Stworzył FineReadera, zatrudnia filozofów. Prezes ABBYY uważa, że Rosja to przyszłość branży IT [GALERIA]

Stworzył FineReadera, zatrudnia filozofów. Prezes ABBYY uważa, że Rosja to przyszłość branży IT

Fot. ABBYY

- Wiele start-upów powstaje, kiedy młodzi ludzie potrzebują czegoś bardzo prostego. Ja potrzebowałem pieniędzy na jeansy i najki - wyznaje David Yang, prezes rosyjskiego przedsiębiorstwa ABBYY, które stworzyło między innymi program do przetwarzania dokumentów FineReader. W rozmowie z Manager.Money.pl Yang opowiada, jak wyglądał biznes w Rosji tuż po pierestrojce i zdradza, nad jakimi technologiami obecnie pracuje jego firma.

Money.pl: Pana ojciec jest Chińczykiem, matka Ormianką, Pan wychował się w Rosji, gdzie mieszka i skąd zarządza międzynarodowym przedsiębiorstwem. Czuje się Pan Rosjaninem?

David Yang, prezes ABBYY: Urodziłem się w Armenii i uważam ją za swoją ojczyznę. Jednak mój ojczysty język to rosyjski, a w głębi duszy czuję się Chińczykiem.

Czy fakt, że oboje rodzice byli fizykami, zaważył na Pana drodze zawodowej?

Oczywiście. Od najmłodszych lat chciałem zostać fizykiem. Studiowałem na moskiewskim Instytucie Fizyki i Technologii – to taki rosyjski MIT. Ale kiedy razem z kolegą napisaliśmy oprogramowanie dla elektronicznych słowników, postanowiłem porzucić karierę naukową i zająć się biznesem.

Skąd pomysł na firmę?

Dziś już wiem, że wiele start-upów powstaje, kiedy młodzi ludzie potrzebują czegoś bardzo prostego. Ja potrzebowałem pieniędzy na jeansy i najki, a że chciałem być samowystarczalny, nigdy nie brałem ich od rodziców. Na początku zamierzałem napisać prosty program i sprzedać jakieś 100 kopii. Ale kiedy wypuściliśmy go na rynek okazało się, że w całym Związku Radzieckim ma jakieś 50 tysięcy nielegalnych kopii.

I pomyśleliście, że możecie zarobić dużo więcej.

Przez pierwszy rok sprzedaliśmy legalnie tylko 15 kopii. To niewiele, ale pieniądze, jakie zarobiliśmy, były porównywalne a nawet większe niż roczna pensja profesorska mojego ojca. Można za to było kupić samochód.

Czytaj więcej Na giełdzie zarabiał po 300 procent Z wykształcenia kucharz i strażak, zbił fortunę inwestując w takie firmy jak Wedel, Okocim i Vistula. Kto kupił Wasz program?

To były lata 1989, 1990, tuż po pierestrojce. Naszymi klientami nie byli więc prywatni przedsiębiorcy, tylko organizacje, instytuty naukowe.

A kiedy zarejestrował Pan firmę?

Początkowo nasz biznes rozwijał się pod skrzydłami młodzieżowej organizacji, którą dziś nazwalibyśmy inkubatorem przedsiębiorczości. W przeciągu roku od wypuszczenia programu na rynek postanowiliśmy założyć firmę.

Dziś to 2 tygodnie pracy, nawet mniej. Ale w pierwszych latach, kiedy można było w Rosji rejestrować działalność gospodarczą, zajmowało to nawet 2 miesiące. Nic nas jednak nie kosztowało, bo mieliśmy wsparcie organizacji. Za sprawą Gorbaczowa takie inkubatory powstawały w całym kraju. Zbierały absolwentów i młodych ludzi z pomysłem, zakładały im konta bankowe, dawały pieniądze na start, doradzały. To było niesamowite.

Coś takiego funkcjonowało na początku lat 90?

Sam jestem zaskoczony. Bez wsparcia organizacji nie powstalibyśmy nigdy. Kiedy wpadłem na pomysł stworzenia oprogramowania do elektronicznych translatorów, mój partner zgodził się zainwestować swój czas w techniczny aspekt przedsięwzięcia. Ja zainwestowałem czas w zgromadzenie załogi i managementu firmy, rozruszanie działu sprzedaży i zamówień. Ale potrzebowaliśmy pieniędzy na bazę lingwistyczną – słowniki, na podstawie których przebiega proces tłumaczenia.

Nie jesteśmy lingwistami, a stworzenie słownika wymaga wielu lat pracy profesjonalistów. Dlatego znaleźliśmy organizację, która zgodziła się sprzedać prawa do publikacji elektronicznej wersji słowników. Kosztowały 3 tysiące rubli, które pożyczyła nam organizacja. W tamtych czasach można było za to kupić pół samochodu, który kosztował 10 - 16 tysięcy dolarów.

Czytaj więcej Grecki przedsiębiorca dla Money.pl: Kryzys czy nie, trzeba produkować Przełamał monopol koncernu Heineken na produkcję piwa w Grecji i przeforsował zmianę prawa. Demetri Politopoulos zdradza sposób na wyprowadzenie kraju z recesji. Nie baliście się? Pożyczyliście pieniądze i wpakowaliście je w studencki biznes, bez gwarancji powodzenia.

To było wyzwanie. Mam wielkie szczęście, że to była pożyczka, a nie inwestycja, dlatego organizacja nie ma dziś żadnych udziałów w firmie. Gdyby nam się nie powiodło, stracilibyśmy tylko zdolność kredytową. Kiedy dostaliśmy pieniądze, zaczęliśmy pracować dniem i nocą. Szybko jednak okazało się, że nasz plan rozwoju był całkiem nierealny.

Nigdy nie pisaliśmy programów komercyjnych, wydawało nam się, że zrobimy to w miesiąc. Teraz już wiemy, że zazwyczaj takie rzeczy trwają nawet rok. Odkryliśmy także, że istnieje konkurencja. Kiedy startowaliśmy, nie wiedzieliśmy, że ktoś już próbował tworzyć oprogramowanie do słowników elektronicznych. Istniało co najmniej 10 takich programów na rynku. Nie było już jednak drogi odwrotu.

Założyliście firmę bez żadnych problemów? Nikt nie wywierał żadnych nacisków? Biznes i polityka są w Rosji silnie powiązane. A może firmy internetowe, których głównym kapitałem jest wiedza, nie napotykają takich przeszkód?

Silne lobby może istnieć w przemyśle ciężkim, przedsiębiorstwach związanych z wydobyciem ropy czy gazu. Tam liczą się powiązania. Ale nasz biznes był zbyt mały, by ktoś się nim zainteresował. Nadal z resztą nie jest duży.

Jesteście przedsiębiorstwem międzynarodowym.

W porównaniu z branżą paliwową w Rosji, nowe technologie to niewielka działka. A w czasach, kiedy zaczynaliśmy, praktycznie nie istniała. Poza tym nie potrzebujemy żadnych zezwoleń, koncesji, pomocy z zewnątrz, wystarczą nam nasze mózgi.

Na drugiej stronie przeczytasz, dlaczego firma z branży IT zatrudnia filozofów

Poprzednia strona
  • 1
  • 2
abbyy, david yand, finereader
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie