Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
Daniel Gąsiorowski
|

Aleksander Gudzowaty, dyrektor Bartimpeksu

0
Podziel się:

Nie umiem bronić się przed intrygami

Aleksander Gudzowaty, dyrektor Bartimpeksu
(PAP/Tomasz Gzell)
bEUmziZh

Jest biznesmenem o stu twarzach. Był już - jak sam mówi - agentem, rusofilem i szpiegiem. Nam odsłania kolejne wcielenia. O nieznanych faktach ze swojego zawodowego życia i o tym, że polityka jest służbą publiczną opowiada Aleksander Gudzowaty, dyrektor generalny i główny udziałowiec firmy Bartimpex.

Money.pl: Płaci Pan podatki?

Aleksander Gudzowaty: Oczywiście. Podatki trzeba płacić. Polityka podatkowa musi jednak być przychylna zarówno dla Państwa, jak dla przedsiębiorcy. Jest sztuką wypośrodkowanie tych zależności. Ci, co je płacą, muszą wiedzieć, że pieniądze trafiają w dobre ręce, są szanowane i nie marnotrawione. Sami zaś winni traktować obowiązek podatkowy jako podstawowy i święty.

bEUmziZj

Money.pl: A jak się Panu żyje w IV RP? A.G.: Jestem strasznie zły o to, że ciągle mi tą Rzeczpospolitą Polską numerują. Ja uważam, że jest jedna Rzeczpospolita Polska. Nie możemy mieć wrażenia, że jesteśmy ciągle w innym **Państwie. To stosunki w państwie ulegają zmianom.

Money.pl: Dzięki temu jednak może zmienią się politycy?

A.G.: Politycy także podlegają zmianom, niektórzy nawet korzystnym. Dla mnie polityka, to ciężka służba. Ludzie, gdy zdobywają władzę, to się niestety trochęzmieniają. Wielu z nich jest mało skromnych. Wielu z nich myli służbę narodowi z władzą nad narodem. Wielu z nich nie martwi nawet ich własny brak kompetencji. Są i żyją w swojej gromadzie. Niektórym zaś przydałoby się, żeby byli grzeczniejsi. Na marginesie, bardzo mnie zdziwiło, gdy zobaczyłem w ONZ, że służbowy samochód ma tylko Sekretarz Generalny. Reszta towarzystwa jeździ swoimi. Polecam ten przykład.

Money.pl: Zostawmy jednak politykę, porozmawiajmy o Pana sukcesach. A. G.: Te stare, to znane sprawy, a aktualnie dopiero oczekujemy dużego sukcesu.

bEUmziZp

Money.pl: Porozmawiajmy więc o tym, jak to wszystko się zaczęło. Zaczynał Pan podobno mając 100 dolarów w kieszeni?

A. G.: To było około 15 lat temu. Zwolnili mnie z pracy, ale wszyscy znają tę historię...

Money.pl: Niech Pan opowie o tym, czego jeszcze nie napisano.

A. G.: Byłem wówczas dyrektorem centrali handlu zagranicznego (Kolmex - przyp. red.). Byłem jedną z tych ważnych osób na prestiżowym stanowisku. Moja historia nie była jednak całkiem typowa. Dyrektorzy w tamtych czasach byli kojarzeni z ludźmi nomenklatury. O obsadzie stanowisk kierowniczych decydowała władza - zresztą teraz, jak się okazało, jest podobnie. Na dyrektora generalnego zostałem wybrany nie z woli Ministra Handlu Zagranicznego, bo on by mnie nawiasem mówiąc, człowieka mało znanego w resorcie, nigdy nie wybrał, tylko przez dyrektorów fabryk, akcjonariuszy spółki. To była bardzo atrakcyjna praca. Pieniądze z tego nie były wielkie, ale wiązało się to z wyjazdami zagranicznymi, samochodem, prestiżem. I nagle... mnie wylali. Wstaję rano z łóżka w mieszkaniu na Żoliborzu. Nie podjeżdża samochód. Nie mam nic do roboty. Cios potworny. Blisko 3 miesiące taki stan mnie trzymał. Trzeba było z czegoś się utrzymać, bo oszczędności przecież nie miałem. Czułem się wtedy bardzo pokrzywdzony. Akurat, krótko
przed tym, odniosłem ogromny sukces w handlu zagranicznym, przekładający się na duży majątek dla Polski. Nikt tego nie docenił. Znalazłem jednak sposób, śmieszny, ale okazało się skuteczny. Poszedłem do mojego pokoju, wyszedłem na balkon i... po prostu się wysikałem z tego balkonu na trawnik na dole. Od razu mi ulżyło i powiedziałem sobie, że to już koniec moich męczarni. Na drugi, czy trzeci dzień już założyłem firmę, którą z szacunku dla mojego psa nazwałem Garo, a potem przekształciłem ją w Bartimpex.

