Notowania

polscy przedsiębiorcy
30.08.2011 06:18

Fabryka lodów w domu? U Anny Barton

Wrocławski Dom Lodów Barton ma swój oddział nawet na Antypodach. Główna siedziba firmy mieści się jednak w prywatnym mieszkaniu właścicielki.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Dom Lodów Barton)

*Po tym, jak pierwszy mąż zostawił ją z długami, porzuciła pielęgniarstwo i otworzyła kawiarnię. Po jej lody ustawiały się gigantyczne kolejki, ale ona sprzedała lokal i wyjechała do wymarzonej Australii. Wtedy pojawił się nowotwór. Wróciła do Polski i walcząc z chorobą otworzyła własną fabrykę lodów. Interes szedł świetnie, a zdrowie wróciło. Kiedy wszystko zaczęło się układać, w 1997 przyszła powódź i Anna Barton została z jedną maszyną do robienia lodów. Nie mogła produkować ich masowo, więc otworzyła małą lodziarnię - Dom Lodów Barton. Nazwa nie jest przypadkowa, bo firma powstała właśnie w mieszkaniu właścicielki. Dziś ma oddziały w większości dużych galerii handlowych we Wrocławiu. *

Money.pl: Jest Pani właścicielką wytwórni lodów i pięciu lodziarni. Ile gałek zjada Pani dziennie?

Anna Barton: Codziennie rano doglądam produkcji i muszę popróbować wszystkich smaków. W ciągu dnia też jem. Latem pochłaniam nawet osiem gałek mojego ulubionego różowego grejpfruta. Gdy stoję przy kasie w lodziarni w galerii Magnolia, to nawet więcej, bo tam grejpfrut był zaraz na początku lady. Dlatego teraz przestawiłam go na koniec...

Jak wygląda Pani dzień? Pracuje Pani w swoich lodziarniach?

Zaczynam pracę o 6:30. Najpierw jadę do zakładu produkcyjnego, gdzie próbuję partii gotowych lodów. Potem do którejś z lodziarni, a po południu do innej. Lubię stać przy kasie, bo tylko wtedy mogę porozmawiać z klientami. Zawsze powiedzą coś ważnego, interesującego, o obsłudze albo o smakach. Od wielu osób już słyszałam, że mam najlepsze lody w mieście. To wielka radość. Zawsze jestem ciekawa przede wszystkim tego, jak klienci odbierają nowe smaki, które właśnie wprowadzam.

Ma Pani w swojej ofercie ponad 50 smaków. Jak rodzą się pomysły na lody?

Staram się opracować nowe smaki przez zimę i wprowadzać je z początkiem sezonu. Czasami zdarza się, że zadzwoni do mnie córka z Australii i jakiś smak mi podpowie. Tak było z lodami z orzechów z makadamii. Córka przysyłała mi je z Antypodów. Ale teraz była tam wielka powódź, więc przez dwa lata nie będą zbierać owoców.

Ostatnio wymyśliłam poziomkę. Już wcześniej próbowałam ją robić, ale mi nie smakowała. Teraz robię ją z naturalnej pasty. Zresztą, nigdy nie używam sztucznych smaków, bo dobre lody muszą być zdrowe!

**[

fot. Dom Lodów Barton ]( # )Lody mogą być zdrowe?**

To zależy, z czego się je robi. Nie mogą zawierać sztucznych barwników i konserwantów. Ja robię lody dla diabetyków bez tłuszczu i cholesterolu. Oprócz tego mam takie dla dzieci uczulonych na mleko krowie.

Z zawodu jest Pani pielęgniarką. Od medycyny do lodów daleka droga. Jak to się stało, że zmieniła Pani zawód?

Faktycznie, 15 lat pracowałam jako pielęgniarka. W któryś momencie okazało się, że firma mojego byłego męża ma długi i komornicy zabrali mi wszystko. Zostawił tylko to, co musiałam mieć dla dzieci do spania i odrabiania lekcji. Pamiętam, że tej nocy strasznie płakałam i zasnęłam na gołej podłodze nawet bez dywanu, bo ten komornicy też zabrali.

Gdy się obudziłam, stwierdziłam, że z samego płaczu nic nie wyniknie. Trzeba coś robić. Bo jak ja z tymi dziećmi będę żyła? Rano poszłam do sąsiadki i pożyczyłam od niej 20 zł. Syn kupił kostkę masła i kilogram chleba, bo na tyle to wystarczyło. A ja poszłam załatwiać interes do znajomej mojej mamy. Poszłyśmy do kierownika działu handlu w dzielnicowym wydziale.

*PRZECZYTAJ WYWIAD MANAGER.MONEY.PL *

To dzięki niemu Frugo wraca do sklepów Od razu wiedziała Pani, że to będzie lodziarnia?**

Skądże znowu! Zainspirowała mnie plackarnia przy ulicy Legnickiej. Pomyślałam, że na pętli tramwajowej przy ul. Zawalnej otworzę podobną, swoją: kupię ziemniaki, natrę i będę sprzedawała placki. Z tą myślą poszłam do kierownika, o on mnie zapytał, jaką sumą dysponuję. Szybko przeszło mi przez głowę, że jak mu powiem, że nic nie mam to weźmie mnie za wariatkę. Powiedziałam, więc że mam 400 tysięcy złotych.

Kierownik uznał, że na mały bar wystarczy. Stwierdził, że nie powinnam otwierać plackarni, bo będzie... śmierdziało olejem na całej pętli. Zaproponował, żebym zamiast tego otworzyła bar kawowy. Kiedy od niego wracałam, zajrzałam na pętlę, gdzie zwykle robiłam zakupy. Tam spotkałam panią Wilczyńską, która chciała sprzedać pół swojego sklepu za 90 tysięcy złotych. Jak zobaczyłam, że to pierwszy pawilon, zaraz przy przystanku, to od razu jej powiedziałam, że od niej kupuję ten sklep. Umówiłyśmy się za trzy dni, ale ja jeszcze nie miałam pieniędzy. Udało mi się część pożyczyć, mama mi dołożyła 25 tysięcy złotych i się udało.

Ale bar kawowy to jeszcze nie lodziarnia.

Na początku nie było mnie stać na produkcję. Gdy tylko zarobiłam pierwsze pieniądze, to kupiłam automat do lodów. Wtedy zaczęły się ustawiać do mnie kolejki. Później ruszyła produkcja lodów gałkowych. Jedna gałka kosztowała 50 groszy. To był strzał w dziesiątkę. Kolejki ustawiały się takie, że nie było widać końca. Coś niesamowitego. Dzięki temu poznałam mojego drugiego męża. I to on dał swoje nazwisko moim lodom (_ śmiech _).

Jeśli tak dobrze szło, to dlaczego sprzedała Pani bar i poleciała do Australii?

W 1981 roku wyemigrował tam mój syn. Odwiedziłam go w 1984 roku i od razu zakochałam się w tym kraju. Gdy wróciłam, zaczęłam namawiać córkę, żeby też wyjechała. Pojechała w ramach łączenia rodzin. W 1988 sprzedałam swój bar kawowy przy Zawalnej i wyjechałam do dzieci z zamiarem, że zostanę na stałe. Jednak w Australii zaczęłam się dziwnie zachowywać, zmieniła mi się osobowość, ciągle bolała mnie tam głowa... Wróciłam z mężem i synem do kraju.

Po powrocie otworzyliśmy fabrykę lodów. Produkowaliśmy je na dużą skalę do sklepów i mieliśmy jeszcze małą lodziarnię przy wytwórni. Któregoś dnia, kiedy wracaliśmy z pracy samochodem, dostałam dziwnego ataku. Zrobili mi badanie głowy tomografem. Okazało się, że to guz. Zaczęło się leczenie i jak widać pokonałam nowotwór.

Co po udanej walce z chorobą robi szczęśliwa kobieta?

Najpierw walczy z powodzią (_ śmiech _). W 1997 roku straciłam prawie wszystkie maszyny. W wytwórni na Kozanowie miałam trzy metry wody przez tydzień. Ocalała jedna stara maszyna, która nie miała w sobie żadnej elektroniki. I znowu miałam problem, bo dom był oddany pod zastaw kredytu na wytwórnię. Jednej bezsennej nocy wymyśliłam, że zrobię w nim lodziarnię. No bo co mi po domu, jeśli go bank zabierze? Razem z mężem przeprowadziłam się na górę, a na dole w 1998 roku otworzyliśmy lodziarnię. I tak powstał Dom Lodów Barton.

**[

fot. Dom Lodów Barton ]( # )W sezonie prowadziła Pani lodziarnię, a zimą?**

Zimą latałam do ukochanej Australii. Byłam tam już osiem razy. W 2000 roku spełniłam swoje marzenie i założyłam lodziarnię w Australii na Złotym Wybrzeżu. Miałam wszystkie smaki, które produkowałam w Polsce.

Truskawkowe lody też były?

Oczywiście, choć nasze truskawki są lepsze, bo słodsze. Żeby tam zrobić lody, potrzebowałam tygodnia. Musiałam znaleźć odpowiednie proporcje, bo składniki miały nieco inny smak. Najlepiej pamiętam lody mango. Były bardzo dobre, takie dojrzałe w słońcu.

Dlaczego nie lata już Pani do Australii?

Bo nie ma na to czasu, odkąd otworzyłam następne lodziarnie. Zawsze miałam problem z personelem. Ludzie, którzy pracowali u mnie w sezonie, zimą tracili pracę. A ja traciłam dobrych, wyszkolonych pracowników. Co roku musiałam na nowo ich rekrutować. W 2006 roku otworzyłam lodziarnię w Sukiennicach. Zaraz potem powstała galeria Arkady i pomyślałam, że to dobry pomysł, by i tam mieć duży, całoroczny lokal. Dzięki temu nie mam takiej rotacji personelu.

A potem powstały kolejne lodziarnie.

Następną otworzyłam w galerii Magnolia, a kolejną miesiąc temu w Parku Handlowym Bielany. Teraz będę przenosić się do lepszej lokalizacji w Arkadach, zaraz przy innych restauracjach. Możliwe też, że moja lodziarnia pojawi się w jeszcze jednej galerii. Ale w tej sprawie ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła.

Więcej polskich przedsiębiorców w Money.pl
Tarczyński: Sprawdź, co masarz robi ze strusia Zobacz, czego nie wiesz o najsłynniejszym polskim producencie wędlin.
Manufaktura Czekolady zamiast korporacji Krzysztof Stypułkowski i Tomasz Sienkiewicz porzucili dobrze płatne posady na rzecz własnej firmy.
Tu czekoladowe piwo zagryziesz smalcem Spiż to najstarszy polski minibrowar. Nietypowe smaki powstają w podziemiach wrocławskiego ratusza.
Tagi: polscy przedsiębiorcy, ludzie, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz