Notowania

*Rozmowa z Henryką Bochniarz, prezesem Boeinga na Europę Środkową i Wschodnią, prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan o niebezpiecznych związkach polityki z biznesem. *

Money.pl: Jak się zostaje szefem w tak ogromnej firmie jak Boeing?

H.B.: Boeing zwrócił się do mnie z propozycją uczestniczenia w procedurze wyłonienia prezydenta na Europę Środkową i Wschodnią, ale to był początek kampanii prezydenckiej i najpierw odmówiłam, bo uznałam, że wybory są dla mnie sprawą w tamtym czasie najważniejszą. Miałam też duże wątpliwości, czy praca dla dużej korporacji jest czymś, co chciałabym robić.

Pod koniec lat 80., kiedy wróciłam ze Stanów, dostawałam sporo propozycji, aby reprezentować duże koncerny, ale wtedy uważałam, że ze swoim niewyparzonym językiem i niezależnością lepiej będzie, jak pójdę na swoje. Powołałam więc firmę Nicom (jedna z największych firm doradczych - przyp. redakcja) i byłam bardzo szczęśliwa, że nie mam szefa i nie muszę się zastanawiać, czy wstał prawą, czy lewą nogą. Wszystko zależało ode mnie i choć towarzyszył tej pracy ogromny stres, uważam, że była to bardzo dobra decyzja.

Natomiast, wracając do Boeinga, kiedy zwrócili się do mnie ponownie po zakończeniu kampanii wyborczej, uznałam, że na tym etapie życia, kiedy mam za sobą różne formy aktywności - byłam naukowcem, właścicielem firmy, ministrem, czy w końcu szefem organizacji pozarządowej, jaką jest PKPP Lewiatan - może ciekawe byłoby spróbować czegoś zupełnie innego, czyli pracy w tak dużej korporacji. Lubię się ścigać, więc spodobało mi się, że mogłabym się sprawdzić. Być może też po wyborach potrzebowałam innej weryfikacji niż polityczna.

Odbyłam bardzo dużo rozmów, poznałam wiele osób z firmy i zobaczyłam, jak niezwykłą klasę mają ci menadżerowie. Nie bez znaczenia jest też sam produkt. Gdyby to był proszek do zębów czy pasta do butów, myślę, że miałabym duże wątpliwości, ale samolot, zwłaszcza Dreamliner, jest czymś tak odlotowym, że zaczęłam wyobrażać sobie tę pracę jako coś fascynującego i stopniowo coraz bardziej mi na niej zależało. Ale jednocześnie wiedziałam, że procedura wyboru jest bardzo skomplikowana. Osoby na to stanowisko poszukiwano aż przez rok spośród kilkunastu kandydatów. Kiedy wygrałam, miałam wiele satysfakcji, choć to oznacza dużą zmianę w moim życiu.

Muszę się też bardzo dużo uczyć, ale to też był jeden z argumentów „za", właśnie to nowe wyzwanie.

Money.pl: A z jakiej działalności Pani zrezygnuje?

H.B.:Od kilku lat właściwie nie zajmuję się już moją firmą. Przejął ją syn, a zarządzaniem zajmuje się nowa prezes. Ja natomiast bardzo angażowałam się w pracę Konfederacji (Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan - przyp. redakcja). To moje dziecko, organizacja, z którą się bardzo identyfikuję i na której bardzo mi zależy. Jak na pracę społeczną, poświęcałam jej wiele czasu.

Ale teraz myślę, że Lewiatan powinien zmierzać w innym kierunku i skorzystać z doświadczeń organizacji pracodawców na Zachodzie. Tam w zarządach też zasiadają szefowie dużych firm, ale te zarządy pełnią bardziej rolę rad nadzorczych. Wytyczanie kierunków jest bardzo istotne, ale nie tak czasochłonne. Bieżącym zarządzaniem zajmują się natomiast dyrektorzy generalni i sprawne biura.

W maju przyszłego roku kończy się moja kadencja (prezydenta PKPP Lewiatan - przyp. red.) i nie planuję starać się o następną. Zależy mi na tym, aby ta zmiana warty przebiegła jak najłagodniej i myślę, że się uda, bo po stronie biura jest ogromna determinacja, żeby mi pomóc.
* Money.pl: Żałuje Pani startu w wyborach prezydenckich?*

H.B.: Nie, bo to była ogromna szkoła życia, a ponadto ja wiedziałam, co chcę osiągnąć. Gdybym sądziła, że wygram wybory prezydenckie, byłabym sfrustrowana, ale jestem za bardzo racjonalna, żeby nie wiedzieć, iż byłoby to bardzo, bardzo trudne. Chodziło mi głównie o to, aby mówić do ludzi o najważniejszych sprawach gospodarczych. Nie chciałam jednak przekonywać przekonanych.

Kampania prezydencka dała szansę na dotarcie do tych środowisk, z którymi na co dzień absolutnie nie mogłabym się spotkać. Objechałam prawie cały kraj, miałam około stu spotkań i zrozumiałam, jak bardzo trudno trafić do ludzi, ponieważ są karmieni bzdurami. Choć często było tak, że przychodziła grupa ludzi najeżonych, bo „przyjechała, ta od tego biznesu", a na końcu okazywało się, że możemy się jednak porozumieć, że moje argumenty zaczynają przemawiać. To była ogromna szkoła pokory.

Kiedy postanowiłam startować, mnóstwo ludzi pukało się w czoło, także tych życzliwych i mówiło: po co ci to? Ale podobnie było, kiedy zakładałam Konfederację. Też pytali: "po co? przecież jest tyle organizacji, kto do was przyjdzie?". Tymczasem razem z grupą ludzi, którzy są ze mną od początku, uważaliśmy, że brakuje dobrej organizacji biznesu - ze skuteczną reprezentacją i ekspertyzą, która byłaby silnym partnerem dla rządu i związków zawodowych. Uważaliśmy, że trzeba ją stworzyć i nie zrezygnowaliśmy. Dzisiaj nawet naszym nieprzyjaciołom trudno podważać pozycję Lewiatana.

Przed decyzją o starcie w wyborach prezydenckich stwierdziłam, że skoro wiecznie narzekamy na jakość klasy politycznej, że do polityki idą ludzie z selekcji negatywnej - to trzeba te schematy łamać, a nie uważać, że polityka jest czymś obrzydliwym, czego lepiej nie dotykać. Co ciekawe, najbardziej od kandydowania odwodziły mnie kobiety. „Co ty, z tymi facetami się będziesz ścigać, po co ci to?" - mówiły. Oczywiście, decyzja była trudna, bo wiadomo było, że sto razy dostanę po głowie i że będą mi zarzucać różne rzeczy, słusznie i niesłusznie...

Money.pl: Właśnie. Jak Pani sobie radziła, gdy wyciągano, że jako minister przemysłu dawała Pani zlecenia firmie Marka Dochnala, albo że rozwój swojej firmy zawdzięcza Pani koneksjom?

H.B.:Jak się coś robi, to nie ma siły, aby to wszystkim pasowało i każdy ma swoją interpretację. Sto pięćdziesiąt razy mówiłam, że nie znałam Dochnala i że to nie była moja decyzja, ale i tak co jakiś czas komuś się to przypomina. Zawsze wolę wiedzieć, co się o mnie mówi i weryfikować, jak było naprawdę. Natomiast drobnymi złośliwościami czy totalnymi nieprawdami staram się nie zajmować. Oczywiście, jest mi przykro, jak przeczytam coś nieprawdziwego na swój temat, ale wiem, że trzeba się trzymać swoich planów i celów, jeśli jest się do nich przekonanym.

Polska jest takim krajem, że cokolwiek Pani wymyśli - czy to jest nowy kolor samochodu czy inny smak lodów - to zaraz się znajdzie całą armia ludzi, którzy będą mówili: "kompletnie bez sensu, nic z tego nie wyjdzie". Dlatego jak się coś chce zrobić, nie można się zajmować złośliwą krytyką.

Money.pl: Czym różni się polityka od biznesu?

*H.B.: *Biznes jest zdecydowanie bardziej przewidywalny. W polityce sytuacja zmienia się nagle i w ciągu dnia cała strategia może się załamać. Towarzyszy temu mnóstwo emocji i trzeba być na wszystko przygotowanym, reagować natychmiast.

Money.pl: Czyli polityka jest trudniejsza od biznesu? H.B.: Zdecydowanie. W biznesie, jeśli ma się wiedzę i dobry plan biznesowy, to raczej nic nie powinno temu zagrozić, może poza kataklizmami. Natomiast reguły w polityce są dzikie. Z drugiej strony zrozumiałam mężczyzn, dlaczego polityka tak ich wciąga. To jest mnóstwo emocji, także pozytywnych. To jest jak wojna. Niestety, niektórym się wydaje, że to jest wojna prawdziwa.

*Money.pl: Nie będę pytać, dlaczego Pani nie wystąpiła z partii, bo to jedno z pytań najczęściej Pani zadawanych. Ale interesuje mnie, jak Pani - osoba z ogromną wiedzą ekonomiczną, twardo stojąca na ziemi radziła sobie z akceptacją komunistycznej rzeczywistości, w której gospodarka była groteską. *

H.B.: Nie miałam poczucia rozdwojenia jaźni, zauważałam rzeczy absurdalne, ale uważam, że trzeba zmieniać Polskę w ramach ówczesnego systemu, bo wydawał się on wieczny. Oczywiście, mając dzisiejszą wiedzę uważam, że powinnam była oddać legitymację partyjną. Ale wtedy zabrakło mi wyobraźni, nie brałam pod uwagę, że komunizm może się skończyć. Ponadto nie miałam duszy rewolucjonisty, nie nadawałam się do noszenia sztandarów.

*Money.pl: Dziś także nie jest Pan rewolucjonistką? *

H.B.: Nie. Lubię planować i doprowadzać sprawy do końca. A wracając do tematu partii, to potem już nigdy do żadnej nie wstąpiłam, choć wiele osób mnie namawiało i mimo tego, że demokraci pl. poparli moją kandydaturę w wyborach.

Money.pl: Niemniej jest Pani kojarzona z kręgiem osób wywodzących się z Unii Wolności.

H.B.:Tak, bo wiele mnie z nimi łączy, przede wszystkim wspólnota poglądów.

Money.pl: Tak zwany liberalizm?

H.B.: Często słyszę: „a bo pani jest „liberałka" i przybiera to formę zarzutu.
Odpowiadam wtedy: "dobrze, a ile pan, pani, stworzyli miejsc pracy?". To nie jest tak, że ja pracuję na siebie i dla siebie. Ludziom się wydaje, że jak ktoś prowadzi firmę, to tylko sprawdza, ile mu na koncie przybywa. A tak naprawdę to jest ogromny stres - odpowiedzialność za ludzi, których się zatrudnia, za ich rodziny. Nieprzespane noce, bo ze względu na bałagan w przepisach człowiek się czuje jak przestępca, mając nawet najlepszych finansistów i prawników.

Polska wciąż jest nieżyczliwa ludziom, którzy zajmują się biznesem, więc prowadzenie własnej firmy jest trudne. Dlatego tak dobrze się czuję w Ameryce. Tam ludzie się cieszą, kiedy komuś się uda i podziwiają go za jego osiągnięcia.

W Polsce uważają, że skoro ma więcej niż inni, to ukradł. Pamiętam, jak po przyjeździe do Ameryki kupiliśmy z mężem samochód - starego gruchota, żeby mieć czym jeździć. Sąsiedzi przyszli do nas z winem, ucieszeni. Potem kupiliśmy dużo lepszy samochód, więc też przyszli pogratulować. Obawiam się, że w Polsce ludzie zawiadomiliby skarbówkę.

Money.pl: A jednak w Ameryce Pani nie została.

H.B.: Zdecydował o tym przypadek. Wróciłam na dwa lata do Polski, a mąż został. Kiedy już miałam wracać, w Polsce rozpoczęła się transformacja, więc uznałam, że pojawiły się wspaniałe możliwości i zostałam. Od tego czasu dyskutujemy z mężem, gdzie mamy mieszkać. W efekcie on mieszka w Ameryce, a ja Polsce.

Money.pl: Uważa Pani, że należy młodych ludzi przekonywać do pozostania w kraju?

H.B.: To zależy, czy mają tu możliwości rozwoju. Jeśli nie, powinni przede wszystkim kierować się własnymi potrzebami, celami, jakie sobie wyznaczają. Nie można od nich oczekiwać, żeby zostali za wszelką cenę, wbrew swoim ambicjom, planom zawodowym. A rachunek za to, że młodzi ludzie wyjeżdżają, należy wystawić rządzącym. Nie ma się co pocieszać transferem euro do Polski. Więcej zyskalibyśmy na obecności tych ludzi tutaj niż na przysyłanych pieniądzach.


Money.pl: Co uważa Pani za swój największy zawodowy sukces?

*H.B.: *Zawodowy? Nie umiem powiedzieć, ale życiowym na pewno jest rodzina. Uważam rodzinę za swój najlepszy projekt, który wymagał i wymaga ogromnego wysiłku. To naprawdę była ciężka praca: zbudować dobre małżeństwo, a uważam, że jesteśmy dobrym małżeństwem, choć moje koleżanki często nie rozumieją, jak to jest możliwe, skoro mieszkamy tyle lat osobno. Ale ja sądzę, że nie o to chodzi, żeby być koło siebie, ale ze sobą. I my jesteśmy ze sobą, choć różnie bywało. Teraz łatwiej się ludziom rozwieść niż utrzymać małżeństwo, bo to wymaga wysiłku. Ale uważam, że rodzina jest najważniejsza i bardzo się cieszę, że udało mi się ją tak fantastycznie zbudować. Mam świetne dzieci i wnuki, z którymi kontakt jest czymś niesamowitym.

Money.pl: A tymczasem ludzie prawicy lubią Panią przedstawiać jako antyklerykalną feministkę.

H.B.: No właśnie i bardzo się dziwię, bo przecież moja córka ma trójkę dzieci, a mój syn czwórkę. Zresztą bardzo ich do tego namawiałam, żeby mieli dużo dzieci i to dość wcześnie, aby nie zabrakło im siły do ich wychowywania. To powinno się LPR-owi podobać.

Nie lubię tylko, jeśli ludziom coś się narzuca siłą. Uważam, że każdy za siebie bierze odpowiedzialność i ponosi konsekwencje. Denerwuje mnie nietolerancja. Moja córka ma bardzo liberalne poglądy, mój syn jest głęboko wierzący, ale wszyscy dogadujemy się bez problemu.

Money.pl: Bierze Pani pod uwagę w przyszłość powrót do polityki?

*H.B.: *Kto wie... W każdym razie nie mówię zdecydowanie „nie".

Tagi: henryka bochniarz, ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz