Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
Pierwsza marchewka III RP: Jesteśmy w Tokio i na Gibraltarze, a Madeleine Albright zaprosiła mnie na kolację

Pierwsza marchewka III RP: Jesteśmy w Tokio i na Gibraltarze, a Madeleine Albright zaprosiła mnie na kolację

Polskie dziewczyny, które zachęcają inne kobiety do tego, żeby zajęły się programowaniem i nowymi technologiami, podbijają cały świat. Dziś społeczność Geek Girls Carrots działa m.in. w Tokio, Seulu, Tel Avivie, Lizbonie i na Gibraltarze. Jednak ich założycielka, Kamila Sidor, wkrótce je opuści. – W wieku 30 lat skreśliłam z listy wszystkie swoje wielkie marzenia – mówi money.pl podczas piątych urodzin Geek Girls Carrots. Dlaczego?

– Na liście moich wielkich marzeń była m.in. kolacja z prezydentem. Jestem z małego miasteczka. Myślałam, że to nieosiągalne, ale się zdarzyło – mówi money.pl Kamila Sidor. Musiała stworzyć nową, ambitniejszą listę. Znalazł się na niej Dalajlama, Barack Obama i Madeleine Albright. - W tym roku Madeleine Albright przysłała mi zaproszenie na kolację – mówi założycielka karotek. I snuje już plany, co będzie robić poza marchewkowym światem.

Jednak ten, który stworzyła, powinien działać dalej. Z nią czy bez niej. Karotki mają jeszcze sporo do zrobienia. Mimo że jesteśmy w XXI wieku, wiele kobiet wciąż obawia się przyznać, że nie kręci je praca w przedszkolu i zamiast tego wolą programować. Część z nich chowa się przed światem za ekranem swojego komputera. I nie pomaga im utrwalanie przestarzałych ról społecznych, innych dla kobiet i dla mężczyzn.

Kilka dni temu w mediach głośnym echem odbiła się wypowiedź głównego architekta IT w PLL LOT. Pan, którego z litości nazwisko już pominiemy, wyraził zdziwienie, że w jego branży pracują kobiety. Geek Girls Carrots są właśnie po to, żeby już nikt więcej się temu nie dziwił.

Agata Kołodziej, money.pl: Jest pani tą sama marchewką, którą była pani pięć lat temu?

Kamila Sidor, założycielka Geek Girls Carrots: Nie, absolutnie nie jestem tą samą osobą. Kiedy pięć lat temu zakładałam Geek Girls Carrots, byłam kimś, kto chciał coś zrobić, ale trochę w siebie nie wierzyłam, a jednocześnie miałam wątpliwości, czy oddolna inicjatywa może w ogóle coś zmienić. Teraz widzę, że to właśnie takie akcje mają ogromny wpływ, bo nie stoją za nimi żadne korporacje, żadne organizacje. To ludzi przekonuje.

Co wy tak właściwie robicie?

Jesteśmy społecznością kobiet, które chcą, żeby w branży IT było więcej kobiet, żeby więcej dziewczyn programowało, interesowało się sztuczną inteligencją, mediami społecznościowymi. Organizujemy raz w miesiącu spotkania, na które można przyjść, nie mając o tym zielonego pojęcia, i znaleźć swoją zajawkę albo chociaż inspirację, trop, gdzie szukać. Albo po prostu poznać osobę, która zmieniła swoją karierę o 180 stopni i dowiedzieć się, jak to zrobić.

Oprócz tego prowadzimy też warsztaty, na których można uczyć się programowania, tworzenia nowych technologii.

Czy pierwsza marchewka RP sama potrafi programować?

Nie. Nie jestem programistką i choć uczyłam się programowania i umiem zrobić proste rzeczy na stronach internetowych, to jednak poszłam w kierunku edukacji i inspirowania innych ludzi, a sama tego nie robię. Jednak nie przeszkadzało mi to, żeby tworzyć z koleżankami warsztaty, przez które przewinęło się już ponad 3 tysiące osób.

To skąd właściwie pomysł, żeby zachęcać kobiety do nowych technologii? Czy to źle, że częściej zostają lekarzami, prawnikami czy nauczycielami niż programistkami?

W pewnym momencie pracowałam w funduszu venture capital, który inwestował w młode firmy technologiczne. Wtedy zauważyłam, że na spotkania w tej branży przychodzi bardzo mało kobiet i pomyślałam, że chcę, żeby było tu więcej koleżanek. Pomyślałam, że trzeba powiedzieć dziewczynom: „Hej! To jest dobre dla was”. Chciałam po prostu zmienić coś wokół siebie. Potem okazało się, że wiele dziewczyn wybrało inne studia, na przykład ze względu na rodziców, otoczenie, a tak naprawdę mają ogromną zajawkę.

Jednak z drugiej strony, to jest też potrzeba rynku. Branża IT bardzo potrzebuje kobiet, bo pragnie po prostu talentów i nie może rezygnować z połowy populacji.

Jak to się zaczęło? Pewnego dnia uderzył w panią piorun, z dnia na dzień rzuciła pani pracę w korporacji i zaczęła tworzyć Geek Girls Carrots?

Nie, jeszcze przez kilka miesięcy równolegle pracowałam w funduszu venture capital. Odeszłam, kiedy okazało się, że start-up technologiczny, w który zainwestowałam wcześniej, wystrzelił. Dzięki temu miałam pieniądze na życie i mogłam pozwolić sobie, żeby nie pracować na etacie. I to był dopiero moment, w którym Geek Girls Carrots zaczęły szybko rosnąć i się rozwijać.

Pięć lat to bardzo długo, te pieniądze mogły się już skończyć, a z czegoś trzeba żyć. Zarabia pani na karotkach?

Tak, ostatni rok był dla nas bardzo dobry, bo wiele firm wykupiło u nas ogłoszenia o pracę albo usługi employer brandingu. Na przykład doradzałyśmy Nokii, jak wesprzeć kobiety pracujące u nich. Te firmy chcą zatrudniać kobiety albo zatrzymać je w firmie, a my podpowiadamy im, jak powinny to zrobić, jak wynagradzać kobiety, motywować je, dbać o nie.

Poza tym mamy jeszcze partnerów, którzy po prostu podpisują się pod naszą inicjatywą. Wystawiając u nas swoje banery, wzmacniają swoje działania marketingowe, a nas w zamian finansują.

W którym momencie pojawiły się pierwsze pieniądze?

Sensowne pieniądze, pozwalające na zatrudnienie dwóch osób, zaczęłyśmy zarabiać po pierwszych trzech latach działalności. Jakiś zarobek był w sumie od początku, tyle że nie pokrywał kosztów mojej pracy itp.

W ciągu tych trzech lat był taki moment, w którym myślała pani, że marchewka zostanie jednak przerobiona na surówkę? Że to się nie uda?

Ooooj tak. Pomysł, żeby rzucić marchewki, miałam nieustannie z tyłu głowy. To nie jest tak, że ja cały czas parłam do przodu, miałam dużo znaków zapytania. Jednak przetrwałyśmy, a dziś dostaję maile od osób, które przewinęły się przez naszą społeczność, że karotki zmieniły ich życie. I o to w tym chodzi, bo to nie jest projekt, który przynosi i kiedykolwiek będzie przynosił kokosy.

Cofnijmy się w czasie o pięć lat. Co wtedy pani myślała, że gdzie będzie dziś?

Przede wszystkim nigdy nie przypuszczałam, że ten projekt będzie tak duży. Organizując pierwsze warszawskie spotkania myślałam, że będę raz w miesiącu spotykała się z kilkoma moimi koleżankami. W momencie, kiedy zadzwoniła do mnie pierwsza osoba z Wrocławia, wahałam się, czy w ogóle powinnam mieszać się w działalność w innych miastach. Właściwie, dopiero kiedy dziesiąte miasto się do nas dołączyło, przygotowałam procedurę dla kolejnych.

Potem wyszłyśmy za granicę i zmieniłyśmy komunikację na język angielski. A kiedy odezwało się do nas Tokio, pomyślałam: "no nie, teraz to już naprawdę jesteśmy globalne". Ja tego zupełnie nie zaplanowałam, nie byłam na to wręcz przygotowana i musiałam szybko wszystkiego się nauczyć, żeby gonić moją organizację, która sama wyrywała się do przodu, beze mnie.

Tokio jest imponujące. Gdzie jeszcze za granicą jesteście?

Seul, Tel Aviv, Luksemburg, Londyn, Dublin, Lizbona. Byłyśmy w Paryżu, Seattle i Nowym Jorku, ale nie robimy tam już warsztatów. Poza tym jesteśmy w Dreźnie, Berlinie, Amsterdamie, w czeskiej Ostrawie i na Gibraltarze, a wkrótce będziemy w Chicago. No i oczywiście w 15 miastach w Polsce.

Co was w praktyce łączy z tymi miastami? Jak to działa?

My mamy know-how, jak znaleźć miejsce, pierwszych prelegentów. Dajemy dziewczynom manual, jak zacząć, i logo. Nie spotykamy się, mamy jedynie wspólną wizję, misję. Mamy wspólny kanał, przez który się kontaktujemy, wspieramy, uczymy.

Karotki to społeczność, ale też po prostu firma. Ile osób w niej pracuje?

Zatrudniona jestem tylko ja i moja asystentka Karolina Halik. Pozostałe 110 osób pracuje społecznie. Mamy taką zasadę, że kiedy dziewczyny znajdą partnerów do swoich wydarzeń, część pieniędzy idzie na działania centralne, a resztę wykorzystują na swoją działalność.

Czy do marchewek może dołączyć groszek, partner, zewnętrzny inwestor, który zastrzykiem finansowym dałby wam jeszcze większego kopa?

Przyznam, że czasami zastanawiałam się nad tym. Ale myślę sobie, że inwestor wchodzi po to, żeby zarobić dużo pieniędzy, a nasz projekt jest społeczny i nie jesteśmy tu, żeby za kolejne pięć lat się na tej działalności dorobić. Więc nie, teraz nie szukamy inwestora, ale może kiedyś to się zmieni.

Gdzie się pani widzi za kolejne pięć lat?

Karotki widzę jako jeszcze większy projekt. A siebie - w kolejnych projektach edukacyjnych, o których już teraz myślę, marzę o nich i powoli je projektuję. Marzę też o tym, żeby przyszedł ktoś, kto karotki poprowadzi już za mnie, będzie miał dobry pomysł, inną wiedzę i większe doświadczenie. Wprowadzi je na nowy tor.

Czym są te kolejne projekty edukacyjne, które już pani planuje?

To są projekty dotyczące rozwoju osobistego, radzenia sobie ze stresem, umiejętności autoprezentacji. Dziesięć lat temu nie przewidziałam tego, gdzie jestem dziś, więc wiele może się zdarzyć. Życie zaskakuje. Pamiętam, że kiedy skończyłam 30 lat, skreśliłam z listy wszystkie swoje duże marzenia.

Co to znaczy? Zabrzmiało smutno. To z powodu utraty złudzeń czy zmiany priorytetów?

Nie! Ja po prostu je spełniłam. Jednym z tych marzeń było zjeść kolację z prezydentem. Pochodzę z małej miejscowości, więc to kiedyś wydawało mi się niemal nierealne. Jednak to się wydarzyło.

Teraz o niczym już pani nie marzy?

Po 30. urodzinach zrobiłam sobie listę, kogo w życiu chciałabym spotkać. Postanowiłam tym razem wyżej podnieść sobie poprzeczkę i na tej liście znalazł się Dalajlama, Barack Obama i Madeleine Albright. W tym roku Madeleine Albright przysłała mi zaproszenie na kolację.

I jak było?

Niestety, nie byłam na tej kolacji. Byłam wtedy na wakacjach w Norwegii i nie odebrałam na czas zaproszenia. Jednak trzymam jej ciągle i myślę sobie, że właściwie mogłabym skreślić z listy kolejne spełnione marzenie.

Wróćmy do technologii. Big data, wirtualna rzeczywistość, sztuczna inteligencja... Panią to tylko pasjonuje czy czasem też trochę przeraża?

Technologie nie są ani dobre, ani złe. To jest narzędzie. Czy iPhone jest zły? Nie, ale może być użyty do złych celów. I tyle.

Nie boi się pani, że wirtualna rzeczywistość zastąpi kiedyś prawdziwe życie?

Wirtualna rzeczywistość na pewno znajdzie jakieś swoje cudowne zastosowania, ale nie zastąpi naszego życia, raczej stworzy rozszerzoną rzeczywistość. Ostatecznie my ludzie potrzebujemy się przytulić do innego człowieka i nigdy nic nam tego nie zastąpi.

Przeprowadzono kiedyś badanie na szczurach - po urodzeniu karmiono je, zapewniono odpowiednie warunki rozwoju, ale żyły zupełnie bez dotyku innych żywych istot. Te szczury umierały. Jest zupełnie poważna naukowa hipoteza, że z ludźmi jest tak samo.

 

 

Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
Gosia
2016-10-27 21:24
Paradoks taki:kobieta promuje wydaje mi się na siłę ,nowe technologie u kobiet, sama przyjmując rolę chyba najbardziej przypisaną płci żeńskiej :nauczycielki
Na siłę bo jak ktoś chce , to idzie na kurs czy na studia techniczne i pracuje w czym chce i na co mu możliwości umysłowe pozwalają

Bez względu na płeć
Nie przesadzaJMY sami ze kobiety to się tylko na przedszkolanki garna -te co znam są wspaniałe
Ewka marchewka
2016-10-23 21:48
Musi być cool skoro Madeleine Albright zaprosiła na kolację :)
baba
2016-10-23 16:14
Baby out, wredne durne stwory, tego ,,kwiatu pół swiatu, zaborcze wredne , won
Pokaż wszystkie komentarze (18)