Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na

Antoni Gucwiński, dyrektor wrocławskiego zoo

Z pieniędzmi wśród zwierząt

Podziel się
Dodaj komentarz
(Tomasz Brankiewicz/Money.pl)

W zarządzaniu najbardziej przeszkadzają mu urzędnicy, którym podlega. Jako biznesmen - improwizuje, bo nie ma uniwersytetów, które uczą jak zostać menedżerem menażerii. Z Antonim Gucwińskim, dyrektorem wrocławskiego zoo rozmawia dziennikarka Money.pl.

Money.pl: Jak się zarządza takim przedsiębiorstwem jak zoo?

Antoni Gucwiński: Jest to biznes ciekawy, bo oparty w dużej części oparty na improwizacji. Nie ma uczelni na świecie, która przygotowywałaby przyszłych pracowników tej instytucji. My, wykształceni w innych zawodach, pokrewnych, przechodzimy na to poletko w drodze samokształcenia.

Money.pl: Jakie umiejętności są najważniejsze, żeby sprawnie zarządzać zoo?

A. G.: Trudno powiedzieć. Jeśli ma się w gospodarstwie kilka gatunków zwierząt, to trzeba mieć wyższe studia, żeby umieć zająć się każdym z nich. Natomiast, jeśli w zoo jest 650 gatunków, to potrzebne jest również - oprócz wiedzy - ogólne spojrzenie, znajomość geografii, botaniki, środowiska. Jeżeli na przykład chce się budować pomieszczenie dla goryli, to trzeba jechać i zobaczyć, jak te goryle żyją, jak się zachowują.

Ludzie pracujący w ogrodzie to zarówno ludzie bez wyższego wykształcenia, jak i doskonale wyszkoleni profesjonaliści. Ale ogród to również poligon dla artystów, badaczy różnych dyscyplin. Zwierzę nie żyje na pustyni, więc musi mieć odpowiednią oprawę. Zatrudniamy więc również architektów i projektantów.

Money.pl: Jak wygląda polityka finansowa zoo?

A. G.: Jesteśmy jednostką budżetową w gminie Wrocław. Nie ma na świecie ogrodu, który utrzymywałby się z biletów wstępu. Są fundacje, sponsorzy, towarzystwa naukowe, które zoo współfinansują. W większości ogród finansowany jest z budżetu miasta. Wpływy z biletów wstępu stanowią około 35% całego budżetu. Rocznie odwiedza nas około pół miliona, a większość z nich to dorośli. Największy dochód generujemy w okresie letnim.

Money.pl: A co generuje największe koszty?

A. G.: W Polsce mamy do czynienia z niezdyscyplinowaniem społeczeństwa. Bywają kradzieże, włamania, dewastacje. Nie jest to plagą, niemniej jednak musimy wydatki na ochronę potraktować jako systematyczny koszt. Na ten cel przeznaczamy dziennie tysiąc złotych. To zupełnie bezsensowny koszt, bo pilnujemy zwierzęta przed ludźmi, a dla ludzi zostały one tutaj sprowadzone. Nie ma innego wyjścia.

Największe koszty to jednak media. Musimy ogrzewać ogród przez pół roku. Na drugiej pozycji jest woda. Dzienny koszt wody wynosi od 1500 do 2000 złotych. Dalej - płace. Karma dla zwierząt to - wbrew temu, co się sądzi na zewnątrz - niezbyt wielki koszt.
* Money.pl: Ile osób Pan zatrudnia?*

A. G.: 135 - w tym 20% z wyższym wykształceniem. Jesteśmy instytucją samodzielną w całości. Mamy własną grupę remontową, konserwatorów, ogrodników i transport.
* Money.pl: A jak sobie Pan radzi w krytycznych sytuacjach, kiedy brakuje pieniędzy? W zagranicznych ogrodach zoologicznych zatrudnia się bowiem menedżerów, którzy w momencie finansowej zapaści pozyskują sponsorów.*

A. G.: Tak zarządzam, żeby nie zabrakło. W tej chwili rozpoczęliśmy remont zabytkowej małpiarni. Okazało się, ze kosztorys był nieprawidłowy. Nie uwzględniono kosztów, które ujawniły się podczas remontu. ZOBACZ TAKŻE galerię zdjęć Pieniądze się kończą, a zwierzęta umieściliśmy w zastępczych pomieszczeniach, w których nie mogą być długo. Właśnie wybieram się na naradę do miasta, co z tą sytuacją robić dalej. Możliwości techniczne są, tylko zabrakło pieniędzy.

Money.pl: Nie szuka Pan wsparcia u sponsorów?

*A. G.: *Szukam, ale niestety bezskutecznie. W Polsce to nie jest popularne, ponieważ sumy, które sponsor przeznacza na ogród, nie są odliczane od podatku. Poza tym ci, chętniej sponsorują ważniejsze instytucje, którym się chcą podlizać.

Mamy kilku sponsorów, którzy sponsorują konkretne zwierzęta. Najlepszym sponsorem jest publiczność, a ogromnym darem dla ogrodu jest pogoda. Jak jest pogoda, to mamy duże wpływy. To jest jednocześnie najbardziej ryzykowny punkt naszej działalności. Dużym magnesem dla ludzi są nowe zwierzęta. Ale żeby nowe zwierzę pokazać, to trzeba mieć miejsce i z tym we Wrocławiu jest problem. Jest to bardzo stary ogród. Dawniej się inaczej pokazywało zwierzęta - na mniejszej przestrzeni. Teraz musimy spełniać wszystkie określone przez prawo wymogi. Walczymy o odzyskanie terenu przyległego, który już dawno był przewidziany dla ogrodu. To bardzo ciąży na rozwoju. Jeśli nie uda nam się powiększyć zoo o nowe tereny, nie będziemy się rozwijać.

Money.pl: Kiedy rozpoczął Pan pracę w zoo, ogród był bardzo zniszczony. Jak udało się Panu doprowadzić go do takiej postaci, w jakiej jest teraz?

*A. G.: *Rozpocząłem pracę tutaj 50 lat temu. Nieczęsto się zdarza, żeby w jednej instytucji spędzić całe swoje życie. Na przestrzeni czasu ogród musiał się więc rozwinąć. Utrzymywaliśmy się długi czas na pierwszym miejscu w Polsce mimo widocznej dominacji stolicy. Wiadomo, w stolicy jest zawsze wszystko najlepsze. Władze Wrocławia teraz jednak zachłysnęły się czymś innym, np. Aquapark. Urzędnicy miejscy chwalą się, że będzie można oglądać delfiny, rekiny, a według mnie są to głupoty. Dzisiaj, na świecie protestuje się przeciwko trzymaniu tych zwierząt na ograniczonej przestrzeni.

Nowy ogród budować jest łatwo, natomiast modernizować stary, zachowując to, co godne zachowania - zabytkowe budynki i drzewa - jest trudno. My jesteśmy w takiej sytuacji, że musimy słoniarnię zostawić, bo ma ponad 100 lat i jest zabytkiem, ale jednocześnie w słoniarni nie można trzymać słoni, bo jest na to za mała powierzchnia. Powinno być co najmniej 5 razy tyle.

Potrzeba więc nowych terenów, a ten należy przeznaczyć na inne zwierzęta. To jest możliwe i ja taki plan złożyłem w ubiegłym roku do urzędu.

Ogród jest taką instytucją, gdzie zarządy trwają zwykle całe życie. Jest to miejsce, gdzie są bardzo słabe uposażenia, wobec tego nie ma konkurencji zarobkowej. Liczy się tutaj doświadczenie. Uczymy się na błędach. Nieszczęściem jest to, że kiedy już jesteśmy mądrzy, musimy umierać. Ale to daje postęp. Przychodzi ktoś nowy, uderza głową w mur i też czasem mu się uda coś nowego.

Money.pl: A czy próby wpłynięcia na urzędników z pozycji posła były udane?

*A. G.: *Próbowałem działać w ten sposób. Żona była posłem. My na zewnątrz mamy bardzo dobrą ocenę, ale zoo jest miejskie. Gospodarcza działalność zależy od miasta. Trochę jest w tym naszej winy, bo my przez długi okres przekonywaliśmy wszystkich, że nasze zoo jest najlepsze w Polsce. Oni są nadal o tym przekonani i nie mają potrzeby modernizować. Wolą budować fontannę na rynku niż wybieg dla fok. A tymczasem przychodzą takie dni, że w czasie weekendu przychodzi do nas 35 500 ludzi. Nie ma drugiego takiego miejsca we Wrocławiu, które przyciągałoby tyle ludzi w takiej koncentracji czasowej.

Money.pl: Na popularność wrocławskiego zoo niewątpliwie wpłynął program telewizyjny, który prowadził Pan wraz z żoną na antenie Telewizji Polskiej. To było znaczące dodatkowe źródło dochodów dla Pana.

*A. G.: *32 lata współpracowałem z telewizją. Ponad 1000 programów wyemitowaliśmy z Wrocławia. Poza tym piszemy, ja mam wykłady na Akademii Rolniczej. W przyszłym tygodniu będziemy przeprowadzać promocję filmów Disneya w Warszawie. Byliśmy również prelegentami różnych instytucji w celach zarobkowych. Gościliśmy w zakładzie odwykowym dla alkoholików, więzieniu w Rawiczu, u kleryków, w jednostce wojskowej, w domach starców. Rocznie spotykaliśmy się z 100 000 słuchaczy, bo zwierzęta interesują wszystkich. To nam bardzo pomagało również w przygotowywaniu programów telewizyjnych.

Money.pl: Promocja filmów Disneya to nie pierwszy Państwa kontakt z działalnością marketingową. Czy warto było wziąć udział w produkcji reklamy banku?

*A. G.: *Tak. Była to przede wszystkim bardzo zabawna i interesująca propozycja. Sprytnie wykorzystano nasz telewizyjny wizerunek i to nam się spodobało. Ta reklama - bardzo trudna do wykonania - dała nam zabawę, a obu instytucjom umożliwiła zakomunikowanie korzystnych faktów. Przypomnieliśmy się też naszym widzom. Przy okazji tej produkcji spotkaliśmy się z ogromnym niezrozumieniem i dziennik „Słowo Polskie" zaczęł nas spowiadać z całego tego przedsięwzięcia.

Money.pl: Jakiej wysokości honorarium otrzymali Państwo za udział w tym przedsięwzięciu?

*A. G.: *Pod tym względem nie było tak najciekawiej, dlatego że nie jesteśmy profesjonalistami. Nie wiemy, jak się sprzedać. Poza tym, nie dlatego to robiliśmy. Jakieś 4 lata temu reklamowaliśmy kawę. Nasze zdjęcie z żyrafa umieszczono na jej opakowaniach. Kto kupił i ten znaczek oddał w kasie zoo, otrzymywał zniżkę. Około 120 000 zarobił wtedy ogród, a my nic nie wzięliśmy.

Money.pl: A czy satysfakcjonują Pana zyski ze sprzedaży książek i innych publikacji? **

*A. G.: *Honoraria za publikacje książek są symboliczne. Ostatnio współpracowaliśmy z krakowskim wydawnictwem. Dość duży nakład, niestety wydawnictwo się rozpadło i nie rozliczyli nas. Nie będziemy ich ściągać. Z pisania nie da się wyżyć. Teraz zamierzamy spisać historię 140 lat wrocławskiego ogrodu. Potrzeba na to jednak dużo czasu i spokoju.

Money.pl: Tym planuje się Pan zająć na emeryturze?

*A. G.: *Tak, rezygnują ze mnie rezygnują. To jest przykre, bo moi przełożeni robią to bardzo brzydko. Ja jestem w wieku emerytalnym, ale to nie jest powód do odwołania. Jakieś podchody robią.

Money.pl: Może mają już wyznaczonego następcę?

A. G.: *Tak, rzeczywiście *jest już kandydat na moje miejsce. Jest to największe nieszczęście tego ogrodu, bo ten człowiek, gdzie był, to skopał wszystko. Ja się tego boję. Ma chyba swoje wejścia. My z żoną chcielibyśmy tylko dokończyć pewne sprawy, m.in. odzyskać teren, który sprzedano w prywatne ręce za 8 złotych.

Money.pl: Czego oczekiwałby Pan od swojego następcy?

*A. G.: *Żeby się zajął serdecznie ogrodem. Nie da się tu pracować w charakterze urzędnika. Z jednej strony jest to sielanka, codziennie jest coś ciekawego, ale z drugiej strony jest to zwykły folwark, który boryka się z trudnymi problemami finansowymi. Trochę się obawiam, bo wiem, jak trudno dziś o dobrych pracowników.

Tagi: antoni gucwiński, ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz