Notowania

Enel-Med to Elmed z Klanu. Tutaj leczy doktor Lubicz

Niewielki szpital na warszawskim Zaciszu jest najbardziej znaną przychodnią w Polsce.

Podziel się
Dodaj komentarz
(EL-MED/Materiały prasowe)

Adam Rozwadowski, twórca i prezes sieci przychodni Enel-Med, zaczynał w latach 90. od niewielkiego gabinetu stomatologicznego na warszawskim Zaciszu. Dziś stoi na czele trzeciej co do wielkości przychodów firmy medycznej w Polsce, a jego pierwszy gabinet gra w serialu Klan. **


Money.pl: Doktor Lubicz z Klanu pracuje w Elmedzie. Podobno to nie przypadek?

Adam Rozwadowski, prezes centrum medycznego Enel-Med: Tak, to prawda. Kiedy ruszał serial Klan, realizatorzy zgłosili się do nas z pytaniem, czy możemy udostępnić ekipie filmowej swoje powierzchnie medyczne. Oczywiście zgodziliśmy się i w ten sposób Klan zaczął być realizowany w dużej części w Enel-Medzie.

Z czasem wybudowano w studiu wnętrza i teraz obecność filmowców ogranicza się do zdjęć zewnętrznych. I dobrze, bo nie da się ukryć, że robili sporo zamieszania. Kiedy przyjeżdżała grupa 40, 50 osób, musieliśmy wyłączać sporą część naszej działalności medycznej. Najczęściej kręcono w niedzielę albo wcześnie rano, niemniej jednak to stwarzało trochę problemów.

Ale skojarzenie jest proste i kiedy otwieraliśmy nasz pierwszy oddział w warszawskim Atrium Plaza, właśnie pana Stockingera poprosiliśmy, żeby przeciął wstęgę.


Prowadzicie też tradycyjne kampanie reklamowe. Zdawałoby się, że ochrona zdrowia nie potrzebuje promocji.


Znajomość marki jest rzeczą ważną. Najważniejszy kanał przekazywania informacji o firmie to oczywiście bezpośrednie relacje pacjentów. Ale nasz potencjał się rozwija i musimy zadbać, by przyrost klientów był proporcjonalny do tempa rozwoju inwestycji. Pozyskiwanie pacjentów przez pocztę pantoflową okazało się mimo wszystko niewystarczające, stąd też musimy stosować inne formy promocji.


Prowadzi Pan bloga. To też forma promocji?


Prasa często pyta nas o opinie na temat nowych ustaw i projektów, a my wyrażamy swoje poglądy z pozycji praktyków. Ministerstwo stosuje zasadę oblężonej twierdzy, wydaje mu się, że ma monopol na mądrość i nie wsłuchuje się w głosy osób, które działają na rynku. Chcemy różnymi kanałami docierać z informacją, zależy nam, by to, co rodzi się w zakresie nowych ustaw, było powiązane z praktyką. Blog jest jednym ze środków przekazu.


A skąd pomysł otwierania ośrodków w placówkach handlowych? To jakiś znak czasów?


Początkowo sami zastanawialiśmy się, czy to dobry pomysł. Przekonał nas fakt, że uzyskaliśmy bardzo korzystne warunki wynajmu powierzchni, gdyż centrum medyczne ściąga klientów. Zakładając, że do gabinetu co 20 minut przychodzi pacjent i pomnożywszy to przez liczbę gabinetów i godzin pracy, otrzymujemy kilkanaście tysięcy wizyt w ciągu miesiąca w jednym centrum.


Nie psuje to wizerunku firmy?


Nie, wręcz przeciwnie. Zarówno pacjenci, jak i lekarze, są z takiej formy działalności bardzo zadowoleni.


Jednym z elementów jakości jest dostępność. A dostępność to także miejsce parkingowe. Poza tym centrum handlowe oddtraumatyzowuje przestrzeń medyczną, która nie budzi przecież najlepszych skojarzeń. A po wizycie u lekarza można pójść do sklepu, zrobić zakupy, zrelaksować się. Kiedy pacjent przyjedzie wcześniej, też może swój wolny czas wykorzystać inaczej niż na siedzenie w poczekalni.

*Z wykształcenia jest Pan inżynierem, pracował Pan w zakładzie energetycznym, potem prowadził biuro projektowe. Skąd pomysł na otwarcie gabinetu stomatologicznego? *


W państwowej firmie energetycznej pracowałem 13 lat. Potem w sposób naturalny przeszedłem od eksploatacji sieci do budowy sieci i otworzyłem biuro projektowe. Pod koniec lat 80. firma bardzo się rozrosła i trzeba było zainwestować w jakąś bardziej stabilną działalność.

Stomatologia odnosiła sukcesy na całym świecie i była już dziedziną medycyny w dużej mierze sprywatyzowaną. Pomyśleliśmy sobie, że tutaj będzie łatwiej odnieść sukces. I tak się stało.

*Czyli szukał Pan po prostu dochodowej branży? *

Szukałem branży, która nie byłaby branżą budowlaną. Przyznam, że nie była to moja ulubiona forma działalności. Place budowy, błoto... Firma medyczna to kontakt z ludźmi na innym poziomie. Wydawała mi się bardziej realną i perspektywiczną opcją.

Ale początki nie były łatwe, bo ostatecznie zakładał Pan firmę na kredyt.

Nie były łatwe o tyle, że pomysł realizacji tej inwestycji opierał się na sukcesach firmy energetycznej. Tymczasem na przełomie lat 80. i 90. nastąpiło załamanie koniunktury w branży budowlanej i dochody z biura projektowego nie były wystarczające, by pokryć koszty nowej działalności.


Rozważał Pan zainwestowanie w inną branżę?


Nie. Od początku postawiliśmy na stomatologię.

Jak na tamte czasy nasza klinika stomatologiczna była najnowocześniejszą w Polsce, z dużym laboratorium protetycznym z wyspecjalizowaną kadrą, liniami technologicznymi sprowadzonymi z Niemiec, nowościami takimi jak implanty, a w ortodoncji aparatami stałymi.

To prawda, kryzys w branży budowlanej nieco nam tę inwestycję zahamował, ale w 1992 roku udało nam się wziąć kredyt i w roku 1993 mogliśmy już ruszyć.


17 lat temu byliście najnowocześniejsi. Ale przez ten czas sporo się na rynku zmieniło.


Stomatologia, która w 1993 roku stanowiła 100 procent naszej aktywności medycznej, dziś stanowi tylko 10 procent. Sukcesywnie rozwijaliśmy firmę, otwierając szereg przychodni ogólnomedycznych, nie tylko w Warszawie. Natomiast na terenie Zacisza - pierwszego obiektu Enel-Medu, powstał niewielki szpital z 20 łóżkami, 2 salami operacyjnymi i własnym centrum diagnostycznym.

Na rynku pojawiła się konkurencja.


Konkurencji jest coraz więcej. My natomiast, po latach współpracy z NFZ, mamy całkiem przyzwoity kontrakt, który pozwala nam na zapełnienie potencjału szpitalnego. Dzięki temu koszt zabiegów nie jest wysoki i nasze świadczenia są dostępne dla szerokiego ogółu.

Pana klientami nie są więc jedynie ludzie z zasobniejszym portfelem?


Oczywiście, że nie. 50 procent naszej aktywności pokrywa system abonamentowy dla firm. Reszta to pacjenci komercyjni oraz kontrakty ze szpitalami, dla których wykonujemy badania tomografii, rezonansu, mammografii.

Około 10 procent naszej działalności pokrywa NFZ, głównie w zakresie hospitalizacji. Mamy kilka specjalności objętych kontraktem - neurochirurgię, ortopedię, laryngologię, chirurgię naczyniową i okulistykę. W ramach kontraktu z NFZ realizujemy także dużą część diagnostyki obrazowej - badania rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej.

Czy Polacy nauczyli się już inwestować w swoje zdrowie?

Chyba jeszcze nie, ale to się zmienia. Zmienia się świadomość pacjentów, którzy zaczynają rozumieć, że dbanie o zdrowie nie jest obowiązkiem państwa, tylko ich własnym.

Budżet NFZ jest określony i zamyka się w granicach 56 miliardów złotych. Do tego dochodzą cztery miliardy ministerialne, co razem daje 60 miliardów złotych i tylko w ramach tej kwoty można realizować świadczenia medyczne. A one są niewystarczające.


Umie Pan określić, w jakiej grupie wiekowej znajdują się Pana klienci?


Grupa wiekowa od 25 do 35 lat to grupa najbardziej świadoma. Ludzie w tym wieku posiadają małe dzieci, a to jest częstym powodem kupowania prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych oraz korzystania z usług prywatnej opieki medycznej. Poza tym obecni 25-35-latkowie to pokolenie objęte często systemem abonamentowym. No i młodzi ludzie mają już świadomość, że zdrowie jest wartością.


Pana żona i dzieci też pracują w Enel-Medzie. Czym się zajmują?


Początkowo pracowaliśmy sami z żoną, która zajmowała się bezpośrednim nadzorem nad przychodniami. Później dołączył do nas nasz starszy syn Jacek, który skończył ekonomię i w tej chwili jest dyrektorem zarządzającym firmą. Młodszy syn Bartek zaczynał pracę już na studiach, od pozycji gońca, jak w Ameryce. Z wykształcenia prawnik, jest teraz szefem działu inwestycji i eksploatacji.

Żona działa już mniej aktywnie, ale pozostaje prezesem rady nadzorczej. Z kolei nasza synowa, żona Jacka, jest szefową działu jakości. Więc tak naprawdę cała rodzina pracuje w firmie.

Poleca Pan taki model? Można pogodzić wspólną pracę i życie prywatne?


Tak, zdecydowanie tak, choć na początku było to trudne. Moja żona chciała nawet postawić skarbonkę, żeby ten, kto odezwie się w domu o firmie, wrzucał za karę jakiś datek.

Teraz to się zmieniło i sprawy służbowe załatwiamy na terenie firmy. Poza tym każdy z nas ma swój zakres obowiązków, swój obszar aktywności i nie jest tak, że spędzamy razem 24 godziny na dobę. Rodzina daje mi gwarancję, że firma jest zarządzana najlepiej, jak tylko może być.


Co z debiutem Enel-Medu na GPW? Słyszy się o tym już od kilku lat.

Myślę, że jest to niedaleka przyszłość. Nie mogę jeszcze mówić o szczegółach, ale cały czas bierzemy to pod uwagę. Ponad dwa lata temu przekształciliśmy się w spółkę akcyjną i już wtedy myśleliśmy o giełdzie. W 2008 roku wyceny firmy były bardzo wysokie i rozmawialiśmy z inwestorem, ale cała transakcja została przerwana przez kryzys. Zeszły rok był już rokiem bardzo kiepskiej wyceny, więc nie było sensu podejmować jakichkolwiek działań. Teraz znów rozważamy dwie opcje: inwestor, ale nie większościowy albo giełda.

Pozostawi Pan sobie pakiet kontrolny, żeby spółka pozostała firmą rodzinną?


Zdecydowanie tak. Mam sukcesorów, synowie są bardzo mocno zaangażowani w firmę, dla nich to przyszłość. Nie chcemy oddawać tego, co budowaliśmy przez lata. Jesteśmy teraz trzecią co do sprzedaży firmą na rynku, aczkolwiek dystans miedzy nami a pierwszą pozycją bardzo się zwiększył. Nie zależy nam jednak na tym, by gonić konkurencję. Stawiamy na jakość i to jest naszym wyróżnikiem, ale nadal chcemy się rozwijać. **

Tagi: służba zdrowia, enel-med, ludzie, wiadomości, gospodarka, manager, najważniejsze, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz