Na skróty
Money.plManagerProsto z firmTU Europa nie boi się upadających biur podróży. Chcą na nich zarobić
2013-04-15 06:01

TU Europa nie boi się upadających biur podróży. Chcą na nich zarobić

TU Europa nie boi się upadających biur podróży. Chcą na nich zarobić
Na zdj. Marat Nevretdinov, wiceprezes TU Europa
[fot: Tomasz Brankiewicz/Money.pl]

Niemal jedna dziesiąta polskich biur podróży znajduje się na listach dłużników KRD. Przez bankructwo Sky Club, TU Europa odnotowała o 25 milionów złotych mniejsze zyski. Mimo to ubezpieczyciel nie boi się wchodzić na ryzykowne rynki. - Nie ma branż zawetowanych przez nas - mówi Marat Nevretdinov wiceprezes ubezpieczyciela. Firma nie wychodzi na tym źle i wspina się na szczyty rankingów polskich ubezpieczycieli z 140 milionami złotych zysku przy 6 miliardach złotych składek. Wydaje się zatem, że mimo obaw, niemiecki inwestor Talanx dobrze zainwestował 911 milionów złotych, kupując TU Europę od Leszka Czarneckiego.

Manager.Money.pl: Zna Pan sześć języków, ma doświadczenie w międzynarodowych korporacjach, studiował Pan stosunki międzynarodowe w Moskwie i European MBA w Warszawie. Z takim CV lepiej chyba szukać pracy na Zachodzie Europy, a nie w Polsce. Czym się Pan kierował wybierając nasz kraj?

Marat Nevretdinov, wiceprezes Towarzystwa Ubezpieczeń Europa i Towarzystwa Ubezpieczeń na Życie Europa: To przypadek. Do Polski przyjechałem w 1999 roku na trzy miesiące. Pracowałem wtedy dla Fiata. Pobyt przedłużył się najpierw do 6 miesięcy, później do roku. Dziś mieszkam tu już 14 lat.

Mógł Pan też rozwijać karierę w Rosji. Dla rodowitego moskwianina, perspektywy zarobków były tam na pewno dużo lepsze niż w Warszawie.

Już dawno zrozumiałem, że nie zarobię wszystkich pieniędzy świata. Poza tym uważam, że jestem naprawdę porządnym ambasadorem Polski. Wszędzie, gdzie się pojawiam, chwalę ten kraj, a po tylu latach wiem, o czym mówię. Często chwalimy obce, a nie widzimy tego, co mamy pod nosem. Ja widzę, jak wielki skok zrobiła Polska od 1999 roku. Kiedy przyjechałem do Warszawy pierwszy raz 14 lat temu, ulice były niemalże całkowicie wyludnione. Nie było obcokrajowców. Dziś to zupełnie inne miasto. Moskwa również się zmieniła, ale kiedy tam wracam, czuję się przytłoczony jej ogromem. Przeraża mnie wielotysięczny tłum w metrze i siedmiopasmowe drogi.

Branża ubezpieczeniowa jest więc dla Pana wymarzoną. Spokojna, brak w niej adrenaliny. Jest nawet trochę niewdzięczna, bo ubezpieczycieli często nazywa się krwiopijcami.

Faktem jest, że bez względu na wysiłek, jaki wkładamy w pracę, klienci często są niezadowoleni. Jedni - bo zapłacili składkę, a nic im się nie stało. Drudzy, bo coś jednak się stało i to z definicji powoduje niezadowolenie. Są również tacy, którzy zapłacili za ubezpieczenie, doszło do nieszczęśliwego zdarzenia, ale pieniędzy i tak nie odzyskali. Zapominają jednak oni o tym, że każdy produkt ubezpieczeniowy, tak jak umowa cywilno-prawna, ma obowiązki, ale i prawa. Wyłączenia odpowiedzialności w każdym ubezpieczeniu były, są i będą. Każde nieszczęśliwe zdarzenie ma więc określone czynniki, które determinują jego kwalifikację do wypłaty odszkodowania lub nie.

Właśnie przez te, czasem niejasne zasady, zarzuca się ubezpieczycielom nawet to, że żerują na cudzym nieszczęściu. Zdarza się tak np. w przypadku polis OC czy AC. Według obiegowych opinii, zawsze znajdzie się powód, by nie wypłacić pieniędzy.

Nieuzasadnione odmawianie wypłaty świadczeń ma bardzo krótkie nogi. W dobie internetu i bardzo mocnej pozycji konsumentów, takie informacje bardzo szybko się rozprzestrzeniają. Nie znam spółki, która świadomie praktykowałaby takie metody, by jednorazowo osiągnąć większy zysk na koniec roku. To strzał w kolano pod względem zaufania klientów, Komisji Nadzoru Finansowego i partnerów biznesowych, którzy nie będą w przyszłości chcieli współpracować z taką firmą. W żadnym stopniu nie przekreśla to faktu, że spółka ubezpieczeniowa, jak każda inna, ma za zadanie zarabiać pieniądze. To nie jest działalność charytatywna. Na koniec roku musimy wypracować odpowiedni wynik. Jeśli będzie słaby, to akcjonariusze mogą uznać, że źle zainwestowali pieniądze. Dużą sztuką jest więc stworzenie trwałego wehikułu, który w maksymalnym stopniu pozwala pogodzić interesy wszystkich stron.

Czytaj więcej W biurach podróży płacisz za cudze wycieczki Andrzej Osiński wskazuje na branże, które są tykającą bombą. Jakiemu klientowi biznesowemu TU Europa odmówiło wypłaty odszkodowania? Wypłaty 25 milionów z gwarancji dla biura podróży Sky Club nie udało się uniknąć.

Nie chodzi o to, że odmówiliśmy, tylko nie w każdym przypadku są podstawy do wypłaty świadczenia. Jeśli chodzi akurat o branżę turystyczną, o której Pan mówi, sytuacja jest prostsza: jeżeli upada biuro podróży, ubezpieczyciel musi wypłacić pieniądze z gwarancji, której udzielił temu tour operatorowi.

Komu więc Państwo go nie wypłacili? Jakiej największej firmie?

W tej chwili nic takiego sobie nie przypominam. Sektor usług finansowych jest bardzo precyzyjnie uregulowany przez instytucje nadzorujące ten rynek, m.in. Komisję Nadzoru Finansowego oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, zarówno jeśli chodzi o proces przygotowania warunków umowy, od sprzedaży aż po sposób obsługi posprzedażowej. Niestety nie ma procesów idealnych. Zawsze można powiedzieć: Skandal! Odmówili mi wypłaty odszkodowania!. Trafił się Panu kiedyś karaluch w bułce?

Nigdy.

Mnie tak, ale nie oznacza to, że przestanę kupować bułki. Mogą zdarzyć się różne rzeczy, ale jestem absolutnym przeciwnikiem demonizowania działań biznesowych. Branża ubezpieczeniowa i finansowa nie działa mając na celu długofalową i konkretną szkodę dla konsumenta. W ten sposób nie da się przetrwać.

Kiedy nadchodzi kryzys, upadają firmy, to ten strach na rynku jest dla ubezpieczycieli dobrym znakiem czy złym? Zarabiacie, bo ludzie wykupują np. polisy od utraty zysku czy tracicie, bo musicie więcej pieniędzy wypłacać?

Jeśli co tydzień widzimy, że pada jedna za drugą spółka budowlana, to nie ma z czego się cieszyć. Wydarzenia z poprzedniego roku uderzyły dość poważnie w niektóre firmy ubezpieczeniowe. Jednocześnie jednak zapowiedź kryzysu jest otwarciem, bo to w kryzysie rodzą się najlepsze biznesy. W drugiej połowie ub. r. mieliśmy załamanie w branży turystycznej, o którym już Pan wspomniał. Nie ukrywam, że TU Europa, podobnie jak kilka innych spółek, sporo to kosztowało. Decyzje mogły zapaść wtedy dwie. Albo wycofujemy się z tego rynku, bo jest problem, albo nie wychodzimy, tylko szukamy miejsca, by wzmocnić swoją pozycję, bo inne podmioty zaczną się obawiać krachu i nie będą chciały udzielać gwarancji biurom podróży. Zastanowiliśmy się nad tym, jak doszło do tego typu sytuacji, jak ze Sky Club, i ostatecznie zdecydowaliśmy się zostać.

Czytaj więcej Gigantyczne długi biur podróży. Trzeba uważać Coraz więcej osób wykupuje wakacje zgodnie z zasadą ostatniej minuty, czyli czekając z zapłatą za wycieczkę do ostatniej chwili. Zagrożenie wcale się nie zmniejsza. Według Krajowego Rejestru Długu, blisko jedna dziesiąta biur podróży w Polsce, około 440, ma nadal problemy ze stabilnością finansową, a ich długi obecnie wynoszą łącznie ponad 8,5 mln złotych. Przed zawarciem umowy ubezpieczeniowej sprawdzacie takie firmy? Zdarza się, że odmawiacie ubezpieczenia?

Jak najbardziej. Ubezpieczyciele troszeczkę się ocknęli po 2012 roku i przeprowadzają dodatkowe sprawdziany. My również to robimy i bierzemy pod uwagę sprawozdania finansowe z poprzednich lat i z okresu bieżącego. Robimy tak, ponieważ dla nas gwarancja turystyczna to odpowiedzialność nie przed marszałkiem czy partnerem w biznesie, ale przed ludźmi, których np. trzeba sprowadzić do kraju.

Dużo mówi się o problemach deweloperów. Weszła w życie ustawa deweloperska, która nakazuje im posiadanie specjalnych funduszów powierniczych. Problemy z płynnością finansową ma również duży gracz na rynku nieruchomości firma Gant. Upatrujecie tutaj swoich potencjalnych klientów, którzy mogliby się ubezpieczeń np. od utraty zysku?

Nie ma branż zawetowanych przez nas. To kwestia oceny i analizy indywidualnych przypadków. Europa ma i miała zawsze wyczucie niszy. Kiedyś było to tylko bancassurance , ale dziś ubezpieczamy też biura podróży, oferujemy ochronę prawną, ubezpieczenia medyczne itp. Nie czerpiemy inspiracji z ubezpieczeń popularnych za granicą np. we Włoszech czy w Portugalii, ale mamy własną wizję, którą kształtujemy na podstawie rzeczywistych potrzeb polskich klientów. Dlatego właśnie na początku tego roku uruchomiliśmy ubezpieczenie od utraty zysku. Oczywiście tego typu indywidualne polisy dla dużych firm istniały od zawsze, ale my oferujemy je również dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Robimy to w ramach umów grupowych w kanale bancassurance, czyli w bankach.

Czyli nie analizujecie tutaj już ryzyka tak, jak w przypadku biur podróży i każda firma może takie ubezpieczenie wykupić? Nie odmawiacie nikomu?

Taka polisę może wykupić każda firma, która bierze kredyt lub otwiera rachunek w banku. Nie odmawiamy takiego ubezpieczenia, ponieważ działa to na zasadzie grupowej.

TU Europa otworzyła się również na klientów indywidualnych. Dopiero co ruszył serwis tutum.pl, w którym oferujecie ubezpieczenia turystyczne, na życie, inwestycyjne, i inne. Co skusiło Europę do wejścia na rynek klientów indywidualnych?

Wierzymy w ten kanał. Dzisiejsi 20-latkowie, którzy dopiero wchodzą w okres zakupowy, będą stanowić coraz większy odsetek naszych klientów.

Nie od dziś jednak wiadomo, że na nich nie zarobi się kroci. Np. salony samochodowe zarabiają nie na sprzedaży pojedynczych sztuk aut osobom prywatnym, ale na sprzedaży całych flot firmom. Tak samo pewnie jest w branży ubezpieczeniowej.

Nie podejmujemy pochopnych decyzji. Parę lat temu wszyscy mówili, że wejście w segment ubezpieczeń turystycznych jest spóźnione, że nie wiąże się z żadnymi lukratywnymi wynikami. Natomiast my go utrzymujemy, bo na co dzień na nim zarabiamy, a w sytuacjach kryzysowych, jak np. w 2012 r. nie tracimy. Jeśli rynek indywidualny okaże się dla nas nierentowny, to nie będziemy tego ciągnąć w nieskończoność. Na razie dopiero ruszyliśmy.

Czytaj więcej Leszek Czarnecki. Polak doceniony na Wall Street Kiedy Leszek Czarnecki sprzedawał TU Europa, komentatorzy twierdzili, że wyczuł idealny moment. Rynek bancassurance był już nasycony, firma znajdowała się na maksymalnej górce. Niektórzy twierdzili nawet, że więcej nie jest w stanie osiągnąć. Nie czują się Państwo oszukani?

Nie jestem czarodziejem. Nie mam kryształowej kuli, która powie mi, co stanie się za rok, za dziesięć lat. Jako zarząd przyjęliśmy w tej chwili strategię na pięć lat. Chcemy w tym czasie osiągnąć kilka kamieni milowych. Mamy zamiar m.in. znaleźć się w gronie pięciu najlepszych spółek w kraju pod względem rentowności. Jednak na razie zostawmy to. Dziś nie ma znaczenia, czy chcemy być trzeci, drudzy, czy pierwsi. Wiemy, że naszą pozycję będziemy budować poprzez utrzymanie pozycji lidera banassurance i w umiejętny sposób rozwijać nowe kanały w oparciu o zadowolenie klientów detalicznych i biznesowych.

Bancassurance sprawdził się, bo swojego czasu Getin Bank był niemal monopolistą, posiadającym w swojej ofercie tego typu ubezpieczenia. Dziś ma je już wiele banków i wiele firm ubezpieczeniowych. Dlatego Leszek Czarnecki uznał, że nadszedł czas na pozbycie się firmy. Za prawie miliard złotych.

Tego typu ubezpieczenia już wcześniej oferował np. GE Money Bank i tak naprawdę to oni w wielu kierunkach pokazali, w jaki sposób należy to robić. Ale ma Pan rację, że jeszcze dwa lata temu byliśmy firmą, która w przeważającym stopniu działała w oparciu o współpracę z Getin Bankiem. W tej chwili jego udział w naszej dystrybucji wynosi 38 procent. 62 procent biznesu mamy zatem ulokowane już w zupełnie innych miejscach.

Kto więc Pana zdaniem zrobił naprawdę dobry interes na tej transakcji? Wy, jako TU Europa, czy Leszek Czarnecki, który nie dość, że jednorazowo zgarnął 911 milionów, to jeszcze zostawił sobie prawie 17 procent udziałów, więc zarabia, jako akcjonariusz, no i dodatkowo czerpie korzyści z tych 38 procent, o których Pan wspomniał.

Bardzo cieszę się, że powstała taka spółka jak TU Europa i że w ciągu 13 lat swojej obecności na giełdzie zdrożała 100 razy. Sprzedaż jej Talanxowi i Meiji Yasuda była jedną z opcji. Tak wartościową spółkę, której akcje tak mocno wzrosły, można było sprzedać komukolwiek. Nie było tak, że spółka była słaba, akcje wzrosły nagle i wtedy je sprzedano. Spółka rosła systematycznie wraz ze wzrostem sektora bankowego. Abstrahując więc od tego, kto ile na tym zarobił, bardzo cieszę się, że stworzony został wyjątkowy zespół pracowników. Wiele osób jest tu zatrudnionych od samego początku, są bardzo doświadczone i w tym gronie po prostu świetnie nam się pracuje.

W takim razie Leszek Czarnecki zrobił dobry interes czy nie?

Lepiej zapytać o to samego Leszka Czarneckiego, ale gdybym ja obudził się rano i zobaczył na koncie prawie miliard złotych, to bym się ucieszył.

Czytaj więcej wywiadów z cyklu Twarzą w Twarz:
Zarabiają miliony na warzywniakach
Jarosław Szawlis pierwszy program w życiu sprzedał za 750 tysięcy złotych.
Prezes PGS Software o prognozach na 2013
Wojciech Gurgul mówi, że zapotrzebowanie na pracowników jest większe niż ich dostępność na rynku.
Werbowali na stołówce. Dziś zarabiają miliony
- Giełda nam niepotrzebna. Radzimy sobie sami - mówi Paweł Marchewka, prezes największego polskiego producenta gier.
Pochwal się na swojej stronie,
że czytasz Money.pl
Czytam Money.pl
Ludzie sukcesu
  • Andrzej Kopiczyński świętuje. Nie uwierzysz, ile ma lat

    Menstream
  • Dwa miesiące bez toalety na pełnym morzu

    iWoman
  • Marija Szarapowa chce złota w Rio de Janeiro. Kto jej przeszkodzi?

    iWoman