Tak pracują domy maklerskie w recesji

Tak pracują domy maklerskie w recesji

Fot. KBC

Gorsza od kryzysu jest dla nas stagnacja, okres, kiedy na rynku nie dzieje się nic, a obroty są małe - mówi Dariusz Stasiak, dyrektor wykonawczy sprzedaży detalicznej KBC Securities. W rozmowie z Manager.Money.pl tłumaczy, na ile można polegać na rekomendacjach domów maklerskich i podpowiada, jak inwestować, by nie stracić w recesji.

Money.pl: Czy Polacy w erze kryzysu zamykają rachunki maklerskie, czy wręcz przeciwnie - zostają inwestorami długoterminowymi mimo woli, wiążąc się z domem maklerskim na lata?

Dariusz Stasiak: W zdecydowanej większości inwestorzy nie potrafią akceptować małych strat. Wskutek czego w okresach dekoniunktury trzymają akcje, z przymusu stając się inwestorami długoterminowymi. Części z nich, w czasie lokalnych dołków, puszczają nerwy i faktycznie sprzedają aktywa. Zniechęceni zamykają rachunki. Generalnie jednak nie ma takiego trendu, że ludzie się odwracają od inwestowania.

Prawdą jest natomiast, że w czasie dekoniunktury więcej rachunków zamyka się niż otwiera. W okresach boomu wręcz przeciwnie. Ludziom łatwiej jest kupować, kiedy rynek rośnie, szczególnie gdy hossa trwa długo. Łatwiej też pozbywają się akcji, kiedy rynki są mocno niedoszacowanie, gdy już nie widać nadziei. Brzmi to paradoksalnie, ale potwierdza to praktyka.

Cykliczność nie jest zdrowa dla biznesu. Jak bronicie się przed takimi falami? Klienci mogą liczyć na niższe prowizje?

Taka broń jest obosieczna. Gdy zaoferujemy inwestorom niższe prowizje w okresie dekoniunktury, to potem, w czasie prosperity, nie można wrócić do poprzednich stawek. Oferujemy więc konkurencyjne prowizje, ale nie staramy się pozycjonować jako broker dyskontowy.

Są jednak instrumenty, na które chcemy zwrócić szczególną uwagę inwestorów i zachęcić ich do lokowania w nie swojego kapitału. Obecnie są to obligacje. Pół roku temu ustaliliśmy prowizje od nich na poziomie 0,08 procenta dla transakcji internetowych i 0,1 procenta dla nieinternetowych, co stanowi stawki najniższe na rynku. Tak, by nasi klienci nieangażujący środków w akcje, mogli skorzystać z bardzo przyzwoicie oprocentowanych obligacji notowanych na naszym rynku.

Ale pożyczacie też kapitał na zakup akcji. To produkt skrojony na czas recesji?

Pożyczamy środki naszym klientom, niezależnie od koniunktury. Jakkolwiek korzystają z tego głównie inwestorzy bardziej doświadczeni, żeby, parafrazując hasło z lat 90.: wzmóc siłę swoich pieniędzy. Dodatkowo ten instrument bardziej sprawdza się na rynku rosnącym. Bo kiedy rynki spadają, straty potęgowane są środkami pochodzącymi z kredytu.

Przeczytaj wywiad Money.pl



Chcesz kupić książkę? Zrób jej zdjęcie

Na dekoniunkturze też można zarobić. Jaka jest według Pana metoda na inwestowanie w trakcie recesji?

Jest sporo instrumentów, które pozwalają nam obronić swoje pozycje, a nawet zarobić. W tej chwili najpopularniejsze w kraju są kontrakty terminowe. Oczywiście jest to instrument podwyższonego ryzyka, mocno lewarowany. Przykładowo, żeby otworzyć kontrakt terminowy na WIG20 wystarczy depozyt zabezpieczający w wysokości 8 procent jego wartości. Czyli przy kontrakcie o wartości około 24 tysięcy złotych, wystarczy około 2 tysiące złotych.

Zatem, jeśli ktoś potrafi dostrzec różnicę pomiędzy wartością kontraktu a wnoszonym depozytem zabezpieczającym i jest w stanie oprzeć się pokusie inwestowania całością swojego kapitału, może przy pomocy niewielkich środków, efektywnie się zabezpieczyć.

Ale tak jak sam Pan mówi, instrumenty pochodne wiążą się z wysokim ryzykiem. Polacy są skłonni je podjąć w niepewnym okresie?

Jak najbardziej. Akcje też są, co do zasady, obarczone ryzykiem. A instrumenty pochodne są po prostu kolejnym takim instrumentem. Jeśli ktoś chce potencjalnie więcej zyskać, to musi się liczyć z potencjalnie zwiększonym ryzykiem.

Na ile można polegać na rekomendacjach domów maklerskich? Czytaj na drugiej stronie

Poprzednia strona
  • 1
  • 2
kbc, inwestowanie, rachunek maklerski
Money.pl
Czytaj także
Polecane galerie