Autor: Emil Szweda, analityk | Open Finance
Często mówi się o foreksie (forex to po prostu
kolokwialny skrót od "foreign exchange" - punktu wymiany walut; możemy mówić
o czymś w rodzaju globalnego kantoru z nieco bardziej
zaawansowanymi funkcjami), że jest to rynek wiecznej hossy. Zmieniające się
kursy walut powodują, że zawsze można zarobić na wzroście wartości jednej
waluty i spadku drugiej. Zawsze istnieje więc jakiś trend wzrostowy.
Korzystnie inwestować można więc stale, niezależnie od tego, czy kraj, z którego inwestor pochodzi, przeżywa aktualnie okres prosperity czy recesji. To różni go np. od rynku akcji. Można powiedzieć, że jedynie forex daje możliwości zarabiania zawsze i wszędzie oraz oferuje możliwość sięgania po zyski prawdziwie niezależne od koniunktury gospodarczej, giełdowej czy jakiejkolwiek innej. Stąd określenie wiecznej hossy na nim trwającej.
Prawdziwe oblicze foreksu - zwłaszcza w odniesieniu do
inwestorów indywidualnych - zasługuje jednak raczej na określenie wiecznej
bessy. Nawet bardzo optymistyczne szacunki X-Trade Brokers - domu maklerskiego
oferującego w Polsce możliwość inwestowania na rynku walutowym - wskazują,
że dwie trzecie inwestorów traci na nim pieniądze, a jedna trzecia osiąga
zyski. Prawda może być nawet bardziej bolesna - bliższym prawdy może być
twierdzenie, że w długim terminie 90 proc. indywidualnych inwestorów grających
na foreksie traci swoje pieniądze, 5 proc. wychodzi mniej więcej na zero,
a pozostałe 5 proc. zarabia. Te ostatnie 5 proc. to najczęściej byli
dealerzy bankowi, którzy po latach doświadczeń w banku postanowili przejść
na własny rachunek. I grupa szczęściarzy, którzy opanowali reguły tego
rynku w wystarczającym stopniu by zrozumieć, że wszystko co można zrobić,
to inwestować zgodnie z trendami, bez względu na własne przemyślenia
dotyczące stabilności takich gospodarek jak USA, strefa euro, Polska czy
jakakolwiek inna.
Czym jest forex?
Próbując zrozumieć współczesny rynek walutowy trzeba wczuć
się trochę w rolę Neo, któremu Morfeusz tłumaczył czym jest wirtualny
świat Matriksa. Z jednej strony międzynarodowy rynek walutowy jaki znamy
istnieje od wczesnych lat 70., kiedy zrezygnowano z układu w Bretton
Woods, wedle którego kursy franka francuskiego i brytyjskiego funta były
ściśle powiązane z dolarem, którego wartość z kolei zależała od ceny
uncji złota (35 USD za uncję). Ten układ jest już jednak faktem historycznym,
od ponad 30 lat rynek wymiany walutowej jest całkowicie wolny.
W zamierzeniu twórców uwolnienie kursów walutowych miało ułatwić handel
międzynarodowy. I tak rzeczywiście się stało. Dziś forex obecny jest
wszędzie. Tankujesz samochód - wpływ na cenę benzyny ma kurs walutowy. Kupujesz
chiński podkoszulek, japoński samochód, kawę czy gumę do żucia - wszędzie tam
gdzie towar jest importowany, albo choćby część jego składników pochodzi
z wymiany międzynarodowej - stajesz się pośrednim uczestnikiem foreksu. Na
wolnej wymianie walut opiera się handel międzynarodowy.
Z jednym ale. O ile w 1971 roku jednego dnia
zawierano na świecie transakcje walutowe o wartości 5 mld dolarów, to
w 2007 r. może to być wedle różnych szacunków 3 do 7 bln dolarów dziennie.
Biorąc pod uwagę tę niższą wartość, światowy rynek walutowy potrzebuje zaledwie
niecałych trzech tygodni, by przehandlować całoroczny światowy PKB (ok. 40 bln
dolarów), a w przypadku tej
wyższej wartości wystarczy mu do tego sześć dni.
Tutaj dochodzimy do owej matriksowej części rynku. Kiedy na
rynku forex przeprowadzano wyłącznie wymianę walut wspomagającą międzynarodowy
handel, był to rzeczywiście rynek transakcji zabezpieczanych jednocześnie
transakcjami towarowymi. Ale wraz z jego rozwojem pojawiały się transakcje
o charakterze spekulacyjnym, które dziś stanowią nawet ponad 90 proc.
wszystkich zawieranych. Przy czym większość z nich to transakcje
lewarowane długiem przy użyciu kontraktów terminowych. W rzeczy samej, te
transakcje mają charakter wirtualny, dziś posiadacz 10 tys. dolarów może bez
przeszkód zawrzeć transakcję o wartości 2 mln dolarów, których nigdy nie
miał i pewnie mieć nie będzie. Stąd przyrównanie foreksu do wirtualnego
świata - to handel na niespotykaną skalę, pieniędzmi, które nigdy nie istniały.
Z powodu silnego lewarowania transakcji na rynku
walutowym jest on zarówno doskonałym miejscem do inwestycji czysto
spekulacyjnych, ale jednocześnie potencjalnym źródłem kłopotów dla światowej
gospodarki. Dziś to nie światowy handel wpływa na kurs walut, lecz transakcje
spekulacyjne (tych jest więcej) na światowy handel. Nie mniej, wedle
obowiązującej doktryny rynek walutowy jest najpłynniejszym z możliwych,
wobec czego także najbezpieczniejszym. Pod pojęciem "bezpieczny" rozumie się
tutaj próby manipulacji rynkiem - żaden pojedynczy inwestor, czy nawet ich
grupa, nie jest w stanie długoterminowo wpłynąć na zmiany kursów
walutowych swoim świadomym działaniem.
Nawet interwencje banków centralnych na rynkach walutowych -
zwykle w celu obrony rodzimej waluty przed jej zbytnim osłabieniem czy
umocnieniem - dają zwykle efekty tylko krótkoterminowe.
Inwestycje kasowe
Mało kto mówiąc o inwestycjach walutowych ma na myśli
kasowy obrót, czyli sytuację, w której inwestor idzie do kantoru czy banku
i zamienia posiadaną walutę na inną. Owszem takie sytuacje wciąż mają
miejsce, ale dotyczą potrzeb handlowych (turystycznych), rzadko kiedy mamy do
czynienia z sytuacją, kiedy ktoś idzie do kantoru, żeby zamienić złotówki
np. na dolary czy euro, ponieważ uważa to za dobrą inwestycję. Tymczasem takie
możliwości inwestowania istnieją i są daleko bardziej bezpieczne od
nowoczesnych form, o których niżej.
Ponieważ trendy na rynkach walutowych mają zwykle charakter
wieloletni, ich odpowiednie rozpoznanie i wykorzystywanie może przynieść
zyski w granicach kilkudziesięciu procent przez okres np. trzech-czterech
lat (tyle zwykle trwają trendy na tym rynku). W obecnej sytuacji rynkowej
- kiedy złoty jest w trendzie rosnącym, a kurs euro i dolara
spada już od czterech lat, wielu inwestorów zapomniało już o takiej
funkcji rynku walutowego.
Kupione w kantorze czy banku waluty o wiele
rozsądniej przechowywać jest w banku niż w szufladzie
z bielizną, ponieważ w banku możemy liczyć na ich oprocentowanie,
które pozwala albo zminimalizować niekorzystne skutki umocnienia złotego, albo
przysporzyć dodatkowych zysków, jeśli złoty zacznie tracić na wartości.
Jeszcze bardziej efektywną formą inwestycji walutowej jest
nabycie jednostek funduszy inwestycyjnych lokujących w obligacje
nominowane w walutach obcych. Oprocentowanie obligacji jest bowiem
znacząco wyższe niż lokat walutowych, wobec czego ich wpływ na wartość portfela
jest wyższy. Dla przykładu oprocentowanie obligacji 10-letnich niemieckiego
rządu w euro wynosi obecnie 3,9
proc. (na początku maja). Kupując takie obligacje (za pośrednictwem domu
maklerskiego) wyjdziemy na swojej inwestycji na zero, nawet jeśli kurs euro
spadnie do złotego o 3,9 proc. Czyli np. z 3,60 do 3,46 złotego.
Oprocentowanie obligacji pozwoli bowiem na odrobienie strat - dokładnie
w takim stopniu - powstałych z umocnienia złotego. Jeśli złoty umocni
się mniej, lub nawet spadnie, wówczas inwestor będzie miał na koncie nominalny
zysk.
Inwestycje
spekulacyjne
Wróćmy jednak do sedna sprawy, a więc przedstawmy rynek
walutowy tak jak widzi go większość inwestorów na świecie, a więc jako
rynek wiecznej hossy, na którym przy sprzyjających okolicznościach tygodniowy
wzrost notowań dolara o 2,4 proc., może zapewnić inwestorowi, który
przewidział taki ruch nawet 480 proc. zysku. Brzmi całkiem zachęcająco, głównie
jednak brzmi. Po pierwsze bowiem przewidzenie takiej sytuacji, wymagałoby od
inwestora wielkiego kunsztu i doświadczenia, po drugie stalowych nerwów,
aby ruch ten wykorzystać w pełni.
Zacznijmy jednak od początku. Rynek walutowy jest
zdecentralizowany. Nie ma żadnej giełdy walutowej, nie ma żadnych regulacji
dotyczących handlu, nie ma sztywnych godzin, reguł, miejsc. Początkowo handel
na rynku walutowym był zarezerwowany dla banków - to one przeprowadzały transakcje
między sobą, przy czym jako duże instytucje nie robiły interesów mniejszych niż
np. milion czy kilka milionów dolarów dla pojedynczej transakcji. Obecnie
furorę na całym świecie robią platformy transakcyjne, które oferują dostęp do
tego rynku inwestorom indywidualnym, którzy mogą inwestować dowolne sumy. Nawet
kilkaset złotych wystarczy, by zostać inwestorem na tym rynku. Jednak aby
rozsądnie pomnażać owe kilkaset złotych, inwestorzy wykorzystują możliwość
lewarowania transakcji. Obecnie platformy transakcyjne oferują możliwość nawet
200-krotnego lewarowania transakcji. Co oznacza, że posiadacz 500 złotych może
przeprowadzić transakcje o wartości 100 tys. złotych. Jeśli zawrze taką
transakcję, to zmiana kursu waluty już o 0,5 proc. oznacza dla niego zysk
o 100 proc. Dla przykładu - wykorzystując dźwignię finansową, wykłada 500
PLN i kupuje za 100 tys. złotych 41 666 dolarów po 2,40 PLN. Jeśli kurs
dolara wzrośnie o pół procent - do 2,4112 PLN, a inwestor zrealizuje
zysk, zarobi na całym interesie 500 PLN, a więc pomnoży swój kapitał
o 100 proc. Jednak, jeśli kurs dolara spadłby do 2,3880 PLN - a więc
także o 0,5 proc. nasz inwestor straciłby swoje 500 złotych, a więc
100 proc. zainwestowanego kapitału. Warto poznać to drugie oblicze foreksu -
a więc możliwości ponoszenia dotkliwych strat - bowiem większość
inwestorów indywidualnych właśnie w ten sposób zaznacza swoją obecność na
rynku.
Trzeba także wiedzieć, że transakcje na rynku walutowym -
o ile nie są kasowe - są grą o sumie zerowej. Jeśli ktoś kupił
walutę, to oznacza, że ktoś inny ją sprzedał. Jeśli jej wartość rośnie, ktoś
osiągnął zysk, ktoś inny zaś stratę, dokładnie tej samej wysokości.
Na rynku międzybankowym wartość pojedynczej transakcji
liczona jest w milionach (np. euro, dolarów), spready walutowe spadają do
nawet kilku tysięcznych części centa, czy do kilku dziesiętnych części grosza
w przypadku polskiego rynku (który nie jest aż tak płynny jak rynek
euro/dolar).
To sprawia, że inwestorzy na tym rynku mogą dzięki
niewielkim nawet zmianom kursu osiągać zyski. O ile w przypadku
Kowalskiego, który kupił pięć tysięcy euro w kantorze i musiałby
czekać, aż euro podrożeje o 8 groszy, żeby "wyjść na swoje", to
w przypadku Nowaka, który kupił milion euro na rynku międzybankowym,
wystarczy wzrost kursu wspólnej waluty o pół grosza, by osiągnąć zysk,
a zmiana o 8 groszy dałaby mu 80 tys. PLN zysku. Przy czym
i Kowalski i Nowak dysponowali w momencie dokonywania transakcji
identyczną sumą - równowartością pięciu tysięcy euro. Kowalski zdecydował się
na bezpieczny obrót kasowy (gdyby euro potaniało np. o dwa grosze,
straciłby tylko 500 PLN (uwzględniając spread), a Nowak 25 tys. PLN. Na
tym mniej więcej polegają różnice w tych dwóch sposobach inwestowania na
rynku walutowym.
Inwestorzy długoterminowi - którzy liczą na zmiany cen
w długim terminie - kierują się w swoich poczynaniach przesłankami
fundamentalnymi. Np. świadomość, że polska gospodarka będzie rozwijała się
w okresie najbliższych lat bardzo szybko, może świadczyć o potencjale
wzrostowym złotego. Jeśli jednak inwestorzy nabiorą przekonania, że nasza
gospodarka osłabnie, zaczną wymieniać złote na inne waluty licząc na ich wzrost
w długim okresie czasu (cykle gospodarcze trwają bowiem całymi latami).
Analiza techniczna
Tymczasem inwestorzy z rynku forex kierują się zwykle
analizą techniczną - niemal 100 proc. otwieranych pozycji opiera się właśnie na
analizie wykresów. Każdy inwestor inaczej "czyta" wskazówki z wykresów,
dlatego mimo wszystko transakcje są przeprowadzane (gdyby wszyscy "wiedzieli",
że np. kurs euro spadnie nikt nie chciałby go kupić - nie byłoby transakcji).
Ze swej strony mogę tylko dodać, że inwestowanie na rynku forex wymaga świetnej
znajomości zasad analizy technicznej, a i tak świecowe formacje
techniczne czy też wszelkie domniemane wsparcia i opory, rzadko się sprawdzają.
Duże banki inwestycyjne - także opierające się na AT - doskonale wiedzą, że na
rynku oprócz nich są obecni także mniejsi i mniej doświadczeni inwestorzy.
Często dochodzi do sytuacji fałszywych przebić linii trendów, aby na podstawie
fałszywych przesłanek inwestorzy otwierali błędne pozycje, które narażą ich na
straty, gdy kursy wrócą do poziomów sprzed fałszywych wybić.
Ponadto rynek zachowuje się często bardzo chaotycznie. Banki
inwestycyjne zatrudniają nawet po kilkuset dealerów w jednym miejscu,
a ich jedynym zadaniem jest osiąganie niewielkich dziennych zysków
z najmniejszych wahań kursów. Jeśli dealer zarobi tylko jeden "pips"
(najmniejsza jednostka miary - zwykle setna część grosza czy np. centa) na
transakcji o wartości miliona dolarów, to zarabia dla swojego banku tysiąc
dolarów. Jeśli takich transakcji przeprowadzi kilkadziesiąt w ciągu dnia,
a większość z nich przyniesie zysk, to utrzymanie jego miejsca pracy
okaże się opłacalne. Oprócz bankowych "mróweczek" wielką aktywność wykazują
drobni inwestorzy rozsiani po całym świecie. Szacuje się, że na rynku forex
transakcje przeprowadza każdego dnia pięć milionów Chińczyków. Ponieważ nie
kierują się oni przesłankami fundamentalnymi (pozycje otwierane na kilka godzin
raczej to wykluczają), drobni inwestorzy poprawiają płynność rynku walutowego,
ale zarazem wprowadzają do niego nowy element chaosu. Nikt nie jest bowiem
w stanie przewidzieć, w którym kierunku - choć na chwilę - popchnie
rynek np. kilka tysięcy drobnych transakcji zawartych w ciągu kwadransa.
Jak usiąść do gry
Jeśli nadal uważasz, że warto podjąć ryzyko
i zainwestować czas i pieniądze na rynku walutowym, pora przedstawić
możliwości. O kantorach już pisałem,
czas na bardziej wymyślne
rozwiązania.
Podstawą jest posiadanie komputera i łącza
internetowego. Jak przystało na wirtualne transakcje - cały obrót kreowany
przez indywidualnych inwestorów odbywa się w Internecie. Najpopularniejszą
na świecie platformą transakcyjną jest serwis znajdujący się pod adresem
http://www.oanda.com/.
W chwili publikacji tego tekstu liczba transakcji
przeprowadzonych na tej platformie przekroczyła już 300 mln. Serwis istnieje od
1996 r., za jego pomocą realizuje się ok. 5 mln transakcji tygodniowo.
Znajomość angielskiego jest niezbędna, aby posługiwać się platformą, przy czym
jest to "zwykły" angielski. Autorzy strony unikają jak ognia słówek, które
mogły by być znane tylko ludziom z branży. Otwarcie konta nie kosztuje
nic, podobnie jak jego prowadzenie. Inwestor może wpłacić na konto dowolną sumę
- począwszy już od jednego dolara - i starać się ją później pomnożyć za
pomocą lewarowanych transakcji.
Oanda zarabia nie na prowizjach i nie na kosztach
prowadzenia rachunku (tych nie ma), lecz na spreadach walutowych. Te mogą być
bardzo niskie - już od 10 pipsów (setnej części centa) w przypadku
popularnych par walutowych (euro/dolar) lub stosunkowo wysokich w czasie
gdy rynki nie są płynne. Np. w czasie weekendu na parze euro/złoty spread
wynosi aż 500 pipsów czyli 5 groszy. Dlatego, jeśli ktoś szuka możliwości przeprowadzania
transakcji ze złotym w roli głównej powinien wybrać raczej jedną
z polskich platform.
Najbardziej znaną jest platforma X-trade Brokers
(http://www.xtb.pl/). To dom maklerski wyspecjalizowany w przeprowadzaniu
transakcji instrumentami pochodnymi. Także tutaj założenie i prowadzenie
konta jest darmowe, a firma zarabia dzięki prowizjom ukrytym
w spreadach. W przypadku złotego są one znacznie niższe niż na
serwisach zagranicznych - zaczynają się już od 30 pipsów (do 120) - w zależności
od godzin handlu. X-Trade umożliwia otwieranie pozycji na rynku walutowym
z 1-proc. depozytem zabezpieczającym, przy czym depozyt rośnie wraz
z wielkością pozycji. Czyli do transakcji do 200 tys. PLN depozyt może
wynosić 1 proc., ale przy transakcjach na poziomie 1 mln PLN depozyt musi
sięgać już 10 proc. Minimalna wartość transakcji to 0,1 kontraktu (to 10 tys.
jednostek waluty bazowej), do której wymagane minimalne zabezpieczenie to ok.
1000 PLN przy transakcjach na rynku złotego.
Obojętnie od wyboru platformy transakcyjnej podpisanie umowy
wymagać będzie okazania dowodu tożsamości (lub jego kopii w przypadku
umowy zawieranej korespondencyjnie).
Warto dodać, że każda platforma oferuje także możliwość
inwestowania "na sucho" - bez angażowania własnych środków. W przypadku
Oandy taki wirtualny rachunek może istnieć dożywotnio, X-trade udostępnia go na
miesiąc.
Słowniczek tradera
walutowego
Czym się różni bips od pipsa - Rynek walutowy wykształcił swój własny język, jego elementem są dziwaczne nieraz słówka, które bywają źródłem nieporozumień. Kiedy usłyszysz o bipsach chodzi o zmianę punktów procentowych (basic points), które odnoszą się do rynku pieniężnego (stóp procentowych). Pips to z kolei najmniejsza zmiana o jaką może zmienić się kurs waluty - zwykle jest to setna część grosza czy centa.
Figura - tym słówkiem dealerzy walutowi określają zmianę
kursu waluty o 100 pipsów - np. o grosz lub o centa.
Figury - mianem "figur" (w liczbie mnogiej) określa się
publikowane dane makroekonomiczne.
Pozycja krótka (i długa) - wbrew pozorom nie odnosi się do
terminu inwestycji, lecz jest wyrazem oczekiwań inwestorów. Ktoś, kto gra np.
na spadek notowań na warszawskiej giełdzie, zajmuje właśnie krótką pozycję.
Analogicznie na rynku walutowym, ktoś kto gra na spadek dolara - np. sprzedając
dolary za złote - zajmuje krótką pozycję
w dolarach, ale jednocześnie...pozycję długą w złotych.
Ponieważ forex jest rynkiem dwukierunkowym - walutę X sprzedaje się za walutę
Y, to otworzenie krótkiej pozycji w jednej walucie, oznacza de facto otwarcie
długiem pozycji w innej. Gra na spadek dolara do złotego, to przecież nic
innego niż gra na wzrost złotego do dolara.
Trendy walutowe - według klasycznej teorii waluta kraju o
szybszym wzroście PKB będzie w długim terminie zyskiwać wobec waluty kraju o
niższym wzroście PKB o różnicę między dynamiką PKB. Czyli jeśli Polska rozwija
się o 6 proc., a strefa euro o 2 proc. rocznie, to w długim terminie złoty
będzie umacniać się wobec euro o 4 proc. rocznie.
Platformy transakcyjne starają się jak najbardziej
przybliżyć warunki transakcji do tych istniejących na rynku międzybankowym. Co
oznacza, że do kosztów transakcji doliczane są także tzw. punkty swapowe. To
nic innego niż różnica między oprocentowaniem walut w różnych krajach. Jeśli
np. w Polsce złoty oprocentowany jest na 4,5 proc., a w Japonii jen na 0,9
proc., to oznacza że sprzedając jena za złotego, inwestor zarabia 340 punktów
swapowych rocznie (3,4 proc.) - czyli mniej więcej jeden pips dziennie z tytułu
samej różnicy w oprocentowaniu. Otwierając pozycję w drugą stronę - kupując
jeny za złote, punkty swap działają na niekorzyść inwestora. To właśnie z
powodu istnienia dużych różnic w oprocentowaniu pieniądza w różnych krajach,
mieliśmy do czynienia z mechanizmem carry trade - światowi inwestorzy pożyczali
pieniądze w jenach i lokowali je w innych wyżej oprocentowanych walutach.
Dwudziestu brytyjskich emerytów testuje nowatorskie rozwiązanie, które ma pomóc seniorom dłużej cieszyć się jazdą samochodem.