Notowania

przemysł
16.11.2010 06:00

Polska to wielkie wysypisko śmieci. Można na nim zarobić

Gospodarka odpadami przemysłowymi to w naszym kraju niszowy, ale dochodowy biznes.

Podziel się
Dodaj komentarz
(Mo-Bruk/ Materiały prasowe)

W Polsce ponad 80 procent odpadów trafia na wysypiska, gdzie ulega powolnemu rozkładowi. Tymczasem z tony śmieci można wyprodukować nawet 600 kilogramów paliwa. Żeby spełnić normy Unii Europejskiej, powinniśmy wybudować 11 nowych spalarni. Dlaczego nie jest to łatwe, tłumaczy Józef Mokrzycki, właściciel firmy Mo-Bruk, która zajmuje się gospodarką odpadami przemysłowymi.

Segreguje Pan śmieci w swoim domu?

Segreguję. My śmieci traktujemy jako surowiec. 60 procent zawartości kosza na śmieci to dla nas materiał do produkcji paliwa.


Jak Pan ocenia, jaki odsetek Polaków myśli podobnie?

Myślę, że poniżej 10 procent.

Zaczynał Pan od produkcji wyrobów z lastriko i betonu towarowego. Jak doszedł Pan do przetwarzania i utylizacji odpadów niebezpiecznych?

To prawda, 25 lat temu zaczynałem od produkcji materiałów budowlanych. W latach 90., kiedy do Polski zaczął napływać obcy kapitał, pojawił się temat szeroko rozumianej utylizacji odpadów przemysłowych. Na Zachodzie używało się ich najczęściej, po wcześniejszej obróbce fizyko-chemicznej, do produkcji kruszyw, z których wykonywano podbudowy drogowe. To samo robi się dzisiaj u nas i to na dużo większą skalę.

Produkcja materiałów budowlanych nie była niszą w gospodarce, praktycznie każdy rzemieślnik mógł robić coś z betonu. Uznałem więc, że przyszedł czas na przebranżowienie. Już w 1996 roku, kiedy w Polsce nie było jeszcze ustawy o odpadach, ja dostałem pierwsze pozwolenie na przetwarzanie odpadów niebezpiecznych.

Na czym polega ten biznes i ile można na nim zarobić?

Biznes odpadowy ma na całym świecie wysokie notowania, a w Polsce w dalszym ciągu jest niszą w gospodarce. U nas panuje wielkie rozdrobnienie w tej branży, które bierze się z tego, że każdy, kto usłyszy, że to rentowny biznes, myśli, że można na nim w prosty sposób zarobić. A na odpadach można zarobić, ale pod warunkiem, że zainwestuje się najpierw duże pieniądze.

Często zdarza się, że ktoś kupuje maszynę do przetwarzania odpadów za 100 tysięcy złotych, zbiera je, bierze za nie pieniądze, a potem budzi się z 3 tysiącami ton odpadów na stanie, których nie jest w stanie przetworzyć. Tymczasem sensowna instalacja do produkcji paliw alternatywnych to koszt minimum 20 milionów złotych.


Rozumiem, że Pana kapitał początkowy pochodził z firmy budowlanej?

Tak. Na początku produkowałem wyroby z lastriko. To były takie płytki z białymi ziarenkami - rozdrobniony marmur zalewany cementem i szlifowany, można je jeszcze spotkać na korytarzach starych obiektów.

Ten biznes pozwolił mi nieźle zarobić, bo na przełomie lat 80. i 90. na polskim rynku nie było żadnych płytek. Moi klienci czekali na towar nawet po 6 miesięcy, co dziś jest nie do wyobrażenia. Zdawałem sobie jednak sprawę, że otwarcie rynku, zmiana systemu, spowoduje napływ towaru z Zachodu. Spodziewałem się, że płytki lastriko umrą śmiercią naturalną i tak też się stało. Już w 1996 roku nie było komu ich sprzedawać.

Ale nie porzucił Pan całkiem tej branży, bo Pana firma nadal produkuje beton.

Wytwarzamy beton, ale tylko na własne potrzeby. Budowa dróg betonowych wzięła się z moich doświadczeń samorządowych. Tak się złożyło, że w 1990 roku zostałem wójtem gminy i patrzyłem na problem braków w infrastrukturze drogowej z punktu widzenia inwestora. Wtedy wszyscy budowali nawierzchnie asfaltowe, bo nie było innej możliwości. Te drogi po 2 latach pękały, a o gwarancji nikt nie chciał słyszeć, bo wykonawca nie nadążał z realizacją nowych zleceń.

Kiedy postanowiłem, że pójdę mocniej w biznes, a nie było wtedy jeszcze zakazu prowadzenia firmy i pełnienia funkcji samorządowych, uznałem, że muszę stworzyć alternatywę dla budowy dróg asfaltowych. Doświadczenia wzięte z Zachodu utwierdzały we mnie przekonanie, że drogi betonowe to drogi na długie lata i że gminy to kupią.

W takim razie nie mogę nie zapytać o stan polskich dróg. Czemu są tak kiepskiej jakości? Oszczędzamy na materiałach?

Winna jest zła polityka państwa. Kraje zachodnie często dopłacają do dróg lokalnych 50 procent kosztów budowy na etapie inwestycji, ale nie dopłacają już ani złotówki do remontów. Inwestycja w drogę betonową jest około 15 procent droższa, niż w asfaltową, ale koszty jej utrzymania są znikome i nie stanowią znaczącego obciążenia budżetów gmin. Ponadto drogę betonową buduje się na minimum 40, 50 lat. Przez pierwszych dziesięć lat koszty jej utrzymania są bliskie zeru. W tych krajach gminy szybko policzyły, że warto zbudować dobrą drogę na długie lata bez potrzeby ponoszenia dużych wydatków na remonty. W Polsce tylko obecny rząd wprowadził podobną zasadę współfinansowania inwestycji dróg lokalnych, ale jest to znikoma skala dotacji.

Dużo się mówi o tym, że do Polski trafiają odpady niebezpieczne z zagranicy, min. z Niemiec. Jaka jest tak naprawdę skala tego zjawiska?

Skala jest wymyślona przez lokalnych działaczy i media. Oczywiście, zdarzają się takie przypadki, bo po wejściu Polski do strefy Schengen niektórym wydaje się, że można tu wszystko przywieźć i wysypać na skraju lasu, albo w wyrobiskach po cegielniach czy żwirowniach. Muszę jednak przyznać, że polityka państwa wpływa pozytywnie na ukrócenie tego procederu. Znam bardzo energiczne działania podejmowane chociażby przez Dolnośląski Inspektorat Ochrony Środowiska w tym zakresie. Mamy w Polsce kilka przypadków, kiedy tego typu sprawy skierowano do prokuratury. W niektórych już zapadły wyroki.

*Pańska firma utylizuje zagraniczne odpady? *

Jedna ze spółek zależnych – spalarnia, utylizuje odpady z zagranicy. Ale to oddzielna spółka a Mo-Bruk i jego oddziały nie przyjmują z zagranicy ani kilograma odpadów. Wszystkie planowane inwestycje ukierunkowujemy na przerób odpadów z Polski. Nasz prawie 40 milionowy naród wytwarza rocznie około 10-12 mln ton odpadów i gdybyśmy odzyskali tylko 50 procent na paliwa alternatywne, to zaoszczędzilibyśmy 6 milionów ton węgla.

W dobie wzmożonego zapotrzebowania na energię warto zadbać, by żadnej tony odpadów nie zmarnować na składowisku. Każda tona nawet zmieszanych odpadów komunalnych da nam około 600 kg paliwa alternatywnego, porównywalnego kalorycznością z węglem średniej klasy. Musimy jeszcze poczekać na zmianę prawa w tym zakresie, a konkretnie na podwyżkę tzw. opłat marszałkowskich za składowanie odpadów, które miały być wprowadzone już w 2011 roku.


Mieszkańcy Wałbrzycha oskarżają Pana zakład o trucie ich i ich środowiska. Konflikt z lokalną społecznością jest wpisany w ten biznes?

W dużej mierze tak. W naszym przypadku konflikty z lokalną społecznością pojawiają się zawsze w okresie wyborów, co cztery lata. Za tydzień wszystko się już skończy. W Wałbrzychu jest 6 albo 7 kandydatów na prezydenta i wielu z nich promuje się na tle składowiska. Dochodziło już do tego, że jeden z kandydatów zorganizował pod naszą bramą konferencję prasową i mówił, że to sprawa numer jeden dla Wałbrzycha. Tymczasem tak nie jest, bo na pikietę protestacyjną przyszło jakieś 10 osób.

Tak zazwyczaj jest, że kandydaci, którzy nie mają ciekawej oferty dla swojego elektoratu, liczą, że populizm im się opłaci. Ja jestem przekonany, że mieszkańcy Wałbrzycha to świadome środowisko. Mają rozsądnych liderów, którzy udowodnili, że umieją zachęcać inwestorów. A ci zbudowali wiele zakładów w specjalnej strefie ekonomicznej, które dają dzisiaj tysiące miejsc pracy.

To chyba zrozumiałe, że mieszkańcy chcą żyć jak najdalej od spalarni odpadów.

Nasze zakłady muszą dostosowywać się do bardzo restrykcyjnych norm Unii Europejskiej. Tymczasem przeciętny mieszkaniec domu jednorodzinnego, który ma piec węglowy do centralnego ogrzewania, bez zastanowienia wrzuca do niego butelkę po wodzie mineralnej. Przez jego komin lecą dioksyny i furany, które nie wydobywają się z komina spalarni. Budowane obecnie spalarnie, czy też instalacje do produkcji klinkieru spalające paliwa alternatywne, mają wysokiej klasy systemy oczyszczania spalin. Dziś obowiązkiem jest ciągły monitoring zawartości substancji emitowanych do powietrza. Badania dowodzą, że więcej substancji szkodliwych wprowadza do organizmu człowiek wypalający jednego papierosa, niż ten, który będzie mieszkał rok w bezpośrednim sąsiedztwie spalarni.

Pana dwaj synowie, jeszcze studenci, zasiadają w zarządzie spółki. Dlaczego nie postawił Pan na bardziej doświadczonych managerów? Nie ma Pan zaufania do obcych?

Nie jest tak, że nie ufam obcym, ale moje dzieci były wdrażane w ten biznes od najmłodszych lat. Moi synowie i córka znają firmę równie dobrze, jak ja. Nie znaczy to oczywiście, że zewnętrzni managerowie nie są równie kompetentni. Ale Mo-Bruk to firma rodzinna, mamy w niej 85 procent własności i chcemy, podobnie jak dotychczas, dbać o wzrost jej wartości. Zaufali nam inwestorzy, którzy znają naszą historię. Jestem przekonany, że doświadczenie moje, mojej żony oraz zaangażowanie i znajomość firmy moich synów i córki pozwoli na zrealizowanie zamierzonych inwestycji, co w efekcie przekładać się będzie na wyniki spółki.


Można uciec od rozmów o pracy przy rodzinnym obiedzie?

Staramy się nie rozmawiać w domu o firmie, choć rzadko nam się to udaje. To cała trudność rodzinnego biznesu, a do tego dochodzi jeszcze konflikt pokoleń i chyba nie jesteśmy odosobnieni w tym problemie. Przez 25 lat działalności firmy udaje nam się jednak osiągać porozumienie.

Uważam, że życie rodzinne w rozsypce, to poważne zagrożenie dla interesów. Jeżeli rodzina się wspiera i w dodatku szanuje swoich pracowników, to istnieje duża szansa na osiąganie wyników w biznesie. To tak, jak u Napoleona. Dopóki Józefina go wspierała, wygrywał wszystkie bitwy. Kiedy odmówiła mu wsparcia, zaczął się jego upadek.

Tagi: przemysł, ludzie, gospodarka, manager, najważniejsze, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz