Karolina Witek: Od kurzej fermy do fotela prezesa

Karolina Witek: Od kurzej fermy do fotela prezesa

Fot. BiznesMeble.pl

Zaczynała w latach 60., od prowadzenia hodowli drobiu. Przez kilkadziesiąt lat kilkakrotnie zmieniła branże. Dzisiaj, choć ma już dorosłe wnuki, nadal stoi na czele rodzinnego interesu. Jej centrum handlowo - konferencyjne pod Krakowem jest jednym z największych tego rodzaju obiektów w kraju. Jak mówi, daleko jej do bujanego fotela i robótek ręcznych. - Moją pierwszą chorobą jest firma, drugą pomaganie innym - zdradza Karolina Witek, prezes krakowskiej firmy Centrum Witek. - Mam jeszcze wiele do zrobienia. Nie lubię tracić czasu - dodaje.

Money.pl: Z biznesem miała Pani do czynienia od dziecka. Pani rodzice prowadzili działalność już w latach 50. Czy już wtedy wiedziała Pani, że założy własną firmę?

Karolina Witek: Jako mała dziewczynka nie marzyłam o biznesie. Podziwiałam moich rodziców, którzy byli nieprzeciętnie pracowitymi ludźmi. Pomagałam im. Zajmowali się rolnictwem, a potem rzemiosłem. W 1953 roku zakupili pod Krakowem 19-hektarowe gospodarstwo. Miałam 13 lat, gdy nasza rodzina przeniosła się tutaj z Lubelszczyzny. Wtedy absolutnie nie myślałam, że wkroczę kiedyś w świat biznesu. Po szkole średniej rozpoczęłam pracę na etacie. Po pół roku zorientowałam się, że to nie dla mnie. Zwolniłam się.

Wtedy postanowiła Pani rozkręcić własną działalność?

Tak. Najpierw pomagałam rodzicom, którzy zajmowali się hodowlą kur niosek. W 1961 roku wyszłam za mąż. Po dwóch tygodniach od ślubu mój mąż powiedział: pieniądze się skończyły. Wtedy zaczęliśmy myśleć o własnym interesie. Rodzice odsprzedali nam kury ze swojego gospodarstwa i założyliśmy fermę. Z pomocą banku szło nam całkiem nieźle. Gdy spłaciliśmy jeden kredyt, braliśmy większy i tak na okrągło. Można powiedzieć, że przyjaźń z bankami trwa już prawie 50 lat.

Nie myślała Pani wtedy, że to ryzykowne?

Ryzyko jest zawsze. Nawet w tej chwili bardzo się tego boję. Ale to w człowieku siedzi, ta adrenalina. Każdego dnia trzeba starać się iść do przodu. Nam zawsze ryzyko się opłacało.

A czy jako kobieta kieruje się Pani w interesach emocjami, czy raczej jest to chłodna, spokojna kalkulacja?

Myślę, że w dużej mierze jest i zawsze była to moja intuicja. I szczęście do ludzi. Jestem też zdania, że istnieje jakaś siła, która człowiekiem kieruje. Czasami wystarczą dwa słowa, które mnie do czegoś mobilizują. Jedna myśl, która mnie natchnie. Słucham jej i najczęściej wychodzi mi to na dobre.

Często podejmowała Pani bardzo śmiałe decyzje. Przykładowo na początku lat 90. całkowicie zmieniła Pani branżę.

Tak, to była już konieczność. Choć tak naprawdę poprzednia branża już mnie bardzo męczyła. Prowadzenie gospodarstwa zaczęło mnie nudzić. Dlatego w 1989 roku zaczęłam rozglądać się za czymś innym.

Przeczytaj wywiad Money.pl



Dobry rower za kilkaset złotych? Giant: To niemożliwe

Postanowiła wybudować Pani największe w Polsce centrum ekspozycji mebli. Nie miała Pani obaw, że ten pomysł nie wypali?

Po transformacji zaczęłam hurtowo handlować artykułami gospodarstwa domowego. Zatrudniłam osiem osób. W leasing wzięłam cztery samochody. Potem do Polski weszły sklepy Makro. Zagarnęły naszą działkę działalności. Zaczęliśmy szukać innej drogi. Samochody albo meble - pomyślałam. Syn i mąż pomysł z branżą motoryzacyjną wyśmiali. Wobec tego miałam zezwolenie na meble. Z resztą czułam, że to jest coś, co lubię i dam sobie z tym radę.

Przez kilkadziesiąt lat nie omijały Pani również problemy. Pojawiały się chwile zwątpienia?

Na pewno czasami było bardzo trudno. W 1981 roku spłonęły nam kurniki. Straciliśmy wtedy cały majątek. To niebywałe, ale udało nam się je odbudować w ciągu zaledwie miesiąca. W latach 90., gdy miał powstać pierwszy salon meblowy, musiałam bardzo często odwiedzać urzędników. Nie byli oni przychylni tej inwestycji, chociaż miałam wszystkie zezwolenia. Czasami już brakowało mi sił. Gdy jednak udało się wszystko załatwić byłam bardzo szczęśliwa.

Jest Pani melomanką. Jeśli porównamy prowadzenie firmy do orkiestry, Pani jest dyrygentem, pracownicy muzykami. Jak prowadzi się tak duży zespół ?

Na pewno bardzo ważny jest sposób kierowania. Istotne jest, jakich ludzi dobiera się do swojej orkiestry. Samemu nie można udźwignąć wszystkiego. Jeden młody człowiek powiedział mi kiedyś: Pani Karolino, najważniejsze trzymać to wszystko i nie czepiać się szczegółów. Na to niepotrzebnie traci się swoją energię. Przyznam, że zawsze słuchałam ludzi, którzy mieli do powiedzenia coś mądrego. Choć bliscy mówią mi, że ja wszystkich słuchałam, a i tak robiłam po swojemu. Prawdą jest, że bardzo trudno jest mi coś zasugerować.

Na drugiej stronie przeczytasz, jaka jest recepta na sukces Karoliny Witek

Poprzednia strona
  • 1
  • 2
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie
dfgfkjl
78.8.131.* 2013-08-19 22:00
Pięknie to wygląda, szkoda, że syn nie stosuje zasad tej filozofii - pracownik Witek's z szansami na rozwój w firmie to kiepski żarcik
wojtek.d
87.206.6.* 2011-10-24 10:12
Pozdrowienia dla Pani Karoliny.
Zyczę dużo zdrowia , aby Pani mogła nadal tak wspaniale prowadzić firmę.
Po przeczytaniu tego wywiadu , podnoszę głowę do góry !!! ,i do przoduuuuuuuuuuuuuuu.
Pozdrawiam .
Wojtek.
Witalis Marczyk
195.6.68.* 2011-10-13 11:56
Witam,

Pani Karolina to naprawdą bardzo wspaniały człowiek, poznałem panią Karolinę jeszcze kiedy pracowałem w firmie Comet była naszym klientem.


Duzo sukcesów i zdrowia

Witalis Marczyk z Poznania
Zobacz więcej komentarzy (7)