Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
ludzie
28.07.2006 09:44

Tomasz Bogutyn, prezes zarządu PKO TFI

Każdy popełnia błędy

Podziel się
Dodaj komentarz

*Rozmowa z Tomaszem Bogutynem, prezesem zarządu PKO TFI, o przyszłości funduszy inwestycyjnych, koniunkturze giełdowej, programie NFI i rozczarowaniu pracą w administracji rządowej. * Tomasz Bogutyn przeszedł bardzo długą drogę (dosłownie i w przenośni). Studiował w Australii i tam też zaczynał karierę zawodową. Później wrócił do Polski jeszcze przed 89 r., by rozczarować się pracą w Ministerstwie Handlu Zagranicznego. Doświadczenia zbierał zarówno w LOT, BGŻ, jak i programie NFI. Dziś zarządzane przez niego TFI chce szturmem zdobyć rynek wykorzystując potęgę oddziałów PKO BP. Czy jego misja się powiedzie?

*Money.pl: PKO TFI ogłosiło w ostatnim czasie ambitne plany. Chcecie zdobyć 10 proc. rynku. Jak zamierzacie tego dokonać? *

Tomasz Bogutyn: Na to pytanie odpowiedzi są dwie - prosta i trudna. Prosta to taka, że PKO BP ma 1,2 tys. oddziałów, 2 tys. agencji i 5,5 mln klientów. Dla porównania - na dziś PKO TFI ma 200 tysięcy klientów. Mamy więc bardzo duże rezerwy, jeśli chodzi o wykorzystanie sieci sprzedaży.

Drugi wariant odpowiedzi jest bardziej skomplikowany. W czasach, gdy oprocentowanie lokat bankowych było wyższe niż 10 proc., klienci byli zadowoleni. Zwykle mówili - „po co mam iść do TFI skoro w banku mam 11 proc., a TFI da mi 12 proc.?" Dziś sytuacja jest zupełnie inna. Oprocentowanie lokat bankowych nie jest atrakcyjne. Z punktu widzenia klienta oczywista jest chęć do lokowania środków, gdzie rentowność jest wyższa. Nikomu się jeszcze nie udało tego powstrzymać i myślę, że się nie uda.

Naturalne jest więc to, że klienci banków przenoszą część środków do funduszy inwestycyjnych. W tym momencie Bank PKO BP ma do wyboru dwie rzeczy: pogodzić się z tym, że pieniądze będą wypływały i w efekcie trafią do innych funduszy, albo zatrzymać klientów u siebie i zaproponować im jednostki własnego TFI.

*Money.pl: Zapewne częścią tych działań jest wprowadzenie przez PKO BP lokaty połączonej z funduszem inwestycyjnym? Jak wygląda sprzedaż tego produktu? *

*T. B.: *Niewątpliwe tak. Jeśli zaś chodzi o sprzedaż, to odpowiem w ten sposób: W każdym innym banku by powiedziano, że sprzedaż naszej lokaty jest rewelacyjna. Osiągnięte wyniki w przypadku PKO BP rewelacją jednak nie są. Pierwsza lokata, którą zrobiliśmy z PKO BP sprzedała się, nie chcę mówić rewelacyjnie, ale bardzo dobrze. Sprzedaż drugiej lokaty idzie jednak gorzej. Zakładaliśmy pozyskanie z tego produktu ok. 1 mld złotych, pozyskaliśmy ponad 900 milionów.

*Money.pl: Na przełomie maja i czerwca rynek akcji przeszedł korektę lub - jak nazywają to niektórzy - trend spadkowy. Jak to wpływa na wyniki TFI? *

*T. B.: *Od dłuższego czasu czekaliśmy na korektę, więc jej nadejście nie powinno być zaskoczeniem. W perspektywie najbliższych kilku lat uważamy, że rynek akcji będzie w dalszym ciągu zyskiwał. Korekta była oczekiwana i wyczekiwana, gdyż wartość rynkowa niektórych firm na giełdzie warszawskiej oderwała się od rzeczywistości. Korekta w pewnym sensie przybliża nas do fundamentów.

Money.pl: Widzi Pan zagrożenie, że ludzie masowo zaczną wycofywać środki z TFI?

*T. B.: *Myślę, że klienci TFI zaczną konwertować fundusze akcyjne na bezpieczniejsze. Szczególnie ci, którzy wyobrażali sobie, że inwestycje w akcje to jest droga w jedną stronę. Część klientów myślała, że akcje stale będą rosnąć. Ci, którzy zainwestowali w ostatnich miesiącach przed korektą, mogli się przekonać, że tak nie jest. Teraz najważniejsze zadanie dla sprzedaży, dla dystrybutorów, to pokazać, że tak naprawdę nie ma rozsądnej alternatywy dla funduszy inwestycyjnych, jest tylko kwestia ich odpowiedniego doboru. Nawet fundusze dłużne, bardzo bezpieczne, zapewniają lepsze stopy zwrotu, niż rachunek bankowy.

*Money.pl: Już teraz widać, że TFI konstruują bardziej bezpieczne produkty. Czy w tym kierunku będzie podążało również PKO TFI? *


*T. B.: *Na razie „wyczuwamy rynek". Bardzo liczymy na fundusz z ochroną kapitału, który powinien spotkać się z dużym zainteresowaniem. Pozwoli umocnić zaufanie do naszego Towarzystwa. Korekta, która miała miejsce na giełdzie na przełomie maja i czerwca, pokazała klientom, że każdy musi się zastanowić nad akceptowaniem pewnego ryzyka.

Money.pl: Pewną nowością na rynku są również fundusze inwestujące w nieruchomości. Czy będzie można zarobić na nich 15 proc. w skali roku, tyle ile wynoszą prognozy wzrostu cen na tym rynku?

*T. B.: *Na polskim rynku dosyć długo działają zagraniczne fundusze nieruchomości. Czy my osiągniemy zwrot z inwestycji rzędu 15 proc.? Nie wiem. My stawiamy na 12 proc. Myślę, że w dłuższym terminie fundusze nieruchomości będą jednymi z atrakcyjniejszych klas inwestycyjnych.


Money.pl: Pana kariera nie była typowa. Skąd pomysł na studia w dalekiej Australii i późniejsza decyzja o powrocie do kraju?

*T. B.: *Moi rodzice wyjechali z Polski, kiedy miałem siedemnaście lat - to było doświadczenie, gdy dowiedziałem się, że mój zakres decyzyjny jest dosyć ograniczony.

Australia jest bardzo miłym, bardzo fajnym, bardzo sympatycznym krajem. Na wakacje gorąco rekomenduję. Pozostaje jednak kwestia osobowości człowieka. Są ludzie, którzy uważają, że emigracja jest OK. Są jednak ludzie, którzy nie do końca dobrze się z tym czują. Ja nie wyobrażałem sobie, że będę tam mieszkał.

Takim momentem, w pewnym sensie definiującym moje przekonanie, był przypadek mojego znajomego Polaka, który leciał z Australii do Polski na pogrzeb ojca. Pogrzeb był w środę, wyleciał on z Sydney w niedzielę, i... się spóźnił.

Money.pl: Przyjechał Pan do Polski w 1986 r., czyli jeszcze przed 1989 r., przed przemianami. Co decydowało?

*T. B.: *Wydawało mi się wtedy, że w Polsce będą musiały zajść zmiany, przynajmniej w zakresie gospodarki. Nikt jednak nie wiedział kiedy się one zaczną i jak daleko pójdą. Z tego punktu widzenia przełom roku 1989 zaskoczył wszystkich, nie tylko mnie.

Money.pl: No i trafił Pan do Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Skąd w ogóle pomysł, by karierę zaczynać w administracji?

*T. B.: *W Australii mieszkałem w Canberze. To stolica federalna, gdzie jedynym „przemysłem" jest rząd. Większość moich znajomych albo zajmowała się polityką, albo pracowała w ministerstwach związanych z polityką gospodarczą. Gdy opowiadali o swojej pracy, to było to bardzo fascynujące. I ja w swojej naiwności myślałem, że wszystkie biurokracje na świecie takie są.

Money.pl: Rozczarował się Pan?

*T. B.: *W Ministerstwie Handlu Zagranicznego pracowałem 11,5 miesiąca i dziś mówię wszystkim, że to było o 12 miesięcy za długo. Może był to efekt tego, że wtedy (a był to rok 1987) wszyscy w tym ministerstwie zdawali sobie sprawę, iż trzeba zmienić wiele rzeczy, jednak w związku z tym, że nie było woli politycznej, wszyscy dreptali w miejscu. Właściwie chodziło o to, aby coś robić, ale nie o to, żeby coś zrobić. Od tego czasu moja ocena urzędników państwowych się nie zmieniła.

Money.pl: Co się później z Panem działo, bo w oficjalnym życiorysie jest dopiero informacje o tym, że został Pan dyrektorem w BGŻ w 1995 r.?

*T. B.: *Później pracowałem w spółce LOT. Przyszedłem do tej firmy w momencie bardzo fascynującym. Gdy już nauczyłem się trafiać do pokoju, w którym siedziałem i wiedziałem kto urzęduje na którym piętrze i czym się zajmuje, przyszedł do mnie mój szef i powiedział, że za dwa miesiące zamykamy finansowanie ostatniego Boeinga 767 i on by chciał uzyskać moją rekomendację na temat tego projektu. To był zakup za 70 mln USD. Na ówczesne czasy była to kwota niewyobrażalna.

Siedziałem więc i trudziłem się przed komputerem. Oczywiście, mój szef zrobił to, aby sprawdzić jak sobie poradzę, bo rekomendacja już dawno była gotowa. Jednak dziwnym zbiegiem okoliczności to, co zrobiłem pokrywało się z wcześniejszymi opracowaniami na ten temat. Szef stwierdził więc, że może coś ze mnie będzie. Później zajmowałem się finansowaniem zakupów kolejnych samolotów, restrukturyzacją, negocjowaniem kontraktów menedżerskich, kontraktami na zarządzanie obsługą naziemną i cateringiem. To był bardzo ciekawy okres.

Money.pl: W porównaniu z tymi wydarzeniami, kariera w BGŻ była chyba epizodem, bo trwała niecały rok?

*T. B.: *W BGŻ, wiceprezesem, który nadzorował obszar inwestycji kapitałowych był bardzo miły, sympatyczny i otwarty człowiek, który przyszedł do banku i szukał ludzi, którzy zrealizują z nim jego wizję. W owym czasie dominującym w BGŻ było jednak myślenie, że misją banku jest wspieranie rolnictwa, a nie budowa nowoczesnej instytucji finansowej

Money.pl: A co Pan tam robił?

*T. B.: *Głównie odwiedzałem PGR-y i zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego. Starałem się ocenić ich szansę na przetrwanie i rozwój.

Money.pl: Zostawmy ten wątek. Potem Pan się pojawił w Trinity Management, spółce zarządzającej programu NFI?

*T. B.: *Jeszcze wcześniej, żeby było śmieszniej, przez dwa miesiące, pracowałem w XIII NFI. Stanąłem do konkursu na członka zarządu i konkurs wygrałem. Trzy tygodnie później minister Kaczmarek wymienił radę nadzorczą, która mnie powołała. Oczywiście nowa rada poinformowała, że nie ma do mnie zaufania. Poszedłem do Trinity Management, które zarządzało III NFI. Założenia tego programu były przecież bardzo interesujące.

Money.pl: Program NFI może i był ciekawy, ale w tej chwili jego ocena jest negatywna. Właściwie zarobiły na nim jedynie firmy zarządzające. Nie ma Pan teraz takiego odczucia?

*T. B.: *To nieprawda. Na tym programie skorzystało wiele osób i firm. Największą bolączką programu było to, że zostały do niego włączone firmy, które nie miały żadnego pomysłu na własną strategię i rozwój i liczyły, że ktoś to za nie zrobi. Wydaje mi się, że najsłabszym elementem programu NFI była kadra zarządzająca w spółkach parterowych, bo to ona decydowała o sukcesie bądź porażce każdej z tych firm. Firma zarządzająca pełniła - a przynajmniej my staraliśmy się, żeby tak było - funkcję zbliżoną do giełdy, czyli dostarczyciela kapitału do dobrych firm. Jeżeli zarząd którejś z naszych spółek miał dobry pomysł biznesowy i widzieliśmy możliwość uzyskania satysfakcjonującej stopy zwrotu, to byliśmy w stanie zaangażować kapitał. Jeżeli takich projektów nie było, albo nie byliśmy przekonani, że ci ludzie będą w stanie taki projekt zrealizować - to nie było podniesienia kapitału. Najwięcej na tym programie zyskali ci, którym udało się w miarę tanio kupić perspektywiczne przedsiębiorstwa i je uzdrowić, bądź też
zapewnić inny czynnik sukcesu. Do tego programu weszło całkiem sporo technicznie sprawnych zakładów, tylko że większość była źle zarządzana. Zarządy i pracownicy większości przedsiębiorstw, które się zapisały do programu NFI, wyobrażały sobie, że NFI to dalej będzie taki sam właściciel jak Skarb Państwa, tyle tylko, że z grubszym portfelem, który da pieniądze i nie będzie zadawał „głupich pytań", a poza tym wszystko pozostanie jak było. W razie problemów będzie gdzie pójść po kolejny zastrzyk gotówki. Nie rozumieli, że można zainwestować, ale to się wiąże z oceną ryzyka, pytaniami o stopę zwrotu. NFI były swoistymi funduszami _ private equity _, które na początku nie miały wpływu na swój portfel inwestycyjny. W mojej ocenie, w całym programie było zaledwie kilka, kilkanaście przedsiębiorstw, których zarządy miały wizję rozwoju i te przedsiębiorstwa jako pierwsze znajdowały inwestorów. Cała reszta uznała, że jest to ucieczka przed popiwkiem, (potoczna nazwa Podatku od Ponadnormatywnych Wypłat Wynagrodzeń -
przyp. red.). Wiele z nich miało bardzo ciekawe aktywa. Niestety żadna z firm zarządzających nie była gotowa, tak naprawdę, podjąć ryzyka uwolnienia tych aktywów, żeby je sprzedawać, bo oznaczało to walkę z załogami i zarządami. Lepiej było uciec i zrzucić ten problem na głowę kogoś innego. Nawet mając pełną świadomość, że oddaje się komuś pieniądze. Firmy zarządzające zatrudniały często ludzi, którzy w wielu przypadkach nie mieli doświadczenia zawodowego w takich projektach. Proszę pamiętać, że były to pionierskie czasy.

Money.pl: Czyli to był Pana zdaniem sukces, czy porażka?

*T. B.: *Z punktu widzenia gospodarki narodowej program trzeba ocenić jako porażkę. Należy jednak pamiętać, że w wielu miejscach wielu ludzi się wtedy sporo nauczyło. Większość firm, które były w programie, a które upadły i tak by zostały zlikwidowane. Firmy zarządzające sprowadziły w bilansach wiele firm do zera i sprzedawały je po 50 tys. zł, dzięki czemu te przedsiębiorstwa dostały tak naprawdę drugą szansę. Dla mnie takim przykładem jest fabryka wagonów w Świdnicy. My nie mieliśmy pomysłu co z tym problemem zrobić. Słabością tej fabryki był brak umiejętności sprzedażowych i zbudowania dobrych relacji z klientami. Zarząd był słaby, my w firmie zarządzającej nie zajmowaliśmy się sprzedażą i budowaniem relacji. W efekcie Świdnica produkowała cztery cysterny rocznie. Sprzedaliśmy tę firmę Amerykanom. Gdy oni przyjechali i obejrzeli ten zakład, to powiedzieli, że tak nowoczesnej fabryki to oni na świecie nie widzieli. Gdy weszli do Świdnicy, fabryka po kilku miesiącach dostała zamówienie na 1200 cystern. To
zapewniło pracę wielu ludziom. Z takiej perspektywy program na pewno nie był porażką.

Money.pl: A Centrozap Pan pamięta? Później się okazało, że to była wielka afera? (W 2003 roku okazało się, że zarówno byłego prezes i były wiceprezesa Trinity Management, mieli dostać łapówkę w zamian za ułatwienie przejęcia Centrozapu przez firmę Agencja Węgla i Stali (AWiS) z Katowic. - przyp. red.).

*T. B.: *Każdy popełnia błędy. Nie wszystkie pomysły biznesowe się sprawdzają z różnych powodów. Centrozap jest przykładem złej inwestycji, nietrafionej. Jeśli spojrzymy na rynek światowy, to widzimy, że też zdarzają się nietrafione decyzje. Na etapie pomysłu bardzo mi się podobała idea zainwestowania w Centrozap i zbudowania dużej grupy przemysłowej, mocno związanej z odlewnictwem.

Money.pl: Pracował Pan również w funduszach private equity. To było około 2002 r. Czym Pan się tam zajmował?

*T. B.: *Miałem pomysł, który w tej chwili jest zresztą realizowany. Polegał na tym, żeby inwestować w polską małą i średnią energetykę. Już wtedy był podpisany „Protokół z Kioto", wiadomo było, że ograniczenie emisji zanieczyszczeń to tylko kwestia czasu. Z drugiej strony wiadomo było, że energetyka europejska będzie się konsolidowała. Pomysł, który miałem, bardzo przewrotny, polegał na tym, by skonsolidować część polskiej małej i średniej energetyki cieplnej. Gdyby to się udało, można by było sprzedać te kilkanaście procent polskiej energetyki inwestorom strategicznym. Trafiłem jednak nie najlepiej; na firmę, która niedługo później się rozpadła. Tak na marginesie, bardzo często mam pomysły, które są realizowane z pewnym opóźnieniem. Myślę, że dzisiaj nie miałbym najmniejszego problemu z tym, żeby znaleźć ludzi, którzy by sfinansowali taki pomysł na biznes.

Money.pl: Czy segment private equity to jest przyszłość, kierunek w którym będą podążały fundusze inwestycyjne?

*T. B.: *Moim zdaniem rynek private equity będzie się bardzo dynamicznie rozwijał w Polsce. Głównie ze względu na to, że ludzie będą poszukiwać coraz większych zysków. Jeżeli w ubiegłym roku giełda wzrosła 34 proc., to wystarczy stworzyć fundusz indeksowy, jednak taka koniunktura giełdowa nie zdarza się często.

Money.pl: Problem też chyba polega na tym, że nie ma funduszy indeksowych w Polsce?

*T. B.: *Nie ma z bardzo prostego powodu. Fundusz indeksowy na WIG jest niesamowicie drogim rozwiązaniem, ze względu na koszty maklerskie. Właśnie z tego powodu mało osób byłoby zainteresowanych kupnem takiego funduszu. Natomiast zrobienie funduszu indeksowego na WIG20 jest niemożliwe ze względu na przepisy ustawy o funduszach inwestycyjnych. Nie pozwalają one na koncentrację kapitału większą niż 10 proc. w jednym papierze, a udział Orlenu czy KGHM w WIG 20 wynosi 11 proc.

Money.pl: Jak więc wygląda przyszłość TFI? Czy fundusze akcji nadal pozostaną popularne?

*T. B.: *Pojawi się coraz więcej osób, które nie będą akceptowały tego ryzyka i będą uciekały w bezpieczne instrumenty. Myślę, że nastąpi znowu powrót do funduszy stabilnego wzrostu. Fundusze akcyjne pewnie się zaczną cieszyć popularnością jako długoterminowa lokata. Część ludzi, którzy poszukają lokaty długoterminowej zaczną się również interesować private equity. Ok. 5 lat temu, w Polsce, gdyby Pan przekonywał kogoś do inwestowania w fundusze akcyjne, to by nie chciał w ogóle słuchać. Dziś jest to bardzo popularny produkt, który wraz z rozwojem rynku kapitałowego może tylko zyskiwać na znaczeniu.

Tagi: ludzie, manager, wywiady, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz