Notowania

InsERT zarabia 20 mln rocznie na warzywniakach i cukierniach

Jarosław Szawlis pierwszy program w życiu sprzedał za 750 tysięcy złotych.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Money.pl/Tomasz Brankiewicz)

Prezes jednej z największych polskich firm zajmujących się pisaniem programów dla małych i średnich przedsiębiorstw mówi, że kryzysu w jego firmie nie widać. Jarosław Szawlis odpiera zarzuty o słabą kondycję finansową przedsiębiorstwa, twierdząc że zdecydował się na sprzedaż dużej części udziałów w firmie by _ w razie czego _ mieć na pensje dla pracowników. - _ Jeśli ma się dobrą krowę, to można jej sprzedać jej część, żeby kupić drugą i mieć dwie świetne krowy _ - przekonuje. Dziś jego firma przynosi 20 milionów przychodów rocznie, choć on sam zaczynał od długiego bezrobocia.

Manager.Money.pl: Podobno swój pierwszy program sprzedawał Pan po astronomicznej cenie 750 tysięcy złotych za sztukę?

*Jarosław Szawlis, prezes firmy InsERT: *Tak _ (śmiech) _. Przed denominacją. Dziś byłoby to około 75 złotych. To i tak był cud w tamtych czasach. 22 lata temu pomysł, żeby program napisać i sprzedawać był totalną abstrakcją. Po co kupować, skoro można było pójść na giełdę i skopiować go za darmo? Dziś wydaje się to śmieszne, ale wtedy było oczywistym, że programów się nie kupuje.

Dlatego na początku miał Pan pomysł, żeby _ Subiekt _ rozdawać za darmo, razem z komputerami?

To był pomysł mojego ówczesnego szefa. Jednak szybko podrapaliśmy się po głowach i pomyśleliśmy: _ nie no, to jednak głupio rozdawać go za darmo _. Spróbowaliśmy więc sprzedaży i się udało. Zwłaszcza, że wtedy porządny program magazynowy dla firm, pisany na zamówienie, kosztował kilkadziesiąt tysięcy złotych w przeliczeniu na dzisiejszą walutę.

Czyli był Pan kreatywnym bezrobotnym. Brak pracy rzeczywiście pomógł Panu wymyślić biznes?

Aż tak daleko nie posunął bym się z wnioskami, ale faktycznie na początku lat 90. mój znajomy powiedział mi, że uruchomiono właśnie specjalny program dla bezrobotnych, z którego każdy, kto chce założyć nowy biznes, mógł dostać kilkadziesiąt tysięcy złotych bezzwrotnego dofinansowania, jeśli firma przetrwałaby trzy lata. Pracowałem na Politechnice Wrocławskiej i zarabiałem całkiem godziwie, ale skusiłem się. Kiedy tylko zrezygnowałem z pracy, rząd zlikwidował program wsparcia _ (śmiech) _. Pisałem wtedy wiele programów na zlecenie, ale z różnych powodów status bezrobotnego faktycznie utrzymywałem. W końcu trafiłem do Darka Krawczyka, który zaproponował mi wejście w biznes, o którym wcześniej wspominałem, czyli dołączanie za darmo do sprzedawanych przez niego zestawów komputerowych, mojego programu.

Czytaj więcej [ ( http://static1.money.pl/i/h/202/m251594.jpg ) ] (http://manager.money.pl/ludzie/wywiady/artykul/grzegorz;slak;trafil;za;kraty;a;teraz;pomogl;aleksandrowi;gudzowatemu;podniesc;polmos;z;gruzow,97,0,1189729.html) *Prezes trafił za kraty, teraz rządzi Polmosem * Dzięki niemu firmie udało się podpisać intratne kontakty z Orlenem i Lotosem. Ostatecznie jednak zaczęliście go sprzedawać. Nie bał się Pan wchodzić w taki biznes właśnie w czasach, kiedy piractwo kwitło?

Wbrew pozorom, zawsze byłem zdania, że piractwo bardziej nam pomagało niż szkodziło. Ludzie może faktycznie kupowali dyskietki z programem za dwa złote na giełdzie, ale była na nich tylko wersja demonstracyjna. Mogli go zainstalować, przetestować i kiedy dochodzili do wniosku, że im pasuje - kupowali pełną i oryginalną wersję, jak na owe czasy, za niewielkie pieniądze.

20 lat temu systemy były prostsze, a więc i napisanie programu było łatwiejsze. Co za tym idzie - tańsze. Ile dziś trzeba zainwestować, żeby stworzyć taki program, jak wasz sztandarowy produkt _ Subiekt _?

Bardzo dużo. Żeby stworzyć takie programy, jak te ciężkie, rachunkowe, potrzeba sztabu kilkudziesięciu informatyków. Przy czym zajmuje to lata. Chyba, że moi koledzy mnie oszukują i robią to szybko we dwójkę, a cała reszta się obija _ (śmiech) _. Nie podejrzewam ich jednak o to. Poza programistami są w ten proces wpleceni jeszcze graficy, poloniści, a więc kosztuje to grube miliony złotych.

Ile czasu potrzeba, żeby taki program, jak _ Rewizor _ czy _ Gratyfikant _ się zwrócił?

W ten sposób myśli mój dyrektor finansowy. To z nim rozmawiam o amortyzacji, inwestycjach, itd. Mnie te sprawy są obce. Pisanie nowego, dużego programu związanego z podstawowymi zainteresowaniami firmy, to nie jest inwestycja tylko konieczność, immanentna cecha firmy. Wiem, że brzmi to źle z punktu widzenia Money.pl i finansistów, ale naprawdę nie zastanawiam się nad tym, kiedy program będzie się amortyzował, a kiedy nie. Pewnie, że chciałbym, żeby się dobrze sprzedawał, ale i tak nie mamy wyjścia. Nie mogę z niego zrezygnować, nawet jeśli nie będę zarabiał na nim tyle, ile bym chciał.

Ale przyzna Pan, że pisanie programów to bardzo dobry biznes. Zarobek bywa kilkakrotnie wyższy niż koszty, jakie trzeba ponieść.

Coś jest na rzeczy. Jednak bardzo trudno wejść dziś na rynek. Konkurencja jest ogromna i przebicie się z nowym programem jest prawie niewykonalne.

Czytaj więcej [ ( http://static1.money.pl/i/h/1/m264705.jpg ) ] (http://manager.money.pl/ludzie/twarza-w-twarz/artykul/prezes;pgs;software;polscy;programisci;zarabiaja;tyle;co;na;ukrainie,151,0,1268119.html) *Prezes PGS Software o prognozach na 2013 * Przeczytaj wywiad z Wojciechem Gurgulem. Może więc dobrym pomysłem jest działanie na takiej zasadzie, jak Mobica czy PGS Software? Pisać programy na konkretne zlecenie lub wynajmować programistów pod klienta?

Nigdy w życiu. Unikamy tego, jak ognia. Po pierwsze, to nie nasz biznes. My piszemy programy do pudełek i sprzedajemy je w sklepach. Proces powstawania jest zupełnie inny niż pisanie programów pod indywidualnych klientów. Poza tym, cieszą nas sprzedawane pudełka. Jeśli sprzeda się 100 tysięcy, to jest naprawdę fajnie. Moglibyśmy natomiast zmierzać w odwrotnym kierunku. Chętnie sami zlecalibyśmy napisanie jakiegoś programu, wynajmowali programistów, ale ich na rynku po prostu nie ma. Nie ma skąd wziąć ludzi. To główny problem całej branży. Poza tym, jestem zdania, że nasze corowe programy muszą powstawać u nas w firmie.

Skąd Pan wie, że dany program się sprzeda?

Nie patrzę w sufit, ani nie wróżę z fusów. Jesteśmy na rynku wiele lat. Mamy różnych klientów i po prostu wiemy, czego potrzebują.

Czyli bazuje Pan na tym, co do tej pory już się sprawdziło?

Zdecydowanie tak.

Akurat w przypadku InsERT, to chyba dobry pomysł, bo takie programy jak _ Subiekt _, są często stawiane za wzór dla innych. Mamy na rynku programy _ typu Subiekt _, tak jak systemy operacyjne _ typu Windows _. Ma Pan poczucie, że InsERT to taki polski Microsoft?
_ _

_ (chwila milczenia) _ Może i tak... Myślę, że tak. Jestem z tego bardzo dumny.

*Czytaj więcej [ ( http://static1.money.pl/i/h/8/m241928.jpg ) ] (http://manager.money.pl/ludzie/wywiady/artykul/prezes;mobica;porzucil;wojsko;dla;telefonow;komorkowych,198,0,1137862.html) *Zamienił samolot na komórkę. Z nudów * Dzięki tej decyzji został specem od start-upów. *

Programuje Pan do tej pory?

Teraz już nie. Pisałem natomiast _ Subiekta _ pierwszego, drugiego, trzeciego i czwartego. W windowsowym jeszcze się udzielałem, ale od tego czasu wiodę spokojne życie rentiera _ (śmiech) _. Dużo rozmawiam też z ludźmi, z pracownikami.

Ilu Pan ich dziś zatrudnia?

180 osób. Z tego połowa to programiści.

Nie boi się Pan, że firma zacznie się niedługo zmieniać w korporację?

Zacznie bez dwóch zdań. Trudno jednak gniewać się na pogodę, że jest taka a nie inna. Korporacje nie biorą się znikąd. Nie raz śmiałem się z zasad panujących w takich firmach, ale w ogólnym rozrachunku te, na pierwszy rzut oka _ durnowate _ reguły, po prostu się sprawdzają.

Tylko czy InsERT rozwinie się do rozmiarów korporacji? Od kilku lat przychody firmy się nie zwiększają. Za 2012 i 2011 były niemalże identyczne. Zwykło się mówić, że w przypadku firm informatycznych, brak wzrostu równa się problemom.

Ale wcześniej było bardzo dobrze. W 2007 roku mieliśmy wzrost rok do roku 20 procent. Co więcej, takie wzrosty mieliśmy wcześniej przez cztery lata z rzędu. W 2010 roku zmiany w VAT napędziły nam górę pieniędzy. Aż sam się bałem, że przyjdzie nam w końcu za to zapłacić. Cztery lata temu 35 procent firmy kupiła TETA. Z tego mamy gotówkę, którą traktuję jako finansową poduszkę. Wystraszyłem się trochę nadchodzącego kryzysu i dlatego zdecydowałem się na sprzedaż udziałów. Poza tym to był dobry moment na skapitalizowanie części firmy. Mieliśmy i cały czas mamy doskonałe wyniki finansowe i świetne perspektywy.

Często sprzedaż części udziałów jest wynikiem problemów. No bo, mówiąc kolokwialnie, po co sprzedawać dojną krowę?

Jeśli ma się dobrą krowę, to można jej część sprzedać, żeby kupić drugą i mieć dwie świetne krowy _ (śmiech) _. Rozmowy o kupnie firmy prowadziliśmy na wielu frontach. Natomiast z TETĄ znaliśmy się bardzo dobrze. Sytuacja tak się ułożyła, że byli wtedy na giełdzie, zrobili emisję akcji i trzeba było te pieniądze jakoś zagospodarować, żeby pokazać inwestorom, że firma sensownie się rozwija. Mieli produkt dla średnich firm, który był już mocno stary. Perspektywa więc była taka, że albo napiszą nowy produkt albo kogoś kupią. I tak od słowa do słowa przyszli do nas. Akurat wtedy szykowaliśmy się do wypuszczenia Navireo, czyli oprogramowania właśnie dla średnich przedsiębiorstw, takiego, jakiego potrzebowali. Wszystko więc dobrze się złożyło, a oni byli skłonni zainwestować w nas pieniądze.

Jak dużo musiał Pan oddać ze swojej decyzyjności?

W tej chwili TETA ma większość w Radzie Nadzorczej, co wynika z umowy inwestycyjnej. Ja i moja żona mamy nadal ponad 60 procent udziałów. Resztę posiadają pracownicy. Większość w Radzie, upoważnia TETĘ, by na przykład odwołać nas ze stanowiska.

Słuchając, co Pan mówi, mam wrażenie, jakby sprzedał Pan udziały z dobroci serca. Nie bardzo chce się w to wierzyć, bo w biznesie jest trochę, jak w życiu: kto ma miękkie serce może skończyć marnie.

Dobre serce jest wycenione w konkretnych pieniądzach. Traktuję je jako swojego rodzaju ubezpieczenie. Jeśli przyszedłby kryzys, mam na koncie pieniądze, które wystarczą mi na trzy miesiące na pensje na pracowników i to ze sporą górką.

Były już takie chwile, kiedy wydawało się, że firma upadnie?

Najtrudniejszy był 2000 i 2001 rok. Zastanawialiśmy się wtedy z żoną, czy tylko weźmiemy kredyt, czy może będziemy musieli sprzedać też dom, by wystarczyło na wypłaty.

Czytaj więcej [ ( http://static1.money.pl/i/h/123/m211835.jpg ) ] (http://manager.money.pl/ludzie/wywiady/artykul/bedzie;wiedzmin;3;zapytalismy;o;to;prezesa;cd;projekt;red,79,0,1062479.html) *Wiedźmin 2 to nie koniec? CD Projekt ujawnia * Adam Kiciński o ACTA i początkach firmy. Teraz problemy mogą wrócić, bo gospodarka hamuje. W obawie przed chudymi latami, inwestycje w oprogramowanie będą pierwszymi, których przedsiębiorcy zaniechają.

Naszym klientem są głównie firmy nowopowstające. Dlatego bardziej martwi mnie to, że w Polsce tworzy się ich coraz mniej.

Jeśli już powstają, to często firmy jednoosobowe, zakładane by dostać pracę w innej firmie, która do zatrudnienia wymaga prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Nie spodziewam się, żeby tacy ludzie decydowali się na kupno Pana oprogramowania. Wiele firm wybiera także popularny outsourcing, by zaoszczędzić na kosztach prowadzenia np. własnej księgowości.

Dlatego z dużą rezerwą podchodzę do danych GUS, które mówią, że w Polsce otworzyło się tyle i tyle nowych firm. Nie można również zapominać, że outsourcing prowadzą dla firm biura rachunkowe, które de facto są dla nas bardzo poważnymi klientami. Sztandarowymi programami InsERT-u są też te do obsługi magazynów, a tego nie da się przerzucić na zewnątrz.

Jeśli jednak sytuacja będzie postępować, małych firm będzie coraz mniej, to InsERT będzie coraz mniej potrzebny. Czy już teraz nie ma Pan wrażenia, że taki pomysł na biznes jest trochę przestarzały? Dlatego zdecydował się Pan na sprzedaż części firmy?

Absolutnie nie. Powiem jeszcze raz. Te 35 procent, było formą zabezpieczenia na ewentualny kryzys i nie miało nic wspólnego z takimi obawami o przyszłość, o jakich Pan mówi. Firmom oprogramowanie zawsze będzie potrzebne i to coraz bardziej. Nawet zwykłym warzywniakom.

Właśnie warzywniaki, piekarnie, cukiernie, mali przedsiębiorcy, często z prowincji, a nie z dużych miast, to Pana główni klienci. Nigdy nie spodziewałem się, że dzięki nim można zarabiać 20 milionów rocznie.

Faktycznie naszym podstawowym i bardzo wdzięcznym klientem są małe firmy. Sklepy, hurtownie. To bardzo fajne, bo jestem kompletnie niezależny od dużych kontraktów. Jeśli np. KGHM nie kupiłby ode mnie programu, to w przypadku koncentracji na jednym dużym kliencie, miałbym ogromny problem. Ja nie mam takich dylematów w ogóle. Mamy natomiast problemy w skali makro. Jeśli wychładza się gospodarka, to my odczuwamy to jako pierwsi. Działa to jednak także w drugą stronę, jeśli gospodarka ożywia się, również mamy najświeższe informacje.

Czytaj więcej [ ( http://static1.money.pl/i/h/97/m265569.jpg ) ] (http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/rzad;rozgrabi;pieniadze;z;ofe;i;podniesie;podatki;jeszcze;w;tym;roku,68,0,1273412.html) *Rząd rozgrabi pieniądze z OFE i podniesie podatki. Jeszcze w tym roku * Sytuacja budżetu jest coraz gorsza. W analizie Money.pl przeczytasz, jak wspólnie wszyscy dorzucimy się do ratowania kasy państwa. Wie Pan więc na pewno, czy zmiany w VAT, które wchodzą w życie w tym roku, poprawią nastroje przedsiębiorców czy nie. Ma być wam łatwiej się rozliczać, bo VAT odprowadzać będzie się dopiero, gdy kontrahent ureguluje fakturę.

Od samego początku Ministerstwo Finansów nie wiedziało dokładnie, kiedy w ogóle chce te zmiany wprowadzić. Początkowo mówiło się o styczniu, teraz już raczej o połowie roku. Już to pokazuje, jakiej jakości są te pomysły. Wprowadza się przepisy, które mają konsekwencje w stu innych miejscach, ale o tym już nikt nie myśli. Ustawa, która weszła w życie na początku roku, wywołała ogromny chaos. W marzeniach miało to wyglądać właśnie tak, jak Pan powiedział, jednak w rzeczywistości wcale nie jest to prawda. Wcale nie płacę podatku dopiero, gdy rozliczę się z klientem. Muszę zapłacić go od razu, ale mogę żądać zwrotu, jeśli kontrahent po jakimś czasie nie ureguluje faktury. Także, tak naprawdę, beneficjentem zmian jest ministerstwo, bo powodują szybszą ściągalność VAT.

Rząd twierdzi, że przepisy ułatwią życie przedsiębiorcom, bo dzięki nim będzie mniej biurokracji, mniej papierkowej roboty.

Gdzie tam! Teraz nawet najmniejsza firma musi kontrolować swoją kasę. Do tej pory, rozliczenia końcowe, pieniężne, dla firm bez pełnej księgowości, można było mieć w głowie. Teraz wszystko trzeba dokumentować na papierze. Wprowadzono rejestry kasowe, jakie obowiązują przy pełnej księgowości. Na pewno więc nie jest łatwiej.

Straszny z Pana pesymista _ (śmiech) _. Czyli pewnie w to, że w 2014 roku rząd obniży VAT do 22 procent też Pan nie wierzy?

Wierzę, że w połowie roku podwyższą go do 24 procent. Dane są dość jasne. Stosunek długu publicznego do PKB jest zbyt wysoki, a najprostszą drogą, żeby tę dziurę załatać, jest podwyższenie VAT.

Jak to może się odbić na Pana klientach i na przedsiębiorcach takich jak Pan?

Każde takie zawirowanie powoduje gwałtowny wzrost przychodów dla InsERT-u. W 2013 roku, odnotowaliśmy za styczeń i luty wzrost o 20 procent wyższy niż założyliśmy. Zmieniają się przepisy, więc musimy aktualizować programy. To prosta droga, żeby zarobić, ale nie cieszy mnie to, bo nie jest to droga zarobku naturalnego. Nie zarabiam dlatego, że moje programy są świetne, ale dlatego, że ktoś inny tak naprawdę cierpi. Choć przyroda, nawet ta biznesowa, nie znosi próżni i pewnie w miejsce firm, które upadną powstaną nowe, a ziemia jałowa nam nie grozi, to powiem tak: nie oczekuję, żeby mi ktoś szczególnie pomagał. Chciałbym, żeby mi tylko nie przeszkadzał.

Czytaj więcej w Money.pl
JR Invest ma receptę na kryzys w budownictwie - Cała sztuka polega na znalezieniu ukrytej wartości nieruchomości - przekonuje January Ciszewski, prezes spółki JR INVEST.
Tak zdzierają na kierowcach producenci aut Dyrektor handlowy największego producenta szyb samochodowych na polskim rynku odsłania kulisy funkcjonowania branży motoryzacyjnej.
Werbowali na stołówce. Dziś zarabiają miliony - _ Giełda nam niepotrzebna. Radzimy sobie sami _ - mówi Paweł Marchewka, prezes największego polskiego producenta gier.
Tagi: polscy przedsiębiorcy, jarosław szawlis, ludzie, wiadomości, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, twarzą w twarz, najważniejsze, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz