Notowania

polscy przedsiębiorcy
11.01.2012 06:30

Wielka Brytania pod Warszawą, czyli Angloville

- To symulacja świata rzeczywistego, Anglia w pigułce - mówi o swojej szkole językowej Michał Kelles - Krauz.

Podziel się
Dodaj komentarz
(william87/iStockphoto)

Kilka miesięcy temu powstała pierwsza w Polsce wioska, gdzie językiem urzędowym jest angielski. Stworzyło ją dwóch przyjaciół: Michał Kelles - Krauz i Michał Żak. Każdy organizowany przez nich sześciodniowy program gromadzi maksymalnie 12 Polaków i 12 native speakerów. - _ Pod Warszawą tworzymy angielski świat w pigułce _ - mówi Michał Kelles - Krauz. W wywiadzie dla Manager.Money.pl zdradza, dlaczego w Angloville nie używa się książek oraz tłumaczy, na czym polega immersja językowa.

*Money.pl: Najlepszą metodą nauki języka obcego jest przebywanie w środowisku, w którym się go używa. Aby więc szybko nauczyć się angielskiego, trzeba wyjechać do Anglii lub USA. Zgadza się Pan? *

Michał Kelles - Krauz: Oczywiście, ale wiem również, że nie każdy może sobie na taki wyjazd pozwolić. Zarówno ze względów finansowych, jak i czasowych. Każdy może za to przyjechać do Angloville, gdzie poczuje się jak w Londynie, Sydney czy Nowym Jorku. A nawet lepiej, ponieważ tutaj znajdziemy reprezentantów różnych krajów anglojęzycznych w jednym miejscu.

Pan jednak nauczył się angielskiego właśnie w USA.

Tak, ponieważ do tej pory w Polsce nie było programu tego rodzaju. Z książek uczyłem się tylko podstaw. Całą resztę dała mi praktyka, czyli roczny pobyt na stypendium w USA. Gdybym uczył się angielskiego tylko teoretycznie, na pewno szybko straciłbym motywację. Ale dzięki temu, że miałem w tym języku lekcje historii, geografii czy biologii, angielski przyswoiłem niejako _ przy okazji _.

**

Założyciele Angloville Michał Kelles - Krauz i Michał ŻakUczestnicy Angloville też uczą się angielskiego _ przy okazji _?**

Można tak powiedzieć. Całość projektu opiera się na zasadzie immersji językowej.

Czyli?

Głównym założeniem tej metody jest nauka języka poprzez wykorzystywanie go w praktyce. W wiosce nie używamy z książek, szkolimy angielski w różnych codziennych sytuacjach. Angloville jest symulacją świata rzeczywistego. Uczestnicy jedzą wspólnie posiłki, spotykają się przy kawie, przy stole negocjacyjnym, czy w trakcie prac grupowych nad zadanym projektem.

*Koszt nauki w wiosce dla jednego uczestnika wynosi 3599 zł. To dużo więcej niż tradycyjny kurs. Czym zatem różni się pobyt w Angloville od oferty letnich szkół językowych? *

Najważniejsze elementy to intensywność kursu oraz nastawienie na komunikację i umiejętności praktyczne. W Angloville uczestnicy obcują z angielskim przez cały czas. Konwersacje z native speakerami trwają 12 godzin dziennie. Jesteśmy zorientowani na doskonalenie angielskiego w konkretnych sytuacjach zawodowych - dyskutujemy, prowadzimy negocjacje, przygotowujemy prezentacje.

Program tworzymy w oparciu o indywidualne potrzeby klienta. W cenie kursu zapewniamy dojazd oraz pobyt w komfortowym hotelu połączonym ze spa. Podobne kursy zagraniczne, w takim samym przedziale czasowym, kosztują około 10 tys. zł.

**Przeczytaj wywiad Money.pl

*Wspominał Pan, że w wiosce główny nacisk kładzie się na zdolności negocjacyjne, prezentacje. Czy program jest zatem skierowany głównie do ludzi ze świata biznesu? *

Dotychczasowi uczestnicy mieli od 20 do 65 lat i były to osoby z bardzo różnych środowisk. Nie kierujemy oferty wyłącznie do przedsiębiorców i biznesmenów. Oprócz nich w wiosce gościli m.in. lekarze, prawnicy. Odwiedzają nas także studenci oraz osoby prywatne, które w krótkim czasie chcą znacznie poprawić swój angielski.

*Załóżmy więc, że zgłasza się do Pana osoba, która mówi słabo po angielsku i ma tydzień, żeby to zmienić. Jakich efektów może spodziewać się po wizycie w Angloville? *

Poziom poprawy zdolności językowych jest bardzo różny. Tak naprawdę wszystko zależy od motywacji kursanta. Przykładowo jedna z uczestniczek programu była na początku bardzo zestresowana. Jej zasób słów pozwalał wyłącznie na podstawową konwersację. Pod koniec pobytu okazała się jednak najbardziej aktywną kursantką. Zupełnie swobodnie komunikowała się ze wszystkimi po angielsku. Postęp, jaki zrobiła, był ogromny.

*Zajęcia w wiosce prowadzone są przez native speakerów z różnych krajów anglojęzycznych. Nie wszyscy są jednak zawodowymi lektorami. Nie wpływa to na jakość zajęć? *

Wręcz przeciwnie. Bardzo zależy nam, aby nie byli to wyłącznie nauczyciele angielskiego. Chcemy, aby polscy uczestnicy programu spotkali się z _ żywym językiem _. Dbamy o narodowościowy miks gości z zagranicy. Na każdym kursie mamy przynajmniej dwóch Brytyjczyków oraz dwóch Amerykanów. Są to bowiem najbardziej popularne akcenty, na których chcemy się skupić. Pozostali nauczyciele pochodzą z Australii, Kanady, Irlandii, Szkocji, Nowej Zelandii.

Istotny dla nas jest też profil zawodowy native speakerów. Chcemy, żeby zajmowali się podobnymi dziedzinami, jak nasi polscy klienci. Przykładowo dla nauczycielki matematyki dobraliśmy absolwenta tego kierunku z jednego z czołowych brytyjskich uniwersytetów. Innymi obcokrajowcami w wiosce byli dyrektor teatru z Londynu, wykładowca akademicki z Manchesteru czy podróżujący dookoła świata absolwent prawa z Kalifornii. To bardzo różnorodni i ciekawi ludzie. Często Angloville to ich pierwsze zetknięcie z Polską i Polakami.

*Mieszkańców wioski obowiązuje zakaz posługiwania się językiem polskim. Nie łamią go? *

Nie, ponieważ nie mają czasu na mówienie po polsku. Już przy śniadaniu do ich stolików dosiadają się native speakerzy. Później rozpoczynają się trzy godzinne sesje, jeden na jeden. Zajęcia mają różną formę. Jedni preferują naukę w kawiarni, inni w trakcie spaceru, a jeszcze inni w ogrodzie, czy nad rzeką. Potem nadchodzi czas ćwiczeń w grupach. Po lunchu i przerwie jest pora na kolejne trzy sesje jeden na jeden. Wieczorem organizujemy tzw. Entertainment Hour. To czas, gdy native speakerzy poprzez gry, zabawy i prezentacje przedstawiają kulturę swojego kraju. Choć oficjalne zajęcia kończą się o 21, uczestnicy kontynuują dyskusje do późnych godzin nocnych. Bardzo wielu byłych kursantów mówiło nam, że nie mogli po wyjeździe znowu przestawić się na język polski.

*Zarówno Pan i jak i Pana wspólnik jesteście jeszcze studentami. Angloville to Wasz pierwszy biznes. Skąd pomysł stworzenia takiego miejsca i ile trzeba było zainwestować w założenie wioski? *

Pomysł zrodził się z bardzo prostej obserwacji. Wiele osób od lat uczy się angielskiego na zasadzie tradycyjnych kursów. Mają spory zasób słów. Rozumieją teksty, ale nadal mają problemy z rzeczą najważniejszą, czyli mówieniem. Pomyśleliśmy, że jeśli uda nam się stworzyć przyjazne środowisko, to pod okiem native speakera mogą tę barierę przełamać. Stąd pomysł na immersję językową - sposób nauki w którym nie ma ucieczki od _ mówienia _.

*Pominął Pan pytanie o koszty uruchomienia tego interesu. *

Ponieważ nie da się ich jednoznacznie określić. Wynika to z faktu, że ten projekt wymaga konkretnego know-how. Jestem absolwentem brytyjskiego uniwersytetu, miałem określoną wiedzę i kontakty, które w znacznym stopniu ułatwiły mi zadanie. Znajomość anglojęzycznego rynku była bezcenna. Dzięki temu teraz w łatwy sposób możemy szukać zagranicznych uczestników programu. To bardzo ważny punkt biznesplanu, który stanowi podstawę projektu, a którego nie da się wycenić.

*A koszty promocji? Przecież wprowadzili Panowie do Polski system, który wcześniej właściwie nie istniał. *

Nie ukrywam, że przekonanie klienta wymagało i wciąż wymaga znaczących nakładów na promocję. My na stworzenie strony internetowej, materiały marketingowe, szkoleniowe itp. przeznaczyliśmy około 50 tys. zł.

*Czy po pierwszych miesiącach prowadzenia tego biznesu zyski pozwalają na snucie planów rozwojowych? Powstaną kolejne wioski językowe w Polsce? *

Już jest to dla nas opłacalne przedsięwzięcie. Jego rentowność będzie rosła w miarę popularyzacji kursów w Polsce oraz za granicą. Chcemy, aby stosowana w Angloville metoda stała się rozpoznawalna nie tylko w naszym kraju, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Obecnie poszerzamy ofertę o kursy zimowe połączone z wypoczynkiem na nartach. Planujemy też otwarcie szkoły językowej w Warszawie.

Czytaj więcej wywiadów z przedsiębiorcami w Money.pl
Włoska nazwa, chińska produkcja, polska marka Pierwsze oprawki sprowadzaliśmy z niewielkiej, górskiej miejscowości Belluno. Dziś, podobnie jak reszta świata, produkujemy w Azji - mówi Jolanta Krasnodębska, właścicielka firmy OptiBlok.
Tak się robi biznes na rybach. I nie karpiach _ - Hodowla tropikalnych gatunków to prosta odpowiedź na zapotrzebowanie rynku - _ mówi Jacek Kicerman.
Z Warszawy do Pragi za złotówkę? Możliwe Nowy przewoźnik autobusowy oferuje bilety na wybrane trasy nawet za złotówkę. Za swoją konkurencję uważa nie PKS, a pociągi Intercity.
Tagi: polscy przedsiębiorcy, angloville, ludzie, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz