Notowania

Pierwsze pieniądze zarobił na akordeonie, pierwszy milion na GPW. Dziś podbija internet

Z wykształcenia kucharz i strażak, zbił fortunę inwestując w takie firmy jak Wedel, Okocim i Vistula.

Podziel się
Dodaj komentarz
(arch.pryw.)

*- _ W początkach GPW można było inwestować, jak to się mówi, "na małpę". Zamykało się oczy, wskazywało palcem i na tym, co się trafiło, zarabiało się po 300 procent. Wystarczyło podjąć decyzję _- mówi Ryszard Fryc, założyciel Fritz Group SA. i jeden z pierwszych polskich inwestorów. W rozmowie z Manager.Money.pl wspomina swoje początki na rynku, opowiada o pracy w straży pożarnej i pasji do wina oraz zdradza dalsze plany inwestycyjne. *

Money.pl: Jako mały chłopiec chciał Pan zostać strażakiem?

Ryszard Fryc: Zawsze o tym marzyłem. Mój tata, dziadek, pradziadek, wszyscy byli strażakami.

Jednak wybrał Pan szkołę gastronomiczną.

To prawda, skończyłem techniczną szkołę gastronomiczną w Nowym Sączu i z wykształcenia jestem kucharzem. Potem ukończyłem Szkołę Chorążych Pożarnictwa w Poznaniu. Choć w tym momencie robię coś zupełnie innego, ta profesja jest mi bardzo bliska. Staram się być blisko tego środowiska, działam w stowarzyszeniach strażackich na terenie Polski południowej.

Przez kilka lat pracował Pan jako strażak.

Pracowałem jako zawodowy strażak, miałem pod sobą 50 osób, wyjeżdżaliśmy na co dzień do różnych akcji ratowniczych. W tamtych czasach nie było jeszcze możliwości zakładania firm. Kiedy w 1989 roku zwyciężyła demokracja, z bólem serca zrezygnowałem z pracy w straży pożarnej i założyłem własny biznes – biura wymiany walut Borys. To jedna z najstarszych sieci kantorów w Polsce.

Ryszard Fryc był założycielem i współwłaścicielem Banku Współpracy Regionalnej w Krakowie (obecnie Deutsche Bank 24 SA), firmy komputerowej Optimus, pierwszego w Nowym Sączu radia lokalnego Echo. W 1989 roku założył sieć kantorów Borys, w 2001 roku firmę Webvisor internet i informatyka.Od 2000 roku zarządza rodzinnym funduszem inwestycyjnym - Małopolskie Towarzystwo Inwestycyjne. Od 2011 roku akcjonariusz założyciel Fritz Group SA.

Zbudował dwie stacje narciarskie w Rytrze oraz Kasinie Wielkiej. Jest członkiem założycielem stowarzyszenia Polskie Stacje Narciarskie i Turystyczne oraz wiceprezesem Sądeckiej Organizacji Turystycznej. Jego pasją jest uprawa winorośli, założył na _ Paściej Górze _ w Chełmcu koło Nowego Sącza przydomową Winnicę Fritz.

*Z bólem serca? Nie chciał Pan iść na swoje? *Praca w straży bardzo mi się podobała. Wymagała dużej inwencji, kreatywności i odwagi. Wielu moich kolegów z branży straciło zdrowie i życie ratując ludzi z płonących budynków oraz w innych akcjach ratowniczych. Dlatego, kiedy jechało się na akcję, trzeba było szybko podejmować istotne decyzje. Sprawdzałem się w tym.

O zmianie pracy zdecydowały względy finansowe?

Byłem już ojcem 4 synów, ciężko było wyżyć z pensji. Budowaliśmy dom, wziąłem na budowę duży kredyt, więc faktycznie, pieniądze odegrały tutaj dużą rolę.

Skąd więc miał Pan środki na start?

Od najmłodszych lat starałem się mieć swoje pieniądze. Oprócz tego, że jestem strażakiem i kucharzem, gram też na instrumentach klawiszowych. Chodziłem do szkoły muzycznej, uczyłem się gry na akordeonie, ale rodziców nie było stać na kontynuowanie mojej edukacji. W latach 70. i 80. stworzyłem swój zespół muzyczny i graliśmy na różnych imprezach, festynach, weselach itp. W weekend zarabiałem więcej pieniędzy, niż mój tata przez miesiąc pracy.

Pieniądze zawsze się mnie trzymały. A kiedy zostałem ojcem myślałem, jak je zainwestować. Zdecydowałem się na budowę domu, choć musiałem posiłkować się kredytem. Ale ten pierwszy wkład w firmę sam sobie wypracowałem.

Dlaczego zdecydował się Pan akurat na kantory?

Wielu mieszkańców południowej Polski wyjechało za chlebem do USA. Kiedy graliśmy na imprezach, często płacili nam dolarami. Oszczędzali, żeby potem wydać na wesele _ zastaw się a postaw się _. _ Proszę grać, ja płacę _. Wyciągali po 5, 10 dolarów płacili orkiestrze zamawiając ulubione melodie, a my zarabialiśmy. Czułem siłę tego pieniądza.

Mieliśmy też rodzinę w Niemczech. Moja mama jest pochodzenia niemieckiego, jej brat i moi kuzyni mieszkają w Niemczech. Moja rodzina nie była majętna, więc nam pomagali. Tych marek też trochę miałem, dlatego pomyślałem o kantorach.

A skąd Pan wiedział, że warto inwestować na giełdzie? W początkach istnienia GPW mało kto zdawał sobie sprawę z potencjału rynku.

Już od momentu, kiedy powstała giełda papierów wartościowych - a pamiętam, że na początku było na niej cztery czy pięć spółek - nadwyżki finansowe inwestowałem w akcje. Wtedy wszyscy mówili: papiery wartościowe? Na co mi to? Ja od początku starałem się czytać, analizować rynki. Wiedziałem, że wszystkie solidne światowe firmy są notowane na giełdach. Pomyślałem, że taki Wedel czy Okocim to nasze srebra narodowe i że warto w nie inwestować.

Wtedy na giełdzie można było inwestować, jak to się mówi, _ na małpę _. Zamykało się oczy, wskazywało palcem i na tym, co się trafiło, zarabiało się po 300 procent. Wystarczyło podjąć decyzję, czy się inwestuje. Na początku mało kto w giełdę wierzył, to było bardzo duże ryzyko. Ja byłem pewny, że warto.

Zainwestowałem też w firmę Vistula. W tamtych latach cały świat kupował nasze materiały, słynną łódzką elano-bawełnę. Vistula 70 procent swojej produkcji eksportowała - do USA ,Kanady, Niemiec, na Wyspy Brytyjskie itp. Przeczytałem prospekt emisyjny firmy i zainwestowałem w nią wszystkie wolne środki. To była jedna z moich lepszych inwestycji, duży sukces finansowy. Zarobiłem duże pieniądze i zainwestowałem w Optimusa - naszą nowosądecką firmę komputerową.

*Trzeba było mieć nosa. *

Nie ukrywam, jakaś iskra boża w człowieku drzemie. Ale oprócz tej iskry, próbuję też analizować. Na cyfrach, liczbach, ale też na podstawie doświadczenia życiowego, praktyki. Tak, jak w przypadku Vistuli, która surowce kupowała za złotówki, a gotowy produkt sprzedawała za dewizy i zyskiwała bardzo dużo na różnicach kursowych. Byłem już właścicielem kantorów, widziałem, jak zmienia się kurs dolara. Rynek był niestabilny, wszystko lokowało się w dewizach. Dziś złoty to potęga, wtedy była inflacja, trzeba było szybko inwestować.

Dlaczego akurat w Optimusa? Interesowały Pana nowe technologie?

Wierzyłem w tę firmę i bylem przekonany, że Optimus będzie hitem na giełdzie. Posiadałem już doświadczenie jako inwestor giełdowy. Przekonałem pana Romana Kluskę do wprowadzenia Optimusa na giełdę.

Podpisywaliśmy kontrakty z największymi potentatami komputerowymi na świecie. Do Centrali Optimusa w Nowym Sączu przyjeżdżali Japończycy, Amerykanie, Koreańczycy, Niemcy itp. Firma rozwijała się nieprawdopodobnie szybko i zapotrzebowanie na kapitał było wysokie. Ustaliliśmy, że sprzedamy na giełdzie w Warszawie około 20-25 procent firmy i pozyskany kapitał przeznaczymy na dalszy rozwój Optimusa. Debiut okazał się ogromnym sukcesem finansowym, pozyskaliśmy bardzo dużo środków, a mój wkład w Optimusa powiększył się kilkadziesiąt razy.

W Optimusie spotkałem mądrych, ciekawych i wykształconych ludzi. Niektórzy wcześniej pracowali na kontraktach managerskich w dużych korporacjach międzynarodowych. Dużo mówili na temat tego, że biznes powoli przenosi się do internetu. Przecież to właśnie Optimus założył Onet.pl. Pod koniec lat 90. byłem już przesiąknięty wiedzą, że myśląc o rozwoju w dłuższym horyzoncie czasowym, trzeba przenieść biznes do internetu.

To wtedy wpadł Pan na pomysł stworzenia internetowej platformy wymiany walut?

Na początku lat 90. poznałem Piotra Mazgaja, obecnego prezesa zarządu Fritz Group SA. Stworzyliśmy spółkę, razem inwestowaliśmy w biura wymiany walut w regionie Polski południowej. Potem poszliśmy trochę innymi drogami, aż 3 lata temu Piotr zaproponował, żeby zacząć coś na nowo.

Wiedziałem, że z tym człowiekiem warto robić biznes. Powołaliśmy więc spółkę akcyjną Fritz Group, zarządza nią Piotr, ja działam z pozycji szefa rady nadzorczej. W grudniu minie nam rok działalności operacyjnej. Pozyskujemy coraz więcej klientów i jesteśmy przekonani, że to odpowiedni kierunek, że to rewolucja. Liczba platform i kantorów internetowych rośnie i bardzo dobrze. Nikt nie wymyślił jeszcze nic lepszego jak konkurencja, ktora jest motorem postępu i innowacji.

Jak Pan panuje nad swoimi biznesami? Nie jest Pan przecież w stanie trzymać ręki na pulsie wszystkich firm.

Oczywiście, to niemożliwe. Jestem wymagającą osobą, jak się za coś biorę, to staram się pokazać, jak się powinno pracować, ale też daję szansę innym. Dobieram zespoły do poszczególnych projektów i uważam, że największym sukcesem jest znaleźć ludzi lepszych od siebie. Jeśli będą mogli się rozwijać, biznes będzie szedł do przodu.

Oczywiście, nadmierne ufanie pracownikom jest czasem ryzykowne, wiem z doświadczenia. Pytała Pani, czy wszystko mi się udaje. Czasami człowiek nie bierze pod uwagę, że ryzyko przyjdzie z najmniej spodziewanej strony - managementu zarządzającego.

Miał Pan taką sytuację?

Przemilczmy to. Miałem przykre doświadczenia, ale w dalszym ciągu będą działał, jak działam. Nie zraża mnie to.

Nie można przewidzieć wszystkiego. Przez 10 lat ktoś gra fair, a w 11 roku rodzi się pomysł, żeby coś szybciej i niekoniecznie uczciwie zarobić. Ale takie jest ryzyko biznesowe. Jak ma się kilka firm, kiedy jedna słabnie druga ją wspiera. Obecnie moim priorytetem jest Fritz Group SA. Dałem jej swoje rodowe nazwisko i przykładam do niej bardzo dużą wagę.

Ma Pan też dwa wyciągi narciarskie - w Rytrze i Kasinie Wielkiej.

Jestem trochę takim lokalnym patriotą. Lubię inwestować w środowisku, w którym żyję i pracuję. Jesteśmy stąd, trzeba wspomagać rozwój regionów, a one są biedne. Rytro to najmniejsza gmina w Polsce, ale przepięknie położona. W Beskidzie Sądeckim, na szlaku z Nowego Sącza w kierunku na Piwniczną i Dolinę Popradu. Cudowna przyroda, 76 procent gminy to lasy. Mamy piękne góry, wody mineralne, wspaniałe warunki do budowy stacji narciarskiej i skorzystaliśmy z tego.

A Kasina Wielka jest już słynna dzięki Justynie Kowalczyk, która mieszka zaraz przy naszej dolnej stacji narciarskiej. Ma tam rodzinny dom, trenuje na naszych stokach, mamy możliwość korzystania z jej wizerunku. Justyna też jest lokalną patriotką.

fot. arch.pryw.Wyciągi to dochodowy biznes?

To długoterminowa inwestycja. Trzeba mądrze i cierpliwie inwestować i wierzyć, że osiągnie się sukces. Tutaj wartość firmy buduje się przez lata. Czy inwestycja była trafiona, czy nie, będzie można powiedzieć z perspektywy 10 lat.

Póki co nie narzekamy, choć nie jest łatwo, zimy są rożne - raz lepsze, a raz gorsze. Ale ten biznes niesamowicie wsparł środowisko lokalne. Część gruntów wynajmujemy od gospodarzy, członkowie ich rodzin są u nas zatrudnieni. Stworzyliśmy podstawową infrastrukturę, miejscowość zaczyna fajnie żyć i rozwijać się turystycznie. Te stacje narciarskie promienieją we wszystkie strony, przyciągają turystów z całej Polski i z zagranicy, którzy mieszkają w lokalnych gospodarstwach agroturystycznych, pensjonatach, hotelach.

Powołaliśmy też Małopolski Klaster Turystyczny _ Beskid, _ do którego zapraszamy zainteresowane firmy i instytucje działające w turystyce w paśmie Beskidów. W tym sezonie zimowym oferujemy wspólny karnet Beskid-SkiPas uprawniający do korzystania w 6 Stacjach Narciarskich, oprócz tego właściciel tego SkiPasu ma dodatkowe zniżki w hotelach, pensjonatach itp. Uczestnictwo w Klastrze daje ogromne szanse rozwoju - są duże możliwości na pozyskiwanie funduszy dotacyjnych dla projektów inwestycyjnych.

Zysków jeszcze dużych nie mamy, gdyż wypracowane środki inwestujemy w infrastrukturę narciarską, karczmy, pensjonaty ,hotele, ziemię. To ogromna wartość. Ten biznes daje mi też dużo satysfakcji, lubię tworzyć coś od podstaw.

Wszystko się Panu udaje, czy zdarzyły się też nietrafione inwestycje?

Gdybym powiedział, że nie, stwierdziłaby Pani, że jestem jakimś czarodziejem. Ale generalnie ze wszystkich moich inwestycji jestem zadowolony. Biorąc pod uwagę całokształt, zarówno te bardziej jak i mniej trafione biznesy, jestem na dużym plusie.

Wiem, że ma Pan też winnicę. To też długoterminowa inwestycja?

Winnica to moje hobby i pasja. Ponieważ lubię napić się dobrego wina do posiłku, kierowali się do mnie dostawcy win i alkoholi, oferując wina z całego świata. Każdego człowiek skosztował. Aż pojechałem kiedyś na Podkarpacie niedaleko Jasła. Znajomy zaprosił mnie na degustację win ze swojej winniczki. Pierwszy kieliszek, jakiego skosztowałem, wywarł na mnie nieprawdopodobne wrażenie. Coś fantastycznego - jaki bukiet, jaki aromat, jak skomponowane! Jak skosztowałem drugiego i trzeciego, byłem już w euforii.

Wyszedłem stamtąd z przekonaniem, że muszę założyć swoją winnicę. Mam ją od 5 lat i teraz już wiem, jak i z czego robi się wino i jestem na 100 procent pewny, że mam wino pierwszej klasy, z najlepszych szczepów. Dobre wino to jak najlepsze lekarstwo, nie tylko dla duszy, ale i dla serca - warto je degustować.

Czytaj więcej wywiadów w Money.pl
"Wojny nie będzie, Facebook ma w tym biznes" Stewart Butterfield tłumaczy, jak będzie wyglądała komunikacja przyszłości i zdradza, kiedy kupi akcje Facebooka.
Innym zajmuje to 4 dni, Polakowi 10 minut Zagranicznym koncernom opłaca się inwestować nad Wisłą - przekonuje Michał Młynarczyk, dyrektor agencji rekrutacyjnej.
Prezes LOT przyznaje: Nie przyszedłem tu dla pieniędzy O wynikach spółki, sprzedaży Eurolotu i kłopotach z prywatyzacją polskich linii lotniczych Money.pl rozmawia z Marcinem Pirógiem.
Tagi: polscy przedsiębiorcy, ludzie, wiadomości, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, najważniejsze, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz