Notowania

Przejdź na

Poseł i biznesmen Piotr Misztal rozdaje autografy, mimo że nie jest piosenkarzem, ani aktorem. Pobiera poselską pensję, mimo że nie powiedział w Sejmie ani słowa. Prowadzi firmę, która osiąga przychody rzędu 80 milionów złotych, a mimo to planuje kupić łódzki Polmos.

Zamierza również zostać prezydentem Łodzi, mimo że środowisko polityczne nazywa największym dziadostwem, jakie jest możliwe. Po co? Żeby każda kamienica w tym mieście miała tabliczkę z nazwą ulicy i numerem. Specjalnie dla Money.pl Piotr Misztal opowiada również o swojej przeszłości w Ameryce i planach na przyszłość w Polsce. **

Money.pl: Mimo, że spotykamy się w biurze poselskim, nie chcę rozmawiać z Panem o polityce, ale o biznesie. W 2005 roku Pana majątek szacowano na około 62 miliony złotych. Czy taka suma zaspokaja Pana ambicję?

Piotr Misztal: Zawsze chciałoby się więcej, ale człowiek może spać tylko w jednym łóżku, jeden obiad zjeść. Mam wszystko. Jedno zero więcej nie robi na mnie wrażenia. Te pieniądze są nie do wydania. No, chyba że jakiś krach finansowy by się zdarzył. Ja jestem bardzo bezpiecznym przedsiębiorcą. Kiedyś ryzykowałem więcej - teraz już nie.

Money.pl: W co Pan inwestuje?

P. M.: Głównie w nieruchomości. Właśnie teraz wracam z urzędu miasta. Złożyłem ofertę przetargową na zakup dość dużej nieruchomości (chodzi o tereny u zbiegu ul. Kopcińskiego i al. Piłsudskiego, na których znajdują się Łódzkie Zakłady Przemysłu Spirytusowego Polmos - przyp. red.).

Money.pl: Ma Pan sentyment do tego miejsca?

P. M.: To miasto potrzebuje inwestycji.

Money.pl: A czy Pana firma wymaga inwestycji?

P. M.: Na dzień dzisiejszy nie. Nie ma takiej potrzeby. W tym roku nie będę inwestował. Może w przyszłym powiększę firmę. W tym roku koniunktura jest bardzo dobra, sprzedaż jest świetna, aż się sam dziwię. W Polsce jest boom budowlany. Żeby kupić mój produkt trzeba czekać 26 godzin w kolejce. Jest naprawdę dobrze. Wszystko się sprzedaje na pniu.

Money.pl: To świadczy nie tylko o tendencjach w polskiej gospodarce, ale również o Pana umiejętnościach menedżerskich. Ma Pan duże doświadczenie w biznesie? Kiedy Piotr Misztal stał się biznesmenem?

*P.M.: * Wszystko zaczęło się, kiedy miałem 17 lat. Pierwsze pieniądze zarobiłem na skórzanych krawatach.

Money.pl: I oba te fakty są zadziwiające. Po pierwsze: zaczynał Pan jako bardzo młody człowiek, a po drugie: przyznam, że nie wydaje mi się, żeby krawat wykonany ze skóry był produktem, na którym można było nieźle zarobić... Powiem więcej - nawet nigdy nie widziałam skórzanego krawata...

*P.M.: *Nie widziała Pani skórzanego krawata??? Może to jest pomysł... Może znowu trzeba ten biznes odświeżyć??? Około 23 lat temu panowała moda na takie gadżety. Prawdopodobnie nawet to ja wprowadziłem modę na ich noszenie. Później miałem małą szwalnię spodni i innej odzieży skórzanej. Patrzyłem głównie na Michaela Jacksona: Thriller... Szyłem podobne ubrania i to schodziło. Kiedyś jak ktoś miał skórzaną kurtkę lub spodnie, to oznaczało, że jest bogatym człowiekiem. Więc kupowali.

Money.pl: Za co kupił Pan - jako 17-latek - maszyny i wynajął ludzi do pracy? Pomogli Panu rodzice, czy wziął Pan kredyt?

P.M.: Nie, to się zaczęło stopniowo. Wtedy nie potrzebne były pieniądze na początek. Pieniądze się zarabiało, a nie inwestowało. Ja wtedy naprawdę dużo zarabiałem na tamte czasy.

Money.pl: Gdzie Pan sprzedawał swoje produkty?

*P.M.: *W Centralu - największym, bo jedynym wówczas w Łodzi, domu handlowym. Tam wstawiałem towar do komisu, gdzie nie trzeba było czekać na sprzedanie towaru, żeby odebrać pieniądze. Dostawałem pieniądze od razu. Wstawiałem te krawaty co drugi dzień. Dostawałem dokument, z którym szedłem do kasy i podejmowałem pieniądze. Zawsze brakowało w całym Centralu pieniędzy dla mnie. Zgarniałem wszystko.

Money.pl: To znaczy ile?

P.M.: Ludzie zarabiali wtedy może 2000, 3000 złotych. Ja podejmowałem po 300 000 co drugi dzień. Jako młody człowiek miałem naprawdę duże pieniądze. Mogłem sobie kupić wszystko, co chciałem. Kupiłem sobie dom i samochód.

Money.pl: A jak patrzyli na Pana w kasie? Co na to rówieśnicy?

*P.M.: *Dziwili się. Poza tym miałem inne zajęcia - jak normalny nastolatek. Trenowałem piłkę nożną. Miałem kilka razy w tygodniu kilkugodzinne treningi, ale pogodziłem biznes z treningami. Zdecydowałem się na biznes, bo jednak pieniądze przyciągają. A jak porównywałem wtedy zarobki piłkarzy z moimi zyskami - nawet tych najbardziej znanych: Bońka, Smolarka - to okazywało się, że oni nawet nie marzyli o tym, co ja zarabiałem.

Money.pl: To zrozumiałe, ale dlaczego wybrał Pan akurat te branżę?

P.M.: Przypadek.

Money.pl: Podobnie jak z polityką?

P.M.: Dokładnie tak. Trzeba mieć jednak trochę szczęścia. Pomysł i szczęście.

Money.pl: Ale coś przecież skłoniło Pana do zajęcia się krawiectwem?

*P.M.: *Tak. Miałem dostęp do kawałków skór. Patrzyłem na te łaty i myślałem: „co z tego można zrobić?". I wymyśliłem. Zrobiłem tylko siedem sztuk i sprzedałem je do komisu. Przyszedłem po tygodniu i dowiedziałem się od sprzedawczyni, że zostały dawno sprzedane. Pomyślałem: „O! dobry początek". Zapytałem, czy mogę donieść parę sztuk. Sprzedawałem tysiące krawatów. Potem miałem jeden sklep, drugi, trzeci... Później zaczęło mi brakować skór, bo w tamtym czasie w Polsce ciężko było je kupić. Takie było zapotrzebowanie, że robiłem krawaty nawet ze skaju. Był problem również z Butaprenem - dużo przepłacając musiałem wykupywać go od szewców. Śmieszne to było.

Money.pl: Potem zmienił Pan branżę. Nowy biznes okazał się równie rentowny?

*P.M.: *Handlowałem elektroniką: zegarkami, bateriami. Towar brałem z różnych źródeł: od dostawców krajowych i zagranicznych. Oni się dziwili, bo brałem od nich ogromne ilości towaru. Później postanowiłem zobaczyć inny świat.

Money.pl: Spodobała się Panu Ameryka?

*P.M.: *Nie wyobrażałem sobie życia poza ojczyną. Cały czas wiedziałem, że wyjeżdżam tylko na chwilę.

Money.pl: W jakim celu wyjechał Pan za wielką wodę. Miał Pan przecież już majątek...

P.M.: Wziąłem trochę pieniędzy. Na początku poszedłem „między ludzi", żeby nauczyć się języka. Przez rok czasu w siedmiu firmach pracowałem. Głównie jako mechanik samochodowy, a że ciężko ze mną się było dogadać - dostawałem mało skomplikowane zadania. Po roku zrezygnowałem z pracy „u kogoś". Nawet dobrze się stało, bo dzięki temu założyłem swój biznes.

Money.pl: Jaki?

*P.M.: *Nie chciałem dużo inwestować. Kupiłem od jednego Italiańca firmę sprzątającą. Mieliśmy zlecenia na sprzątanie bibliotek, apartamentów, biur. Później powiększyłem firmę może ze 20 razy. Zatrudniałem 15 osób. Nie mówiłem jeszcze dobrze po angielsku, a ludzie już wtedy dla mnie pracowali. Tę firmę prowadziłem kilka lat i później ją sprzedałem pewnej Polce, która prowadzi ją do tej pory i jest bardzo zadowolona. A ja wróciłem do Polski. Otworzyłem w Łodzi rent-a-car. Miałem 20 mercedesów. Pierwszy rok był fajny, ale potem zaczęli mi bardzo kraść te auta. To był jeszcze ten czas, że wypożyczalnie nie chciały pokrywać kosztów po kradzieży. Oni zawsze znaleźli tysiąc innych wyjść, żeby tylko nie zapłacić. I zrezygnowałem.

Money.pl: Kim byli Pana klienci?

*P.M.: *Wszyscy. Złodzieje, księżą, policjanci, zwykli ludzie. To było coś nowego. Sprzedałem wszystko i wróciłem do Ameryki. Tym razem do Arizony, bo wcześniej byłem w Nowym Jorku. Tam jest akurat bardzo ładnie. Pomyślałem, że zostanę tam trochę i zobaczę, co się będzie działo. Miałem pieniądze, więc kupiłem dom, samochód: jeden i drugi. Siedziałem na ogródku z basenem i myślałem: „co dalej?".

Money.pl: I co pan wymyślił?

P.M.: Tam można kupić biznes, jaki się chce. Wszystko zależy od tego, ile się chce zarabiać i co się lubi robić. Ale trzeba wyłożyć pieniądze, a ja nie lubię wydawać pieniędzy, których jeszcze nie zarobiłem. Postanowiłem, że zacznę od zera. Po rozmowie ze znajomymi zdecydowałem się na biznes, który wymagał wiedzy. Naprawa sprzętu elektronicznego: lodówki, klimatyzacja, sprzęt gospodarstwa domowego. To bardzo rentowny biznes w Arizonie.

I zdecydowałem się pójść do szkoły w San Diego. W większości były tam zajęcia praktyczne. Co prawda, nosiłem tylko klucze za technikami jako tragarz, ale jednocześnie obserwowałem ich pracę. Wyuczyłem się na nienajgorszego technika. Przez rok pracowałem sam, żeby poznać tę pracę i dojść do wprawy. Później przyjąłem kilkunastu techników, a obroty firmy sięgnęły setek tysięcy dolarów. Rozkręciłem biznes i sprzedałem go. Wróciłem do Polski. Miałem już w ogóle nigdy nie pracować. Miałem żyć jak na emeryturze: pies, śniadanko, słońce.

Money.pl: Nawet na brak słońca nie mógłby Pan narzekać, bo nie od dziś wiadomo, że pogoda sprzyja bogatym...

P.M.: Tak, ale myślałem, że będę już tylko podróżował i odpoczywał.

Money.pl: Był Pan przecież młodym człowiekiem. Już wtedy wystarczyłoby Panu pieniędzy na dostatnie życie bez konieczności zarabiania?

*P.M.: *Tak. Jednak okazało się, że to nie w moim stylu. Nie mogę nic nie robić. Spotkałem kolegę z dawnych lat, który też zajmował się cementem i obiecał mnie wprowadzić w tę branżę. Razem się wychowaliśmy. Majętny człowiek w moim wieku. Zbudowałem kolejną firmę od zera.

Money.pl: Pana firma zajmuje się przesypywaniem cementu?

*P.M.: *Od niedawna jestem też producentem cementu. Największe w kraju cementownie mają po jednym, a my mam trzy certyfikaty europejskie na produkcję cementu. Nie jest to jednak produkcja od podstaw, od skały. Mieszamy gotowe komponenty i według nowych przepisów kwalifikuję się już jako producent. Tak samo, jak firma Atlas miesza kleje.

Money.pl: Dużo musiał Pan zainwestować na początku?

*P.M.: *Nie. Około 200 000 złotych. To można przeżyć. Ja nie lubię się przeinwestować. Jeżeli by coś nie wypaliło, to zawsze jeśli stracę, stracę mniej. Na początku kupiliśmy maszyny - miniaturki, żeby sprawdzić, czy biznes się przyjmie.

Money.pl: Zaopatruje Pan tylko lokalny rynek?

*P.M.: *Zaczynaliśmy tylko od łódzkich składów budowlanych. Teraz sprzedajemy w całej Polsce. Mam umowę na zaopatrzenie wszystkich sklepów Castorama a Polsce. Tam jest tylko nasz cement. Teraz dobija się do nas 28 Praktikerów.

Money.pl: Dlaczego zgłaszają się do Pana? Czym Pan wygrywa z konkurencją?

*P.M.: *Przede wszystkim niską ceną. Nie mam takich kosztów, jak cementownie i mogę sobie pozwolić na niskie ceny. Nie mam zbędnych etatów. Ja zatrudniam 50 osób, podczas, gdy w cementowni Działoszyn, która workuje mniej cementu niż moja firma, pracuje 800 osób. U mnie wszyscy muszą być uniwersalni i znać się na wszystkim. Nie ma żadnej dyskusji. Nie podoba się, to drzwi są otwarte.

Money.pl: Zna Pan każdego pracownika?

P.M.: Oczywiście. U mnie jest tak jak w Stanach. Nie ma zbędnej hierarchii. Nie lubię, jak mi mówią „panie pośle". Oni są od pracy, a ja jestem od tego, żeby dobrze płacić.

Money.pl: Dobrze, to znaczy ile?

*P.M.: *Na łódzkie warunki nieźle. Pracownik niewykształcony, zwykły zarobi u mnie około 3000, 3500 złotych na rękę i płacimy od nich wszystkie świadczenia. Mam kontrole dosyć często. Nie omijają mnie.

Money.pl: Jedna z nich była nawet relacjonowana w mediach.

*P.M.: *Tak. Oni muszą też wiedzieć, że nie są świętymi krowami - ci, co kontrolują i następnym razem, jeśli będą się podobnie zachowywali, będzie to samo. Wygonię ich i nic im nie pomoże. Ani policja, ani nikt.

Money.pl: Od kogo uczył się Pan zarządzania firmą?

*P.M.: *Sam się nauczyłem. Nauczyła mnie Ameryka. Przede wszystkim nauczyła mnie szacunku dla klienta. W Polsce nic nie znaczy słowo gwarancja, a tam - nikt nie dyskutuje z klientem. Poza tym powinna być szybsza odpowiedzialność zbiorowa - tak jak to proponuje Ziobro. To w Stanach nazywa się _ small court administration _. Sam byłem w tym sądzie kilkanaście razy. Parę minut i po sprawie. Jeśli nie zapłaci się kary, momentalnie blokują konta. Od razu zaboli. Szybko znajdą się pieniądze, żeby zapłacić.

Money.pl: Popełnił Pan jakieś brzemienne w konsekwencje finansowe błędy w biznesie?

P.M.: Nigdy nic nie straciłem. Odpukać.

Money.pl: Nie do wiary. Jest Pan w czepku urodzony!

*P.M.: *Zgadła Pani. Mama tak mi mówiła.

Money.pl: Czym się różnie biznes polski od amerykańskiego?

*P.M.: *Tam jest większa stabilność. Budzę się rano i wiem, że będzie tak jak było wczoraj. Tam jednak ciężej zarobić duże pieniądze. Wejść w cokolwiek nowego jest niezwykle trudno. Tam jest wszystko. Wszędzie sukcesem jest to samo - tzw. klient powtórzony. Trzeba zrobić wszystko, żeby klient wrócił lub polecił firmę znajomemu.

Money.pl: Sam zarządza Pan firmą?

*P.M.: *Tak. Coraz mniej, bo mam przecież jeszcze inne obowiązki. A będę ich miał prawdopodobnie coraz więcej...

Money.pl: Prawdopodobnie? To nie jest pewne? Przecież podjął Pan już pewne czynności w kierunku objęcia stanowiska prezydenta miasta Łodzi: zlecił Pan przeprowadzenie przedwyborczego sondażu. A z tego, co o Panu wiem i co Pan dzisiaj opowiedział jasno wynika, że nie zabiera się Pan za nic, co nie gwarantuje sukcesu...

*P.M.: *No więc... Na pewno... Tylko czy mnie to jest potrzebne? Z sondaży wynika, że reklamy nie potrzebuję, a ludzie mają dość polityków. Chcą, by u władzy byli ludzie, którzy doszli do czegoś w swoim życiu. Do tej pory wszyscy prezydenci Łodzi niczego sobą nie reprezentują, jeśli chodzi o to, czego dokonali w życiu - prócz tego, że szkołę skończyli. Schodzą ze stołka na stołek i to jest wszystko.

Money.pl: Czy jest więc tak, że polityk, który nie jest bogaty, staje się politykiem właśnie wyłącznie dla pieniędzy?

*P.M.: *To najłatwiejsze jest dla niego. Nie potrafi nic w życiu innego robić, jak tylko mówić, mówić, mówić. Nauczyli się tylko mówić przez tyle lat. Jak ich się nie przyciszy, mówiliby bez przerwy.

Money.pl: Pan dla kontrastu nie powiedział na sejmowej mównicy ani słowa...

P.M.: Po co? Jak to jest..? Mowa jest srebrem, a milczenie - złotem.

Money.pl: Znając Pana upodobania do złota, kwestia sejmowego milczenia jest więc już jasna...

*P.M.: *Po co mówić? Lepiej robić. Ja robię.

Money.pl: Co takiego zrobił Pan jako poseł dla Polaków?

*P.M.: *Znaczy... robię... Dużo się udzielam tu w Łodzi. Od początku mówiłem, że Warszawa i inne miasta mniej mnie interesują. Pomagam różnym fundacjom. Te pieniądze, które dostaję z sejmu, rozdaję. Ciągle coś się dzieje. Pomagam komuś. Najwięcej staram się inwestować w domy dziecka, bo według mnie tu jest najwięcej potrzeb. Ludzie do mnie przychodzą z różnymi prośbami. W większości proszą o wsparcie finansowe. Gdybym chciał im wszystkim pomóc, na pewno by mi brakło. Wszyscy oczekują, że im pomogę.

Money.pl: Jakie będzie Pana hasło w kampanii przed wyborami na prezydenta Łodzi?

*P.M.: *Dosyć z politykami, czas na menedżerów. Nie chcę być politykiem. Mówią, żeby mówić i zdobyć wyborców, a potem nic nie jest dotrzymane. A człowiek, który nie dotrzymuje słowa, to kim może być? To wszyscy wiedzą.

Politycy to jest kara. Gdzie te trzy miliony mieszkań? To wszystko pod publikę jest robione, a ja się dziwię, że ludzie wierzą w to. Ja środowisko polityków poznałem od wewnątrz i wiem, co to za ludzie. To jest najgorsze dziadostwo, jakie jest możliwe.

Ja nie będę obiecywał, że jak wygram wybory, to wszystko będzie idealnie.

Money.pl: Co więc zamierza Pan zrobić dla Łodzian jako prezydent miasta?

P.M.: Dużo nie obiecam, bo mogę nie dotrzymać, a jak zrobię więcej, to będzie in plus. Chciałbym poprawić wizerunek Łodzi. Dopilnuję, żeby kamienice miały tabliczki z numerami i żeby każda ulica była podpisana. Jeżeli ktoś z zagranicy przyjeżdża do Polski, żeby zainwestować, w życiu nie wybierze Łodzi. Jak cię widzą, tak cię piszą.

Tagi: piotr misztal, ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz