchomości stanowiących największy komponent majątku gospodarstw domowych, po kilkumiesięcznym wzroście w połowie 2010 r., powraca do trendu spadkowego. Indeks S&P/Case Shiller mierzący ceny nieruchomości w 20 największych metropoliach w lutym 2011 r. był o 2,3 proc. niżej niż przed rokiem, a rosnące rentowności długoterminowych obligacji (wynik wzrostu inflacji i zmiany oczekiwań odnośnie stóp procentowych) przekładają się na wyższe oprocentowanie kredytów hipotecznych.
- Z powodu drożejących surowców, zwiększają się bieżące wydatki na żywność i energię. Inflacja konsumencka w USA była w styczniu 2011 r. o 1,6 proc. wyższa niż przed rokiem, a od stycznia 2009 r. wzrosła o 4,3 proc. Za galon benzyny w ostatnim tygodniu lutego 2011 r. Amerykanie płacili średnio 3,38 dol., rok wcześniej było to 2,7 dol. – trudno wierzyć, że wzrost cen paliwa o jedną czwartą nie przełoży się na decyzje gospodarstw domowych w najbliższych miesiącach.
- Na Wall Street od dwóch lat trwa trend wzrostowy (S&P500 wzrósł w 2010 r. o 12,8 proc.), ale jego beneficjentami są głównie najzamożniejsi. Szacuje się, że 1 proc. najbogatszych Amerykanów kontroluje ok. 50 proc. wszystkich aktywów finansowych, a aż 90 proc. papierów wartościowych skupionych jest w rękach zaledwie 10 proc. najzamożniejszych obywateli USA. Bogaci się bogacą, biedni ubożeją.
Marże pod presją
W IV kw. 2010 r. dwie trzecie amerykańskich firm, których akcje są notowane na Wall Street, pochwaliło się zyskiem netto wyższym niż oczekiwali analitycy. Na wykresie widać, że wbrew pozorom nie jest to wyznacznikiem kondycji finansowej firm, ale raczej kiepskiej roboty finansistów. Można stwierdzić, że analitycy specjalnie niskimi prognozami zaniżają poprzeczkę, aby po publikacji raportów kwartalnych zaskoczyć lepszymi od oczekiwań wynikami spółek.
Wiele wskazuje na to, że w pierwszej połowie 2011 r. zyski międzynarodowych firm zaczną się pogarszać, ale o tym, czy rzeczywiście tak było, przekonamy się najwcześniej pod koniec roku. Do postawienia takiej tezy skłania przede wszystkim widoczna już presja inflacyjna, która lada moment znajdzie odzwierciedlenie w kurczących się marżach spółek. Wyższe koszty mogą być transferowane na końcowych odbiorów towarów i usług albo absorbowane przez spółkę, jeśli działa ona na rynku gdzie popyt jest cenowo elastyczny. W pierwszym przypadku na krótką metę spółki zarabiają więcej (marże nie ulegają zmianie), ale z czasem ich oferta staje się coraz mniej dostępna dla dotychczasowych klientów. W drugim, spółka zachowuje konkurencyjność cenową, ale broniąc się przed zwiększaniem cen zaczyna dotować własnych klientów. Jeśli wysoka inflacja utrzymuje się przez kilka miesięcy, obie strategie nieuchronnie sprowadzają się do generowania strat.
Siedzące na górze gotówki firmy zdają sobie sprawę, że niskie stopy procentowe nie będą utrzymywane wiecznie, a inflacja z każdym miesiącem zmniejsza realną wartość nabywczą ich płynnych aktywów. Od 2009 r. do lutego 2011 r. inflacja CPI w USA wzrosła o 4,3 proc., co znaczy, że faktyczna wartość 2 bln dol. zmniejszyła się o 86 mld dol. do 1,914 bln dol.
Na co gotówka?
W zależności od branży, etapu rozwoju i stabilności przepływów finansowych spółki mają różne pomysły na wykorzystanie gotówki:
- Skup akcji – największy dostawca telewizji satelitarnej w USA, DirectTV, korzystając z niskich stóp procentowych i nadpłynności sektora finansowego wyemitował długoterminowe obligacje o wartości 3 mld dol. Pozyskane pieniądze spółka przeznaczy na skup własnych akcji z rynku – w ten sposób poprawią się wskaźniki, np. wzrośnie zysk przypadający na jedną akcję, co powinno przełożyć się na większe zainteresowanie inwestorów papierami DirectTV. Kilka miesięcy wcześniej podobnie uczynił m.in. IBM. Analitycy HSBC spodziewają się, że tą samą ścieżką pójdą surowcowe potęgi BHP Billiton i Rio Tinto. Ta pierwsza spółka ma w 2011 r. skupić akcje za 8 mld dol., a w 2012 r. za 10 mld dol.
- Inwestycje – w IV kw. 2010 r. spółki z S&P500 zwiększyły łącznie nakłady na inwestycje o 22 mld dol. do 143 mld dol. To największy wzrost w ujęciu kwartalnym od 2004 r. W ostatnich tygodniach budżety na nowe fabryki i centra logistyczne zwiększyły m.in. Cisco Systems, General Electric i Coca-Cola.
- Dywidenda – spółka wydobywcza Freeport-McMoRan, dzięki wysokim cenom metali generuje obecnie znacznie więcej gotówki niż potrzebuje na bieżące projekty i zamiast trzymać środki na niskooprocentowanych lokatach postanowiła się podzielić pieniędzmi z akcjonariuszami. Niedawno podniosła dywidendę o 67 proc.
- Fuzje – od ponad roku w Dolinie Krzemowej gwałtownie rosną wyceny spółek technologicznych, a najbardziej rozpoznawalne giganty i fundusze venture capital masowo przejmują dobrze zapowiadające się startupy.
Kryzys finansowy pogłębił rozwarstwienie materialne w USA. Miliony gospodarstw domowych pobierających zasiłki z państwowej kasy wiele by dały, aby borykać się z podobnymi problemami, jak największe koncerny z Wall Street, które są obecnie w najzdrowszej kondycji finansowej w historii.
Rekordowa wartość gotówki w bilansach to po części rezultat polityki gospodarczej Baracka Obamy, po części łagodnej polityki pieniężnej amerykańskiego banku centralnego, ale po części również wniosków wyciągniętych z najpoważniejszej recesji od kilku dekad. Tani kapitał korporacje wykorzystują znacznie ostrożniej niż przed kryzysem – głównie do zaciągania wieloletnich zobowiązań, poprawy wskaźników finansowych i inwestycji na zagranicznych rynkach. To wszystko napędza rynek akcji i powiększa majątek tych, których stać na giełdowe inwestycje. Finanse państwa i gospodarstw domowych to zupełnie inny świat.

Dwudziestu brytyjskich emerytów testuje nowatorskie rozwiązanie, które ma pomóc seniorom dłużej cieszyć się jazdą samochodem.