Money.pl: Od razu zaczął Pan pracować nad kontraktem gazowym?

A. G.: Oczywiście że nie. Na początku w jakiejś fabryce wynajęliśmy dwa pokoje. Tuż przy toalecie, więc pachniało troszeczkę. Sami wymalowaliśmy i przywieźliśmy z domu bardzo nędzne krzesła i biurka. Mieliśmy jednak bazę i mogliśmy zacząć pracować. Przez przypadek udało nam się przeprowadzić kilka udanych transakcji. W końcu wpadliśmy na pomysł, jak oddłużyć polskie gazownictwo. Państwowe PGNiG było w okropnej sytuacji finansowej. Wymyśliliśmy majstersztyk. Załatwiliśmy, że gazownictwo miało odroczony termin płatności za gaz o rok. W tych czasach, nagłych zmian kursów, w rozliczeniach ustabilizowaliśmy je tylko do czterech rocznie. Całe ryzyko kursowe przejęliśmy na siebie. Gospodarka przechodziła z rubli na dolary. To był okres dla pionierów. Gaz był importowany wcześniej za ruble, zaś nagle rozliczenia zmieniły się na dolarowe. Nasz pomysł polegał na wymianie towaru za gaz, w dodatku na samym gazie nasza marża wynosiła 0 procent. Zarabialiśmy, i to bardzo dużo, na towarach, które eksportowaliśmy z
Polski. O czym nikt nie pamięta, dzięki naszemu pośrednictwu, przejęliśmy na siebie ewentualne niezadowolenie Rosjan. Gdyby gaz był dostarczany bezpośrednio do PGNiG, to Rosjanie, gdyby byli agresywni, zlicytowaliby tę firmę za długi. Nas mogli sobie licytować ile chcieli, bo my nie mieliśmy żadnego majątku. Byłem strasznie dumny, że udało nam się uratować polskie gazownictwo od ewentualnych awantur. Szczerze mówiąc oczekiwałem...

bEUmziZq

Money.pl: Wdzięczności? A.G.: Pan się z tego śmieje. Może to i głupie, ale taka jest natura ludzka. Jak się wie, że zrobiło się coś dobrego, to oczekuje się wdzięczności. Podobne odczucia miałem po przygodzie w Kolmeksie.

Money.pl: Zaczynał Pan od interesów na rynku rosyjskim...

A. G.: Wie Pan dlaczego? Ja jestem po prostu antytalentem językowym. Znam tylko język rosyjski. W centrali handlu zagranicznego też panowała konkurencja. Trafiłem na rynek rosyjski, dzięki czemu nauczyłem się pracy na wielkich liczbach. To jest bardzo ważne.

Money.pl: Co jeszcze zdecydowało o Pana sukcesach zawodowych?

A. G.: Miałem w Textilimpeksie takiego szefa, który mnie po prostu katował. Nie robił jednak tego dlatego, że był świnią, tylko dlatego, bo mnie bardzo lubił. Dostawałem takie zadania, dzięki którym, nauczyłem się, iż nie ma **rzeczy niemożliwych do zrobienia. To zdecydowało o moim sukcesie. Ważne było także dla mnie spotkanie z profesorem łódzkiego uniwersytetu, od prawa cywilnego. Jak on zobaczył w indeksie, że ktoś ma kierownicze stanowisko (studia zaoczne - przyp. red.), to gotów był go zadeptać - a nauczył. Dzięki temu umiem się posługiwać prawem. Nikt mnie jednak nie nauczył bronić się, przed intrygami.

bEUmziZr

Money.pl: A propos intryg - ile Bartimpex miał kontroli skarbowych?

A.G.: Bardzo dużo wszelkich kontroli. Wczoraj (rozmowa miała miejsce 9 lutego 2006 r. - przyp. red.) dowiedziałem się ze zdziwieniem od swojego dyrektora finansowego, że od 7 tygodni mamy kontrolę dotyczącą VAT-u. Ja nawet o tym nie wiedziałem. Taki akurat mamy podział obowiązków. Wszystkie kontrole jednak kończyły się uzyskaniem, że tak powiem, „świadectwa z czerwonym paskiem".

Money.pl: Mówił Pan wielokrotnie, że został wyrzucony z rynku gazowego. Przez kogo?

A.G.: Rosjanie zostali wbrew prawdzie **poinformowani o tym, że my działaliśmy przeciwko nim. Z tego interesu wyrzucili nas jednak Polacy. Politycy.

bEUmziZs

Money.pl: Pozostał po tych interesach spór z Gazexportem, spółką zależną Gazpromu. Czy to się wiązało również z działalnością polityków?

A.G.: To jest inna bajka.

Money.pl: Przyczyniło się do tego zmiana kierownictwa w Gazpromie?

A.G.: Można tak powiedzieć. Nowe kierownictwo tej spółki to są ludzie, którzy mają swoje życiorysy. Biorą one, część z nich, początek w służbach. Putin świadomie chyba tak zrobił, że wzmocnił swoimi ludźmi najbardziej newralgiczne dla państwa przedsiębiorstwa. Teraz Naimski (Piotr, wiceminister gospodarki - przyp. red.) robi u nas to samo. Ci ludzie mają inne przyzwyczajenia, inne nawyki. Po pierwsze - nie znoszą sprzeciwu. Przez 3 lata wodzili nas za nos. Podpisali kontrakt, że kupią od nas żywność (my na gazie jak mówiłem nie zarabialiśmy). I przestali ten kontrakt respektować. Jeszcze mieli do mnie pretensje, że ja się złoszczę. Ponieważ nie było żadnego dialogu, a ja nie należę do ludzi, którzy pozwolą się lekceważyć, potrąciliśmy sobie, tytułem rekompensaty za szkody, pewną kwotę pieniędzy. Wtedy wszystko się zaczęło!
Ciągle liczyłem się z tym - i liczę nadal - że Rosjanie w końcu zrozumieją, że my naprawdę zostaliśmy przez nich pokrzywdzeni. Jak ktoś jest taki silny jak Gazprom, to nie może się zachowywać tak agresywnie. Taka firma powinna działać ze zrozumieniem dla partnera. To jest cecha, która przystoi wielkim. Wielkim się jest przez sposób bycia. Dnia 14 lutego zakończył się proces w tej sprawie. Rosjanie uzyskali 12 mln dolarów, a my 35 mln dolarów.

Money.pl: Czy zmianą mentalności kadry kierowniczej można wytłumaczyć ostatnie kryzysy gazowe?

A.G.: Zmienił się język w kontraktach gazowych. Obecnie ci ludzie są bardziej zasadniczy. Moim zdaniem, te działania są prowadzone po to, by się przypodobać Putinowi, ale tak naprawdę psują rynek. Zrobienie z gazu instrumentu politycznego, to był błąd doradców. Sztuka handlu, to sztuka kompromisu. Rosja jest rynkiem wielkich możliwości, a my jesteśmy jej sąsiadem.

Money.pl: Po fiasku kontraktu gazowego zmienił Pan strategię biznesową. Jakie kierunki są teraz dla Bartimpeksu najważniejsze?

A. G.: Myślimy o Bliskim Wschodzie, na razie bez efektów, ale jesteśmy dobrej myśli. Na wszystko przychodzi pora. Napotkaliśmy na problem innego rodzaju. Polska wchodzi w światowy rynek, a bez protekcjonizmu państwowego jest skazana na konfrontację ze światowymi koncernami. Proszę spojrzeć na Irak. Kto wygra z General Motors? W przetargu dostaliśmy wysoką ocenę, ale i tak przegraliśmy. Rządy powinny w dzisiejszym globalnym świecie mieć obowiązek pomagać biznesowi. U nas biznes jest traktowany w ten sposób, że jest potrzebny, bo płaci podatki, mówi się o nim dobrze, ale trzyma się od niego z daleka.

Money.pl: Globalizacja według Pana, to nie jest szansa, ale zagrożenie?

A. G.: Polska odrodziła się na nowo ze swoją szansą reformatorską już w świecie dla niej nieprzychylnym. W świecie zglobalizowanym. Większość graczy na tym rynku, to nie są anioły. Gdy przejmują firmę, to robią to w bardzo agresywny sposób. Trudno oczekiwać, by oni nam pomogli.

Money.pl: Jakoś nie widzę Pana w tłumie alterglobalistów na czele pochodu palącego restauracje McDonalda? A. G.: Jedni są od palenia restauracji, a drudzy od mówienia. Ja właśnie mówię. Wszystko co się koncentruje, kiedyś może wybuchnąć. Globaliści stworzyli pewne reguły wobec Polski, które było widać m.in. na przykładzie prywatyzacji. Prywatyzacja to jest bardzo ładne słowo, bo nie oddaje sensu tego co się działo. To były tak naprawdę delikatesy. To była wyprzedaż. Okazało się po jakimś czasie, że to co sprzedaje się w Polsce, jest dziwnie tanie. Według wycen przygotowywanych przy okazji prywatyzacji, wszystko było w porządku. Tyle tylko, że były to wyceny tego samego towarzystwa, które jednocześnie służyło globalnym interesom i kupowało prywatyzowane firmy lub opiniowało takie projekty.

Money.pl: A jak idą interesy w USA?

A. G.: Źle. To jest jednak biznes rozpisany na 10 lat do przodu. Muszę stwierdzić, że bardzo trudno się sprzedaje do USA. Tam jest bardzo duża konkurencja. Lockheed jest potężną firmą. Ostatnio musieliśmy im zwrócić uwagę, że nie mają racji, ciągle manewrując. Jestem jednak dobrej myśli.

Money.pl: A biopaliwa?

A. G.: To jest akurat sukces.

Money.pl: Jak to? Przecież cały czas nie ma ustawy.

A. G.: No właśnie, ale my zrobiliśmy jeden ruch strategiczny. W Polsce nikt nie chciał od nas kupować biokomponentów, więc zaczęliśmy sprzedawać je za granicą. W tej chwili mamy 120 proc. sprzedaży w stosunku do naszych możliwości produkcyjnych.

Money.pl: Dlaczego więc się tym nie chwalicie?

A. G.: Po co? Żeby kolejną szarańczę na siebie spuścić.

Money.pl: Sprzedał Pan swoje udziały w firmie ubezpieczeniowej CIGNA*, a co się dzieje w BWE?*

A. G.: Normalnie się rozwija. Ostatnio wszystko jest w porządku. Właśnie jadę za granicę w sprawie banku. Być może znajdziemy dla tej instytucji ciekawego partnera.

Money.pl: Wybuduje Pan jeszcze gazociąg Bernau - Szczecin?

A. G.: Zbrzydł mi ten temat. Poniosłem tam olbrzymie koszty. Nie mogę też zrozumieć polityki kolejnych rządów.

Money.pl: Początki sięgają przecież Janusza Steinhoffa, ministra gospodarki w rządzie Jerzego Buzka...

A. G.: Steinhoff powiedział mi, że jest to świetny projekt. Jak się tylko Naimski pokazał na horyzoncie, zmienił zdanie. Teraz gdy Naimski powrócił, to w ogóle nie mamy żadnych szans.

Money.pl: Podał Pan ich do sądu, było swego czasu o tym głośno. Wygraliście?

A. G.: Nie. Ostatnio procesy z przedstawicielami władzy przegrywamy. Zakończyliśmy niedawno spór z Naimskim. Sąd uznał, że mamy we wszystkim rację, ale nie wyczerpuje to znamion paragrafu i wydał wyrok uniewinniający, nie jest on jednak prawomocny. Wyglądało to tak, że Naimski jako przedstawiciel władzy, do tego z pochodzenia ze służb specjalnych, jest sam w sobie bardzo silny i nic złego nie zrobił. Mamy taką teorię i przekonanie o tym, że w świecie energetycznym istnieje druga władza. Nazwaliśmy ją „Lożą-5" (aluzja do piątego poziomu piekła - przyp. red.). De facto to ona rozdaje karty.

Money.pl: Na przykład?

A. G.: Zwracaliśmy uwagę, że prywatyzacja PGNiG jest bardzo źle przeprowadzona. Poruszyliśmy tylko jedną kwestię - Europolgazu - bo jesteśmy tam udziałowcem. W efekcie mam sprawę w Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Komisja sprawdza, czy ja swoimi działaniami nie zaszkodziłem w prywatyzacji spółki.

Money.pl: A co Pan takiego właściwie zrobił?

A. G.: Zawiadomiłem prokuraturę. Nie dlatego, że mam charakter donosiciela, tylko dlatego, iż obawiałem się zarzutu, że wiedziałem o sprawie i nic nie zrobiłem. Europolgaz został wyceniony podczas prywatyzacji PGNiG na 150 mln euro, podczas gdy same 3 stacje kompresorowe, które były ostatnio tam budowane, są warte 300 mln dolarów. Majątek zgromadzony w tej spółce to blisko 2,5 mld dolarów. Jak to jest możliwe, że w wycenie zachodzą takie różnice? Dlatego byłem przekonany, że stoi za tym jakaś tajemnicza grupa interesu.

Money.pl: Chce Pan powiedzieć, że u nas rządzą służby?

A. G.: Ja nie mam żadnych wątpliwości. Niektórzy pracownicy ze służb mają wpływ na polityków, kreują wręcz własną politykę, a razem stanowią ową tajemniczą "Lożę -5".

Money.pl: Śledząc Pana boje z politykami i mediami można odnieść wrażenie, że zawiedli Pana doradcy od wizerunku.

A. G.: Nie mamy doradców od PR. Wszyscy mnie za to krytykują. Ja nie chcę modelować swojego wizerunku. Ja nie jestem kokietką. Nie będę wszystkim mówił, że jestem ładny, albo że jestem szczupły. Nie jestem. Mam świadomość błędu, że nie usiłowaliśmy kreować swojego wizerunku. Poddani zostaliśmy przecież czarnemu lobbingowi w gazetach. Robiliśmy już za rusofili, agentów, szpiegów.

Money.pl: Ma Pan jakąś teorię, dlaczego tak się działo?

A. G.: „Loża -5"

bEUmziZK
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(0)