Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
Tomasz Sąsiada
Tomasz Sąsiada
|

Ania trzyma rękę na 42 miliardach euro, Hania dba o nienaganną polszczyznę w dokumentach, a Kasia opowiada o planach Unii w radiu. Poznaj Polki, które zrobiły karierę w Brukseli

0
Podziel się

W Brukseli mieszkają tysiące Polaków, którzy dzięki unijnym instytucjom znaleźli pracę i pomagają Wspólnocie sprawnie funkcjonować.

Dzielnica europejska w Brukseli
Dzielnica europejska w Brukseli (Eric Herchaft/Reporter)
bDXBYwcB

Kiedy w 1989 roku do Brukseli przyjechała Kasia Szymańska, Polska i Belgia to były dwa różne światy. U nas kończyły się ponure lata komunizmu, tam w szklanych gmachach zapadały decyzje dla całej rozwiniętej Europy. Jako młoda dziennikarka Szymańska miała relacjonować, jak nam idą starania o integrację z Zachodem, ale na początku nie szło jej najlepiej. - _ Zupełnie nieopierzona zapytałam na konferencji ważnego oficjela, kiedy Polska wejdzie do Unii. Cała sala parsknęła śmiechem _ - wspomina Szymańska.

- _ Można powiedzieć, że jestem tutaj dinozaurem. Do niedawna wydawało mi się, że tylko stażem, ale powoli chyba też wiekiem _ - śmieje się krakowianka Kasia Szymańska. Do Brukseli trafiła na staż, który miał potrwać rok. Ale w międzyczasie poznała pewnego Belga i została tu do dziś. - _ Jestem dziennikarką w miejscu, gdzie dzieją się najciekawsze rzeczy w historii Polski. Kiedy staraliśmy się o akcesję, wydawało mi się, że uczestniczę w historycznej misji _- przyznaje. Ten entuzjazm pozostał jej do dziś, choć waga wydarzeń jest już trochę mniejsza.


Kasia Szymańska - na co dzień w Brukseli,
na wczasach w Rzymie
fot. z archiwum prywatnegoMimo to uważa, że nie znalazłaby sobie lepszego miejsca do pracy. Przez 25 lat pracy w radiu miała okazję relacjonować nasze negocjacje akcesyjne (to był zdaniem Szymańskiej najciekawszy i najbardziej szalony okres), a później proces wchodzenia do Unii.

bDXBYwcD

Kariera w Unii trochę z przypadku

Kiedy Polska miała już we Wspólnocie obiecane miejsce, brukselska administracja zaczęła prowadzić nabór na stanowiska urzędnicze dla Polaków. Na jedno z takich ogłoszeń trafiła w gazecie Hania Ortega Daboin, wtedy doktorantka przed obroną pracy z filologii hiszpańskiej, a dziś tłumaczka w Radzie Unii Europejskiej. - _ Nigdy wcześniej nie miałam nic wspólnego z polityką _- przyznaje. Za to całkiem dużo z podróżami: przez dwa lata żyła w Meksyku, jeszcze dłużej w Hiszpanii.

Kiedy w końcu wróciła do Polski, planowała karierę na Uniwersytecie Warszawskim. Ale wtedy zobaczyła unijne ogłoszenie. Mimo że nie wiązała z nim wielkich nadziei, złożyła dokumenty, została przyjęta i koniec końców zmieniła życiowe plany.

Stanowisko w Brukseli Hania Ortega Daboin objęła w 2005 roku i należała do pierwszej grupy Polaków, których zatrudniła Unia. W Radzie Unii Europejskiej zajmuje się tłumaczeniem dokumentów, głównie z angielskiego na polski, czasem też z francuskiego na polski. - _ W ciągu dziewięciu lat z hiszpańskiego przetłumaczyłam może kilkanaście stron _ - podlicza.

bDXBYwcJ

Jak w mało której jednostce w administracji unijnej, pracuje z samymi Polakami. W jej komórce jest 27 tłumaczy i kilkunastu asystentów. - _ Lubię swoją pracę. _ _ Jest stabilna i dobrze płatna - przyznaje Hania Ortega .- _ _ Mamy zgrany zespół, atmosfera jest tak dobra, że niektórzy jeżdżą ze sobą na wakacje _ - dodaje.


Hania Ortega Daboin z synkiem
fot. z archiwum prywatnegoMimo że w pracy praktycznie nie korzysta z hiszpańskiego, to może do woli ćwiczyć w domu - rozmawiając z mężem Wenezuelczykiem. Poznała go w Hiszpanii, a kiedy dostała pracę w europejskiej administracji, przyjechał do niej. Dziś mają dwójkę dzieci i mieszkają w kamienicy w śródmieściu Brukseli. I, jak przekonuje Hania Ortega, jest to miejsce całkiem wygodne do życia. _ _

_ - Do pracy chodzę na piechotę. Do ronda Schumana, z którego jest rzut beretem do miasteczka europejskiego, mam piętnaście minut. Jest tu dużo zieleni i parków _- mówi. Poza tym blisko stąd za granicę. - _ Do Paryża i Londynu trochę ponad trzy godziny samochodem, na rodzinny Górny Śląsk też można spokojnie dojechać. _

Więcej deszczu niż w Londynie

_ - Jedyny minus życia tutaj to bardzo deszczowa pogoda. Prawie zawsze jest pochmurno, a pod względem opadów wygrywamy chyba nawet z Londynem _ - śmieje się Ortega. No i jeszcze kwestia wywozu śmieci. W centrum nie ma w ogóle kubłów i kontenerów, odpady trzyma się w domu i wystawia dwa razy w tygodniu o wyznaczonej godzinie przed drzwi, spod których zabierają je odpowiednie służby.

bDXBYwcK

Z życia w Brukseli jest też zadowolona Kasia Szymańska. Choć dziś to już inne życie, niż kiedy zaczynała tu karierę. - _ Na początku mieszkałam niemal drzwi w drzwi z gmachem Komisji Europejskiej w samym centrum unijnej dzielnicy. Z okien mieszkania mogłam zobaczyć gabinety komisarzy _- wspomina. - _ Ale człowiek czuje się tam trochę tak, jakby żył w sztucznym świecie. W tygodniu ulice i chodniki są zapełnione urzędnikami, na weekend zupełnie pustoszeją. Sami Belgowie chyba też nie chcą tu mieszkać _ - zastanawia się.

bDXBYwcL

Później przyszedł czas na przeprowadzkę do spokojniejszej dzielnicy, aż w końcu zapadła decyzja o zamieszkaniu pod miastem. - _ To zupełnie inna jakość życia. Mamy tu niesamowity spokój. Dookoła jest mnóstwo przestrzeni i zieleni, obok naszego domu pasą się krowy _ - śmieje się Kasia Szymańska. - _ Lubię Brukselę, bo z jednej strony to duża, międzynarodowa metropolia, a z drugiej taka trochę prowincjonalna. Ma to plusy zwłaszcza dla cudzoziemców, którzy chcą zachować troszeczkę polskości _ - dodaje dziennikarka.

Z Ursynowa do Brukseli

Podobne wrażenie ma Ania Sobczak, warszawianka z Ursynowa, która w Komisji Europejskiej odpowiada za dopłaty bezpośrednie dla rolników. To między innymi ona pilnuje, żeby w budżecie Komisji pieniądze zarezerwowane dla rolnictwa nie rozchodziły się na inne cele. Dziś jest to w sumie około 42 miliardów euro.

Do Brukseli przyjechała z mężem - specjalistą od finansowania badań naukowych - w 2005 roku i dostała się do administracji europejskiej dwa lata później, na fali naboru polskich pracowników. - _ Wtedy o pacę było łatwiej. Niedługo po tym, jak dostałam stanowisko, konkursy dla Polaków zaczęły się kończyć, bo zajęliśmy w Brukseli już tyle miejsc, ile nam przysługiwało _ - tłumaczy. Dziś jest kierownikiem niewielkiego, czteroosobowego zespołu, mieszka z mężem i trójką dzieci w domu na obrzeżach miasta. I zaznacza, że i tak mają bliżej do centrum niż mieszkańcy Ursynowa do centrum Warszawy.

bDXBYwcM


Ania Sobczyk
fot. z archiwum prywatnego- _ Wydaje mi się, że ludzie tutaj nie gnają tak bardzo jak w Warszawie. Mamy sąsiadów, którzy pracują w sektorze prywatnym i nawet oni wydają się żyć spokojniej. Dobrze nam się tu mieszka i chętnie tu wracamy z Polski. Bo teraz Brukselę traktujemy jak dom. Zwłaszcza od momentu, w którym urodziło się nam tu pierwsze dziecko _ - opowiada Ania Sobczak, choć nie zaprzecza, że pracy ma całe mnóstwo: dzieci mają autobus chwilę po siódmej, więc wszyscy muszą wstać o szóstej. Po pracy trzeba pociechom pomóc w lekcjach, pobawić się, zrobić zakupy. - _ Prawie cały dzień jestem na nogach, ale ja to po prostu lubię _ - mówi Sobczak.

Zanim trafiła do Brukseli, w Warszawie była audytorem finansowym w firmie konsultingowej. Razem z mężem wyjechali później na trochę do Nowej Zelandii. Ale tam nie dałoby się pracować w instytucjach unijnych, a taki był od pewnego czasu plan.

W Belgii Ania Sobczak też początkowo pracowała w konsultingu. Ostatecznie została przyjęta do pracy w instytucjach. - _ Komisja Europejska to bardzo dobre miejsce do pracy. Z jednej strony daje możliwość rozwoju zawodowego, a z drugiej pozwala na spokojne założenie rodziny. Tak się złożyło, że kiedy dostałam pracę, byłam w zaawansowanej ciąży. I to miejsce zostało dla mnie zachowane aż do momentu, w którym mogłam je objąć _ - tłumaczy.

Największym poświęceniem była dla niej swego rodzaju degradacja zawodowa. W sektorze prywatnym była już kierownikiem, w unijnej administracji zaczynała od samego dołu. - _ Szczęśliwie tak się jednak złożyło, że dość szybko awansowałam _- mówi Sobczak. Szczęście dopisało jej także pod względem współpracowników. - _ Spotykamy się poza pracą, robimy składkę na dobre wino i urządzamy sobie na przykład kolacje ze specjałami z naszych regionów _ - dodaje.

Tak się żyje z dala od kraju

Jednak znajomości z różnych stron świata nigdy nie zastąpią relacji z Polską: rodziną, językiem, kulturą i tradycją. - _ Dlatego _ _ jeździmy do Polski na święta i wakacje _- tłumaczy Ania Sobczak. - _ Tak się złożyło, że w Polsce została tylko moja mama _- mówi z kolei Hania Ortega. - _ Oprócz niej, nie mam po co wracać do kraju. Ale oczywiście jeździmy do niej albo ona przyjeżdża do nas _ - dodaje.

Dzieci Polek w służbie europejskich instytucji, nawet jeśli nie są akurat na wakacjach w Polsce, nie mają okazji do zapomnienia, skąd pochodzą ich mamy. Głównie przez prowadzone po polsku rozmowy. Tylko w tym języku rozmawia ze swoimi pociechami Hania Ortega Daboin. Jej mąż - tylko po hiszpańsku. Jeszcze ciekawiej wygląda to u Kasi Szymańskiej. - _ Rozmawiam z córką po polsku, mój mąż po flamandzku, z kolei ja z mężem porozumiewam się po francusku _ - śmieje się Szymańska, ale po chwili przyznaje, że najtrudniej jest przyjechać do kraju z całą rodziną. - _ Mój mąż ma stwardnienie rozsiane i porusza się na wózku. A w Krakowie niepełnosprawni nie mają łatwego życia. Wszędzie schody, wysokie krawężniki, chodniki zastawione samochodami _ - przyznaje dziennikarka. -_ Nie byliśmy razem w Polsce od śmierci papieża. Za to z córką staram się odwiedzać kraj jak najczęściej _ - dodaje.

Czytaj więcej w Money.pl

bDXBYwde
wiadomości
gospodarka
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(0)