Notowania

Pierwsza kobieta na czele Velux to Polka

- Branża budowlana ciągle pozostaje typowo męskim zawodem - mówi Lidia Mikołajczyk - Gmur.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Velux)

- _ Nigdy nie nastawiałam się na karierę, nie dążyłam do pozycji dyrektora _ - mówi Lidia Mikołajczyk - Gmur, prezes polskiego oddziału firmy budowlanej Velux. Kiedy na początku lat 90. stawiała pierwsze kroki w branży, musiała przekonać Polaków nie tyle do duńskiego producenta okien, co do samej idei użytkowego poddasza. Dziś 80 procent domów w kraju ma skośny, doświetlany dach, a Lidia Mikołaczyk-Gmur może się pochwalić tytułem pierwszej kobiety na stanowisku prezesa w 65-letniej historii przedsiębiorstwa.

Money.pl: Zaczynała Pani jako asystentka dyrektora. Ile lat zajęło Pani zajęcie jego stanowiska?

*Lidia Mikołajczyk-Gmur, prezes firmy Velux: *Wystartowaliśmy w 1990 roku. Przechodziłam przez wszystkie szczeble kariery, aż w roku 2003 zostałam dyrektorem polskiego oddziału firmy. Zajęło mi to więc 13 lat.

I przez te 21 lat pracy w Velux nie miała Pani nigdy ochoty zmienić firmy, albo branży?

To była moja trzecia praca. Wiedziałam już, jak wyglądają inne branże i zdawałam sobie sprawę, że liczą się przede wszystkim ludzie, atmosfera pracy, fakt, że mogę cały czas się czegoś uczyć. A czy sprzedaje się okna, kosmetyki, czy leki, to już sprawa drugorzędna.

*Chyba nie tak wyobrażała sobie Pani swoją przyszłość, kiedy decydowała się Pani na studia na afrykanistyce. *

Najpierw studiowałam handel zagraniczny na SGPiS, czyli dzisiejszej Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. To były bardzo konkretne studia - dużo matematyki, ekonometrii i brakowało mi trochę tematów społecznych, kulturoznawczych. Stąd afrykanistyka.

Po studiach podjęłam pracę w centrali handlu zagranicznego Polserwis, który wysyłał polskich inżynierów i robotników do pracy w krajach rozwijających się. Odpowiadałam m.in. za kontakty z Libią i Nigerią i wiedza na temat tych rynków, znajomość ich kultur bardzo mi się wtedy przydały.

A jak trafiła Pani do firmy Velux?

Pod koniec lat 80. handel zagraniczny zaczął się powoli demonopolizować. Powstawały pierwsze spółdzielcze i polonijne towarzystwa handlu międzynarodowego i podjęłam pracę w jednym z nich. Zajmowałam się różnymi produktami: jeansami, kosmetykami, telewizorami i właśnie oknami Velux. Firma chciała wejść na polski rynek i szukała przedstawicieli. Przedsiębiorstwo, w którym pracowałam, zostało jej pierwszym agentem. Często powtarzam w rozmowach, że chociaż średnia pensja w Polsce wynosiła wtedy 20 dolarów, a najtańsze okno kosztowało 200, udało się nam sprzedać pierwszą ciężarówkę i tak się to wszystko zaczęło.

**CZYTAJ WYWIADY MONEY.PL

W jaki sposób przekonała Pani klientów?

Firma wspierała nas reklamą, a klienci, którzy mieli kontakt z Niemcami, wiedzieli czym jest Velux, co nam ułatwiło sprzedaż.

A potem przyszedł rok 90., reformy Balcerowicza, zmiany gospodarcze i ustrojowe w kraju. Można było już zakładać samodzielne spółki z udziałem kapitału zagranicznego i firma zdecydowała się otworzyć pierwszy oddział w Polsce. Przysłała tutaj młodego Duńczyka, który miał ten interes rozwijać, a ja zostałam jego asystentką.

I jak Duńczyk odnalazł się w polskich realiach?

Duńczyk był bardzo młody, otwarty na świat i świetnie znał biznes w teorii. W praktyce szło mu trochę gorzej i kompletnie nie rozumiał polskich realiów, więc od realiów byłam ja _ (śmiech) _. On wiedział, czego od nas oczekuje firma i jakie ma standardy. W oparciu o nie budował markę.

Jak to wyglądało w praktyce? Byliście tylko we dwoje.

I wszędzie chodziliśmy razem, bo szef nie znał polskiego. Kiedy trzeba było gdzieś jechać, zamykaliśmy firmę albo prosiliśmy znajomą studentkę, żeby odbierała telefony, bo przecież wtedy nie było nawet automatycznych sekretarek. A jak trzeba było dokonać naprawy albo wymiany gwarancyjnej, to szef przebierał się w strój roboczy a ja tłumaczyłam.

Co to za dyrektor w stroju roboczym?

Wtedy była taka potrzeba. Zresztą do dziś tak to w firmie wygląda, wiele prac wykonujemy osobiście.

Trudno mi uwierzyć, że kiedy klient zamawia okno, Pani przyjeżdża z dostawą.

Z dostawą może nie, ale do dziś pracuję z przedstawicielami handlowymi i doradcami. Dzięki temu mam kontakt z klientem, z rynkiem i widzę, jak wygląda codzienna praca moich kolegów. Jadąc w teren z doradcą technicznym może nie wykonuję fizycznie naprawy, ale na przykład pomagam mu wymienić szybę. I nie widzę w tym nic złego, taka jest kultura firmy i tak to wygląda na wielu rynkach, nie tylko w Polsce.

**CZYTAJ WYWIADY MONEY.PL

Przyszłość opakowań to folia z kukurydzy Wobec tego jak wygląda Pani typowy dzień pracy?**

To oczywiście przede wszystkim biuro. Moja praca to myślenie o przyszłości, szukanie możliwości rozwoju firmy przez najbliższe lata. Na co dzień działamy w oparciu o plan roczny, zadania są rozdzielone i pracownicy wiedzą, co mają robić.

Ile godzin spędza Pani w pracy?

Bardzo różnie. Są okresy, kiedy pracuję więcej niż 8 godzin dziennie, ale generalnie nie jesteśmy firmą, która wymaga od pracowników siedzenia po godzinach. Oczywiście są różne spiętrzenia, staramy się jednak zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem osobistym. Dbałość o samopoczucie pracownika jest zresztą charakterystyczna dla skandynawskiej kultury pracy.

Co jeszcze zaimplementowaliście w Polsce?

Włączanie pracowników w wiele procesów decyzyjnych. Mamy sporo spotkań, czasami mogłoby się nawet wydawać, że aż za dużo, ale one są po to, by pracownicy wiedzieli, dlaczego coś robimy i jak mamy to robić, żeby klient był zadowolony.

Na pewno zadowolona nie jest konkurencja. Firma Fakro oskarża Was o praktyki monopolistyczne.

Tak, ale jedyna sprawa, która była w Brukseli, została zakończona. Po ponad roku wnikliwych kontroli w firmie, Komisja Europejska zamknęła temat.

Nie ustosunkowała się jednak jednoznacznie do sprawy, nie stwierdziła, że oskarżenia były niesłuszne.

Gdyby Komisja Europejska coś znalazła, ukarałaby nas finansowo. Skoro po skontrolowaniu zarówno siedziby, jak i wielu zagranicznych oddziałów firmy Bruksela zamknęła temat, oznacza to, że nie naruszyliśmy prawa.

Fakro twierdzi, że Velux ma 80-procentowy udział w światowym rynku okien dachowych. A jak to wygląda w Polsce?

Velux ma na pewno pozycję dominującą w Europie, czyli ponad 40 procent udziałów w rynku. Ile dokładnie, trudno mi powiedzieć i nikt, może poza Komisją Europejską, tego tak naprawdę nie wie. Nie ma instytucji, które - jak w przypadku firm spożywczych czy producentów samochodów - badałyby rynek. **

Czy kiedy Pani zaczynała, w Polsce była jakaś konkurencja?

Nie, ale pierwsze firmy zaczęły się pojawiać już w 1991, 1992 roku. Inna sprawa, że okna dachowe były wtedy w Polsce praktycznie nieznane. Pierwsze lata naszej działalności na rynku polegały na przekonywaniu klienta nie tyle do marki czy produktu, co do samej idei użytkowego poddasza. Musieliśmy tłumaczyć, że warto tam mieszkać, urządzić sypialnię, doświetlać. I dalej: że okna są bezpieczne, że nie ciekną, bo takie pytania zadawano nam na początku lat 90.

W tamtych czasach w Polsce budowano przede wszystkim domy z płaskimi dachami. Zmiana sposobu myślenia o zagospodarowaniu przestrzeni była naszym pierwszym zadaniem i zakończyła się sukcesem. Dziś już 80 procent domów w kraju ma skośny dach i użytkowe poddasze.

**CZYTAJ WYWIADY MONEY.PL

Galeco: Polacy wymagają więcej niż Niemcy A czy można mówić o specyfice polskiego rynku? Jest coś, co nas wyróżnia, czy też kiedy Polacy przekonali się do produktu, nie odbiegają w swoich oczekiwaniach od reszty świata?**

Raczej nie odbiegają. Oczywiście, jesteśmy jeszcze niezbyt zamożnym społeczeństwem, więc cena odgrywa rolę. Niemniej istotna jest jakość produktu i obserwuję coraz większe zainteresowanie ofertą energooszczędną, czy produktami poprawiającymi komfort życia, np. oknami otwieranymi elektrycznie.

Tym, co może wyróżniać nasz rynek, jest bardzo mocne zaangażowanie klienta dokonującego zakupu. Na wielu zachodnich rynkach decydentem jest firma budowlana czy dekarska, która oddaje klientowi dom gotowy do użytku. Polacy chcą doglądać wszystkiego osobiście.

Jest Pani pierwszą kobietą na tak eksponowanym stanowisku w 65-letniej historii firmy. Wydawałoby się, że dziś kobieta-biznes woman nie jest niczym niecodziennym. W tej branży jest inaczej?

Faktycznie, byłam pierwszą i jedyną tak wysoko postawioną kobietą w firmie, ale to się już zmieniło. Wiele krajów jest teraz kierowanych przez panie. Ale rzeczywiście, branża budowlana, nie tylko w Polsce, w dalszym ciągu pozostaje typowo męskim zawodem. To chyba kwestia tradycji. To się jednak zmienia. Sporo jeżdżę po Polsce, odwiedzam naszych klientów - hurtowników, firmy sprzedające materiały budowlane i widzę, że wiele z nich jest zarządzanych przez kobiety.

Czyli nie spotyka się Pani z zaskoczeniem kontrahentów.

Nie i nigdy nie miałam z tym problemu. Nigdy nie czułam się też dyskryminowana. Znam się na tym, co robię, zawsze jestem dobrze przygotowana do spotkań i to jest klucz do sukcesu. Płeć nie ma znaczenia.

Nigdy też nie nastawiałam się na karierę, nie dążyłam do pozycji dyrektora firmy. Moja droga zawodowa jest charakterystyczna dla wielu osób, które zaczynały na początku lat 80.

Czyli praca nie wymagała od Pani wyrzeczeń osobistych?

Nie, bo też nigdy bym się na taką pracę nie zdecydowała.

Więcej wywiadów z polskimi przedsiębiorcami w Money.pl
Auto Fus: W naszych żyłach płynie benzyna Właściciele pierwszego autoryzowanego serwisu BMW w Polsce mają własny team motocyklowy i licencję pilotów.
Zatrudnia 17 tys. osób, nie ma nawet gabinetu Przyjechał do Polski w 1993 roku, bo chciał obserwować przemiany ustrojowe. Dziś zarządza siecią restauracji na całą Europę Środkowo-Wschodnią.
To koniec Kota w reklamach Netii Wizerunek marki należy zmieniać, gdy jest ona u szczytu popularności - uważa Mirosław Godlewski, prezes firmy.
Tagi: polscy przedsiębiorcy, velux, ludzie, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz