Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
ludzie
26.06.2006 10:28

Ewa Wachowicz, producent telewizyjny

Przede wszystkim jestem managerem

Podziel się
Dodaj komentarz

Pierwszy program nakręciła za pieniądze ze sprzedaży samochodu wygranego w konkursie Miss Polonia. Choć mogłaby zostać gwiazdą TV, wolała stanąć po drugiej stronie kamery. Dlaczego wybrała zawód producenta filmowego? O swoim biznesie Ewa Wachowicz opowiada dziennikarce Money.pl. Money.pl: Pani kariera mogłaby być banalna - wygrana w konkursie piękności, kariera w modellingu, reklamie, telewizji. Ale tak nie jest. Skąd pomysł na iwestowanie własny biznes i to po drugiej stronie kamery?

Ewa Wachowicz: Wybrałam tę pracę, dlatego że jest według mnie ciekawsza i bardziej twórcza niż występowanie przed kamerami. Będąc producentem wykonuję przede wszystkim pracę menedżerską: muszę znaleźć i zatrudnić odpowiednich ludzi tak, żeby stworzyli zgrany zespół. Więcej frajdy sprawia mi zarządzanie, mimo że lubię występować i podobno - według niektórych fachowców - mam ku temu predyspozycje.

Money.pl: Myślę jednak, że większość telewidzów wolałaby oglądać Ewę Wachowicz w programie kulinarnym zamiast mężczyzny!

E.W.: To fakt: Makłowicz nie jest Miss Polonią, ale jest osobowością telewizyjną. Dlatego zdecydowałam się w niego zainwestować. By występowac przed kamerami, nie wystarczy być pieknym. Telewizja rządzi się innymi prawami, niż konkursy piękności, czy polityka. Ekran surowo ocenia tych, którzy są przed kamerą. Trzeba mieć wiedzę, pasję i trzeba to umieć w umiejętny sposób sprzedać.
* Money.pl: Poznała Pani trzy różne światy: konkursów piękności, telewizji, polityki. Który z nich był najciekawszy?*

E.W.: Wszystkie okazały się ciekawe, a ja z każdego jak najwięcej chciałam czerpać dla siebie, jak najwięcej się nauczyć. W życiu jest tak, że te etapy zdobywania wiedzy są niezbędne, żeby móc później pracować. Moim uniwersytet em życia bza polityka. Przez 472 dni nabrałam tyle doświadczenia, ile można nauczyć się na uniwersytecie. Z konkursów piękności pozostało mi mnóstwo pięknych przyjaźni. Stałam się też dzięki niemu dobrem innych ludzi.

*Money.pl: Konkurs ma - z pewnością - wymiar sentymentalny, ale zarobiła Pani na nim także niezłe pieniądze. *

*E.W.: *Oczywiście, były to pierwsze duże sumy, jakie zarobiłam w swoim życiu. Poza działalnością charytatywną, miałam okazję uczestniczyć w wielu imprezach komercyjnych.

Money.pl: Miała Pani 22 lata. Na co tak młoda osoba wydała pieniędze?

E.W.: Wszystkie odłożyłam i... straciłam! Weszłam w spółkę akcyjną, która okazała się oszustwem. Zostałam oszukana przez jej założyciela. Z konkursu pozostał więc samochód, telewizor, antena satelitarna oraz wideo.

Money.pl: Co to była za spółka?

E.W.: Meus S.A. - zdrowa żywność. Jej właściciel sprytnie wykorzystał to, że od zawsze interesowała mnie tematyka związana ze zdrową żywnością i to, że zostałam Miss Polonia. Przedstawił mi innych akcjonariuszy - znane osobistości. Pomyślałam, że w tak znamienitym towarzystwie nie może stać się nic złego. Okazało się, że wszyscy zostaliśmy oszukani.

Money.pl: Zaraz po tych doświadczeniach otrzymała Pani jednak intratną propozycję.

E. W.: Tak. Zostałam sekretarzem prasowym premiera, natomiast byłam zatrudniona na stanowisku doradcy prezesa rady ministrów. Pobierałam pensję urzędniczą.

Money.pl: Dużo Pani zarabiała?

E.W.: Trochę więcej niż przeciętny lekarz, jednak biorąc pod uwagę fakt, że lekarze zarabiali niewiele, to i moja pensja nie była bardzo wysoka. Poza tym, musiałam mieszkać w Warszawie, wynajmować mieszkanie, dojeżdżać do Krakowa na uczelnię. Nic nie udawało mi się zaoszczędzić.

Money.pl: A na coposzło najwięcej?

E.W.: Najwięcej kosztowała mnie wymiana garderoby! Jako urzędnik państwowy musiałam zawsze wyglądać elegancko, któtkie spódniczki zawisły w szafie...

Money.pl: Znane zdanie, że „premierowi się nie odmawia" poniekąd tłumaczy decyzję o podjęciu tej pracy. Ale gdybyteraz złożono podobną propozycję, zdecydowałaby się Pani na przygodę z polityką?

E.W.: Trudno powiedzieć. Wtedy były inne czasy. W tej chwili jest mi tak dobrze we własnej firmie, że nie myślę nawet o polityce. Obecna sytuacja bardzo mi się nie podoba, ale sama nic nie zmienię. Niezbędne jest odpowiednie zaplecze polityczne, a ja w tej chwili nie opowiadam się za żadnym z ugrupowań.

Choć z drugiej strony, mam charakter hazardzisty, więc jak ktoś składa mi do rozważenia trudną propozycję, to im ona jest bardziej kontrowersyjna, tym bardziej kusi. Tak jest, że żeby coś mieć, trzeba zaryzykować.
* Money.pl: Skąd miała Pani pieniądze na kosztowny sprzęt, skoro wcześniej wszystkie oszczędności Pani straciła?*

E.W.: Mój biznes nie wymagał na początku dużych inwestycji. Wynajmuję sprzęt, bo jest on bardzo specjalistyczny i kosztowny, a jednocześnie jest go dość dużo na rynku i są możliwości opłacalnego wynajmu. Sama zainwestowałam tylko w stół montażowy. Najważniejsze są kontrakty i kontakty. Jednak na mój pierwszy program musiałam pożyczyć pieniądze. Sprzedałam więc samochód.

Money.pl: Ten z konkursu?

E.W.: Tak. Pieniądze ze sprzedaży nie okazały się jednak wystarczające, dlatego pojechałam do moich znajomych do Warszawy i poprosiłam o pożyczkę. Zaprezentowałam im swój pomysł i oni się zgodzili. Mieli pieniądze, więc pożyczyli bez oprocentowania i na czas nieokreślony.

Money.pl: Kiedy Pani oddała pożyczoną kwotę?

E.W.: Po półtora roku. Sama miałam dwa lata temu bardzo podobną sytuację. Moja przyjaciółka mnie poprosiła o podobny kredyt na rozkręcenie własnego biznesu. Po roku oddała mi pierwszą ratę. Rozumiem, jak dużym ryzykiem jest założenie własnej firmy, dlatego zdecydowałam się pomóc. W Polsce są ogromne obciążenia związane z ZUS, podatkami. To bardzo blokuje biznes na początku.

Money.pl: Dlaczego wybrała Pani produkcję telewizyjną?

E.W.: W 1997 roku zrobiłam swój pierwszy program. To był początek telewizji komercyjnych. Wówczas w Polsce uruchamiał się nowy rynek, w którym ja zauważyłam dla siebie miejsce. Będąc rzecznikiem rządu miałam okazję obserwować to środowisko, byłam bardzo blisko mediów. Zdecydowałam się na tę branżę, bo ją znałam.

Pociągał mnie też własny biznes, bo lubię być osobą niezależną. Na studiach sprzątałam klub studencki po imprezach, bawiłam dzieci. A wszystko dlatego, bo - na przykład - wymyśliłam sobie, że w Mirage muszę kupić czerwony, świetny płaszcz, który kosztował jakieś kosmiczne pieniądze.

Poza tym, tylko własna firma dała mi swobodę łączenia studiów z pracą, a dla mnie priorytetem było to, żeby skończyć studia. Nie chciałam, żeby ktoś mówił, że mam wykształcenie prezydenckie.

Money.pl: Czy pracownicy telewizji, którzy znali Panią przede wszystkim jako Miss Polonia, dziwili się, że zdecydowała się Pani na własny biznes?

E.W.: Tak. Dodatkowo wzbudzałam sensację tym, że schowałam się za kamerą. Trochę z przekory postanowiłam zająć się kulisami telewizji. Poza tym, tylko pracując w ten sposób, miałam szansę nauczyć się tego zawodu. Od prowadzącego nie wymaga się znajomości technik montażowych. Ja natomiast poznałam montaż, reżyserię - całą kuchnię telewizyjną.

Money.pl: No właśnie, dlaczego postawiła Pani na program kulinarny?

E.W.: Uwielbiam gotować, interesują mnie kuchnia i podróże, a tego typu programu nie było i dlatego wierzyłam, że to się uda. Jednak nie od razu „Podróże kulinarne..." stały się sukcesem. Mieliśmy jeden z najtrudniejszych cykli - dwutygodniowy. Poprosiłam Ninę Terentiew, żeby program był w każdą niedzielę. Zaczęliśmy przeplatać go z powtórkami i dzięki temu gościmy w domach naszych telewidzów co tydzień.

Money.pl: Jaki był budżet pierwszego odcinka?

E.W.: Niestety nie mogę powiedzieć. Takie kontrakty są objęte tajemnicą.

Money.pl: Czy jest duża różnica między kosztem produkcji odcinka wtedy a teraz?

E.W.: Tu się Pani zdziwi. Zaczynając program mieliśmy większy budżet niż w tej chwili.

Money.pl: Jak to możliwe? Przecież teraz wydatki *się **zwiększyły. Zaczynaliście od produkcji na terenie kraju. Teraz - ze względu na podróże zagraniczne - koszty wzrosły. *

E.W.: Nasz program na każdą umowę, na każdy odcinek miał inny budżet. Później dotknęły nas cięcia budżetowe, które dotyczyły całej telewizji. W związku z tym z naszego budżetu wypadła pozycja dotycząca pieniędzy na samoloty. Nawiązałam współpracę z placówkami dyplomatycznymi, które przekonuję do tego, żeby nas w tej kwestii wspomogły. My, w ramach rewanżu, możemy w sposób obiektywny pokazać nie tylko kuchnię tego kraju, ale i jego historię i kulturę.
* Money.pl:* Jakie są obroty firmy?

E.W.: Nie mogę tego zdradzić. Powiem tylko, że jestem dobrym płatnikiem podatków.

Money.pl: A ile zatrudnia Pani osób?

*E.W.: *Na stałe? Jedną. Wszyscy współpracują ze mną na umowy o dzieło. Taka jest specyfika tej branży. Taki układ daje też pewną swobodę współpracy. W produkcji telewizyjnej najważniejsi są ludzie: od osoby prowadzącej program, poprzez reżysera, do osoby ostatniej na planie, czyli osoby sprzątającej. Jeżeli zespół nie jest zgrany, to widać na ekranie.

Money.pl: Przy produkcji „Podróży kulinarnych" współpracuje Pani ze swoim mężem oraz żoną Roberta Makłowicza. Jak się zarządza takim zespołem? Mężczyźni nie specjalnie sobie chwalą sytuację, gdy żona jest szefem.

E.W.: Liczy sie profesjonalizm i zaufanie. Czasami zdarzają się konflikty, które niestety przenoszą się na płaszczyznę domową. I tak źle, i tak niedobrze.

Money.pl: Dlaczego zdecydowała Się Pani zainwestować w mało znanego wówczas Roberta Makłowicza?

E.W.: Współpracowałam z Robertem Maklowiczem przy mojej pierwszej produkcji telewizyjnej. W dowcipny sposób odpowiadał na listy telewidzów. W jednym z programów podpowiadał jak przygotować grill. Gdy zobaczylam go, z jaką pasją opowiada o kuchni, wiedziałam, że z nim chce mieć program kulinarny.

Kilka dni później Robert sam zgłosił chęć prowadzenia programu kulinarnego połączonego z podróżami. Telewizja na początku sceptycznie podchodziła do prowadzącego program kulinarny, który nie był kucharzem. Udało mi się wszystkich przekonać, że warto na tego faceta postawić i teraz mamy gwiazdę.
* Money.pl: Dzięki Pani!*

E.W.: Uważam, że oboje trafiliśmy na siebie w odpowiednim momencie.
* Money.pl: Udało się Pani zarobić na wydaniu własnej książki?*

E.W.: Muszę się pochwalić, że nie straciłam na niej. Nie myślałam też o niej w ten sposób, żeby zrobić na tym kokosy. Obliczyłam to tak, żeby wyszła na zero. Jeżeli sprzedam 10 000 egzemplarzy, wyjdę na zero - myślałam. Sprzedałam więcej, a przy tym zrealizowałam swoje hobby. Nie chciałabym, żeby to była ostatnia moja książka, ale w tej chwili pochłonęły mnie inne zajęcia.

Money.pl: To znaczy, że zobaczymy wkrótce inne programy wyprodukowane przez Promiss?

E.W.: Pracuję nad kilkoma nowymi projektami. Nie mogę jednak nic zdradzić, bo w tej branży następuje szybka kradzież pomysłów. Jak zakładałam firmę miałam marzenie, żeby w każdym kanale, w każdej telewizji byl mój program.

Money.pl: Myślała Pani o produkcji filmu?

E.W.: To jedno z moich marzeń. Wymyśliłam sobie, że jak firma przyniesie już dostatecznie dużo pieniędzy, to w grupie przyjaciół zrealizujemy własny film, który nie musi być komercyjny.

Money.pl: Ale z myślą o widzach?

E.W.: Oczywiście, ale nie będę o tym mówić.

Money.pl: Nie pamiętam Pani z żadnej reklamy. Jak to możliwe?

E.W.: Ostatnio dyskutowałam na ten temat z osobą, która jest blisko związana z mediami i branżą reklamową i od niej dowiedziałam się, że jestem zbyt polska! Teraz sprzedaje się to co, jest zagraniczne. Za wcześnie chyba jeszcze, żeby sprawdził się slogan „dobre, bo polskie". Może moja cena rośnie?

Money.pl: A skąd ta powściągliwość w popularności?

E.W.: Być może właśnie dlatego postanowiłam schować się za kamerą. Nie chcę powiedzieć, że bycie osobą publiczną nie jest przyjemne i nie pomaga w codziennym życiu. Dzisiaj taksówkarz, który odwoził mnie z dworca - kiedy wysiadałam - powiedział: „Boże, ale mi się dzisiaj trafiło - ale będę miał piękny dzień". Dla takich chwil warto żyć.

Tagi: ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz