Notowania

ludzie
24.04.2006 09:15

Bogusław Grabowski, prezes zarządu Skarbiec AMH SA

Zdecydowanie opłaca się inwestować

Podziel się
Dodaj komentarz

Nawet politycy się uczą i teraz już wiedzą, że niższe stopy procentowe nie mają przełożenia na PKB – mówi dla Money.pl Bogusław Grabowski, prezes zarządu Skarbiec Asset Management Holding S.A. O roli Banku Centralnego, ryzyku inwestycyjnym, bezrobociu i konsekwencjach wejścia Polski do strefy euro oraz o tym, dlaczego najprawdopodobniej nie zostanie prezesem Narodowego Banku Polskiego opowiada były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Money.pl: Został Pan w marcu prezesem spółki Skarbiec AMH. Zarządza Pan grupą firm na rynku kapitałowym, wiele osób chciałoby się dowiedzieć, jak osiągnąć taki sukces. Czy pamięta Pan punkt zwrotny w pana karierze?

Bogusław Grabowski: Punkt zwrotny wiąże się z moja pracą na wydziale ekonomiczno-socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie byłem adiunktem. W 1988 r. pojechałem do Warszawy na staż zawodowy do Narodowego Banku Polskiego. Staż ten trwał zaledwie pół roku, ale działo się to w przełomowym dla polskiej bankowości okresie. To wówczas przeprowadzono reformę sektora bankowego, która polegała na wyłonieniu dziewięciu komercyjnych banków ze struktur NBP. Gdy wróciłem do Łodzi, zostałem poproszony o pomoc przy tworzeniu systemu zarządzania płynnością w Powszechnym Banku Gospodarczym w Łodzi. Oczywiście zarekomendował mnie NBP.

*Money.pl: W Pana karierze praca na uczelni przeplata się z pracą w instytucjach komercyjnych, zwyciężyła jednak komercja? *

*B.G.: *Na początku lat dziewięćdziesiątych wynagrodzenia na uczelniach były takie, że pracując na pół etatu w banku zarabiałem dwa razy tyle, ile wynosiło moje pełne wynagrodzenie na Uniwersytecie Łódzkim. Kiedy zakończyłem projekt w PBG - wyjechałem do Kanady. Skończyłem tam studia. Dzięki temu mam zarówno polski, jaki i kanadyjski dyplom z ekonomii. W Polsce skończyłem jeszcze statystykę.

Money.pl: I uzbrojony w te dyplomy ruszył Pan na podbój bankowości?

*B.G.: *Gdy wróciłem, zostałem doradcą prezesa Petrobanku (dziś Nordea Bank). Później zostałem prezesem tego banku i doprowadziłem do prywatyzacji tej instytucji. To była bardzo specyficzna prywatyzacja, ponieważ właścicielem banku były duże przedsiębiorstwa państwowe. Wcześniej udało się ten bank z sukcesem wprowadzić na giełdę. Równolegle pracowałem również na uczelni. W międzyczasie miałem półroczny epizod bycia wicewojewodą łódzkim - chyba jednym z najmłodszych wówczas w Polsce.

Money.pl: Ani słowem nie wspomniał Pan o swojej pracy w Radzie Polityki Pieniężnej, tymczasem to właśnie z tą funkcją jest Pan najmocniej kojarzony. To chyba trochę krzywdząca opinia?

*B.G.: *Oczywiście, mam za sobą sześcioletnią kadencję w Radzie Polityki Pieniężnej, ale przecież wcześniej byłem przez cztery lata prezesem komercyjnego banku. W krótkim czasie zdobyłem wówczas doświadczenie, które wielu pracowników bankowości zdobywa przez bardzo długi czas. Gdy zaczynałem pracować - zarządzałem grupą bodajże 170 osób pracujących w banku, gdy odchodziłem - było ich już prawie 1200. Bank kilkunastokrotnie powiększył także swój kapitał.

Money.pl: Czuje się Pan bardziej ekonomistą czy managerem?

*B.G.: *Jestem jednym i drugim.

Money.pl: A wie Pan, dlaczego wymyślono ekonomię i ekonomistów?.... Żeby astrologia wyglądała na bardzo poważną naukę

*B.G.: *A kto tak powiedział?

Money.pl: Dr Krzysztof Rybiński

*B.G.: *O... Dr Rybiński jest ekonomistą i w związku z tym wie, że w tym przypadku nie ma racji. Współczesna teoria ekonomii szybkimi krokami zmierza do tego, że staje się nauką bardzo ścisłą. W metodologii jest zresztą tak ściśle zmatematyzowana, ma tak usystematyzowaną metodę badawczą, że nie ma co do tego wątpliwości. Mówimy jednak o tym, co jest głównym nurtem ekonomii, bo dookoła działają hochsztaplerzy ekonomiczni, którzy tylko się nazywają ekonomistami.

Money.pl: Czy jako prezes grupy finansowej, która zajmuje się zarządzaniem kapitałem, może Pan z czystym sumieniem powiedzieć: warto w tej chwili inwestować na rynku kapitałowym?

*B.G.: *Przemawia przeze mnie skrzywienie zawodowe, bo nigdy czegoś takiego nie można powiedzieć, że dla wszystkich odpowiedź brzmi: „warto". Zupełnie inny wydźwięk ma ten apel kierowany do kogoś, kto zarabia 10 tysięcy miesięcznie i zupełnie inny - do kogoś, kto zarabia 800 zł. Gdy już jednak ktoś podjął taką decyzję, już przeznaczył część swoich bieżących dochodów na oszczędności, na te skumulowane oszczędności w postaci środków do inwestycji, to oczywiście, że opłaca się inwestować, a nie chować tego do materaca. Nie opłaca się tego również trzymać w najbardziej bezpiecznych, ale najmniej dochodowych instrumentach, jakimi są lokaty bankowe. Dlaczego? Właśnie będąc członkiem Rady Polityki Pieniężnej robiliśmy z całym składem RPP wszystko, żebym teraz mógł powiedzieć z czystym sumieniem, że zdecydowanie inwestować się opłaca.

Money.pl: Jeśli mamy jednak oszczędności, to czym się kierować w swoich decyzjach - bezpieczeństwem, czy potencjalnymi zyskami?

*B.G.: *W dłuższym okresie wyższe ryzyko zawsze wynagradzane jest wyższą stopą zwrotu. Jeśli mamy zgromadzone większe oszczędności, to powinniśmy je podzielić na części. Jedna powinna być bardziej stabilna, np. lokaty bankowe lub też instrumenty oferowane przez fundusze inwestycyjne, które dają gwarancję odzyskania co najmniej zainwestowanego kapitału. Druga część może być bardziej ryzykowna i powinna dać nam wyższą stopę zwrotu.

Money.pl: Polacy jednak bardzo często podejmują złe decyzje, co zapewne wynika z poziomu edukacji ekonomicznej naszych rodaków. Jest na to rada?

*B.G.: *Poziom edukacyjny naszego społeczeństwa faktycznie na razie jest niższy niż poziom edukacyjny społeczeństw, które żyją i funkcjonują w warunkach takiej gospodarki od wielu lat. Nie ze względu na brak inteligencji, ale właśnie ze względu na brak doświadczeń w gospodarce wolnorynkowej. Ten poziom edukacji będzie oczywiście rósł, ale to potrwa wiele lat. W związku z tym, szczególnie dotyczy to bardziej ryzykownych inwestycji, zarządzanie lepiej jest powierzyć wyspecjalizowanym firmom i ludziom, którzy się na tym znają.

Money.pl: W co więc inwestuje Bogusław Grabowski?

*B.G.: * Mam bardzo prostą odpowiedź na to pytanie. Jestem prezesem TFI Skarbiec. W naszej firmie mamy bardzo restrykcyjne zasady dotyczące możliwości inwestowania. Po prostu nie mogę podejmować własnych decyzji inwestycyjnych. Dlatego posiadam tak zwany „ślepy portfel", zarządzany przez profesjonalistów. Zresztą muszę powiedzieć, że ta praktyka, która jest stosowana w naszym TFI, moim zdaniem, powinna być zdecydowanie rozszerzona nie tylko na wiele firm komercyjnych, działających na rynku finansowym, ale też na osoby pełniące niektóre z funkcji publicznych, np. członka Rady Polityki Pieniężnej. Jako członek Rady byłem nieograniczony w swoich decyzjach inwestycyjnych. Uważam, że pod tym względem mamy pewne niedociągnięcia w prawie.

Money.pl: Czyli członek RPP może na przykład grać na foreksie?

*B.G.: *Tak, może grać na foreksie i nie ma w tym przypadku żadnych ograniczeń prawnych.

*Money.pl: Skoro jesteśmy przy RPP, za Pana kadencji byliśmy świadkami zażartej walki z politykami, do dziś sytuacja się nie zmieniła? *

*B.G.: *Sytuacja zmieniła się, bo choć dziś mamy do czynienia z wypowiedziami polityków i z werbalną presją na Radę Polityki Pieniężnej, to skala i intensywność tej presji jest jednak nieporównywalna z tym, co się działo, gdy ja zasiadałem w RPP. Wówczas jeden z wicepremierów - ten sam, który budował po 500 km autostrad rocznie - cały czas krytykując nas za zbyt wysokie stopy procentowe, chciał dopłacać do kredytów hipotecznych. Według jego pomysłu, Skarb Państwa miał dopłacać do odsetek przewyższających 12 proc. rocznie w przypadku kredytów dwudziestoletnich. Później życie zweryfikowało ten pomysł. Proszę zobaczyć, gdyby w pełnej skali zrealizowano ten pomysł, mielibyśmy tysiące ludzi, którzy płaciliby po 12 proc. odsetek rocznie przez 20 lat za swój kredyt hipoteczny. Ten przykład pokazuje jaką wiedzę i wyobraźnię miało wielu polityków w zakresie polityki pieniężnej. Nikomu się wtedy nie śniło, że stopy procentowe będą na poziomie poniżej 5 proc. i pomimo
tego nie spowodują żadnej eksplozji inwestycji w budownictwie mieszkaniowym. Nawet politycy się uczą i teraz już wiedzą, że niższe stopy nie mają przełożenia na PKB. To jednak Bank Centralny, mimo krytyki, dał stabilny pieniądz i jak widać, dzięki decyzjom w tamtym okresie mamy teraz niskie stopy procentowe przy bardzo niskiej inflacji.

Money.pl: Nie jest tajemnicą że na specjalnych naradach w funduszach inwestycyjnych analizowana jest sytuacja gospodarcza na parę miesięcy naprzód.

*B.G.: *Ostatnio także i polityczna.

*Money.pl: Może Pan zdradzić jakie wnioski wyłaniają się ostatnio z tych dyskusji? *

*B.G.: *Obraz jest dość przejrzysty. Polska gospodarka powoli ale systematycznie przyspiesza. Bardzo powoli, niestety, jest natomiast ograniczany poziom bezrobocia. Poziom bezrobocia jest bardzo wysoki, więc zmiany nie są odczuwalne pozytywnie przez społeczeństwo. To wszystko dzieje się jednak przy bardzo zrównoważonej gospodarce w zakresie obrotów bieżących bilansu płatniczego i niskim poziomie inflacji. W związku z tym, mamy w Polsce niskie ryzyko inwestycyjne i nawet najbardziej zagorzałe i uporczywe wysiłki polityków nie są w stanie tego popsuć w krótkim okresie.

Money.pl: Naprawdę nie ma w tej chwili zagrożenia dla wzrostu, zwiększenia się ryzyka?

*B.G.: *Złe decyzje podejmowane przez rząd, np. w zakresie nadmiernych wydatków, nadmiernego deficytu finansów publicznych, czy zaniechania reform w systemie podatkowym, przekładają się na równowagę makroekonomiczną dopiero po jakimś czasie. Czyli - ktoś nie podejmuje decyzji albo podejmuje złe, a to się w dłuższym okresie przekłada się na sytuację makroekonomiczną. Tak naprawdę inwestorzy obecnie trochę ignorują to, co dzieje się w polityce. Nie dlatego, że nie ma to negatywnych konsekwencji, ale dlatego, że w krótkim okresie nie niesie to ze sobą zagrożenia dla ich inwestycji na rynku finansowym. To, co się dzieje w polityce, zdecydowanie w większym stopniu wpływa na inwestycje realne, czyli bezpośrednie. Wiele firm wstrzymuje bowiem inwestycje bezpośrednie z powodu niepewności dotyczącej decyzji polityków w sprawach gospodarczych.

Money.pl: To znaczy, że nie można wierzyć w straszenie nas Argentyną?

*B.G.: *Straszenie Argentyna w Polsce było zawsze. Dziś jednak jest to szczególnie absurdalne, ponieważ problemy Argentyny wynikały ze złej konstrukcji systemu kursu walutowego. Po to upłynniliśmy kurs, żeby proces dostosowywania się cen na rynku, nawet do tej złej sytuacji politycznej, następował w sposób płynny. Patrząc na to co się dzieje w polskiej gospodarce, mogę wszystkich zapewnić, że mogą spać spokojnie.

Money.pl: A wierzy Pan, że doczekamy do wejścia do strefy euro?

*B.G.: *Tak. Najsilniejsza motywacja jest jednak zawsze irracjonalna. Trudno obecnie dotrzeć do decydentów z przesłaniem racjonalnym, że konieczne jest szybkie podjęcie decyzji w tej sprawie. Wiąże się to z reformą finansów publicznych i ograniczaniem deficytu. Najprawdopodobniej będziemy musieli niestety poczekać na to, że przyjdzie silna motywacja irracjonalna. Wydaje mi się, że w Polsce zawsze najsilniejszą motywacją do działania, poniekąd irracjonalną, był motyw narodowy, patriotyczny. Jeżeli będziemy widzieli, że poszczególne kraje, które dawniej były od nas mniej rozwinięte, wchodzą jeden po drugim do strefy euro, zaczniemy się wstydzić za siebie i zaczniemy naciskać na naszych polityków, żeby coś w tym kierunku zrobili.

Money.pl: Mówimy o strefie euro, a tymczasem nie wiemy nawet kiedy będą następne wybory. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?

*B.G.: *Mogę to omówić jako ekonomista, ale jednocześnie jako obserwator życia publicznego w Polsce. Moim zdaniem, nieodłącznym skutkiem obecnej sytuacji politycznej będą wcześniejsze wybory. PiS tkwi w sprzeczności. Ma nieodpartą chęć zrealizowania swoich obietnic przedwyborczych, aby nie stracić władzy, zaś z drugiej strony wie, że nie może tego zrobić. Do tej pory mieliśmy następujący mechanizm: obiecanki przedwyborcze, dojście do władzy, racjonalizowanie się ekipy rządzącej w procesie sprawowania władzy, a więc nie zrywanie tych gruszek z wierzby, które się obiecywało, a w konsekwencji zniechęcenie społeczne brakiem realizacji obietnic i głosowanie na następna ekipę, która również obiecuje gruszki - i tak dalej. Te błędy popełniane przez dotychczas rządzących były zbawienne dla rozwoju Polski, dla modernizacji kraju. Dlatego, że realizacja wielu ze składanych obietnic przedwyborczych byłaby szkodliwa dla sytuacji gospodarczej naszego kraju. Ta modernizacja gospodarki tylko dlatego się więc odbywała, że
wszystkie kolejne ekipy z wypełnianiem tych obietnic zawodziły. Wydaje mi się, że PiS jest partią, która chciałaby nie popełnić tego błędu, a jedyną możliwością uniknięcia przez PiS tego błędu będą wcześniejsze wybory.

Money.pl: Jest Pan wymieniany jako ewentualny kandydat na prezesa NBP?

*B.G.: *To przykład na to, jak nieodpowiedzialne jest rozpoczynanie spekulacji na ten temat, już rok przed zakończeniem kadencji obecnego prezesa. Powiedziano publicznie, że szukamy alter ego prezesa Balcerowicza. Ja nie jestem alter ego prezesa Balcerowicza, więc absolutnie nie pasuję do poszukiwanej kandydatury.

Z drugiej strony, właśnie takie deklaracje Prezydenta wzmagają ryzyko inwestycyjne. Co innego, jeśli takie deklaracje padną z ust polityka, a co innego, gdy powie to Prezydent. Prezydent musi bardziej trzymać się swoich wcześniejszych deklaracji, bo jest organem naczelnej władzy. Nie zrealizowanie tego, co się wcześniej mówi, oznacza utratę wiarygodności. Dla mnie szczególnie niepokojąca jest więc treść tej wypowiedzi. Szukanie alter ego prezesa Balcerowicza jest po prostu niebezpieczne dla polskiej gospodarki.

*Money.pl: Nie ma nic optymistycznego w tej chwili w naszej gospodarce i polityce? *

*B.G.: *Zawsze, gdy tak „zrzędziłem" studentom, to na końcu przypominałem słowa Antoniego Słomińskiego o tym, że Polska to jest bardzo dziwny kraj, w którym wszystko jest możliwe, nawet zmiany na lepsze.

Tagi: ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz