Notowania

amrest
01.08.2011 06:35

Zatrudnia 17 tysięcy osób, a nie ma nawet gabinetu

Przyjechał do Polski w 1993 roku, bo chciał obserwować przemiany ustrojowe. Dziś zarządza siecią restauracji na całą Europę Środkowo-Wschodnią.

Podziel się
Dodaj komentarz
(AmRest)

Henry McGovern przyjechał do Polski z zamiarem pomieszkania tu przez 2 lata. Chciał zrobić kilka biznesów w branży nieruchomości, a przy okazji obserwować przemiany społeczno-ustrojowe w tej części Europy. Po upływie 18 lat nadal mieszka we Wrocławiu, gdzie mieści się siedziba jego firmy. AmRest zarządza międzynarodową siecią restauracji, zatrudnia 17 tys. osób i ma w swoim portfolio m.in. takie marki jak KFC, Pizza Hut, Burger King i Starbucks.

Money.pl: Podobno nie ma Pan swojego biura i pracuje razem ze wszystkimi, na otwartej przestrzeni. Nie potrzebuje Pan prywatności?

Henry McGovern: Myślę, że ważniejsze od moich potrzeb są potrzeby innych.

Pracownik raczej nie czuje się komfortowo, kiedy przełożony zagląda mu cały czas przez ramię.

W AmRest nie myślimy w ten sposób. Nie mamy ściśle określonej hierarchii. Wolimy otwartą kulturę pracy, komunikujemy się ze sobą bezpośrednio i jesteśmy wielozadaniowi. Nasz styl pracy jest pochodną charakteru naszej działalności. Musi pasować do restauracji, które prowadzimy, bo tam są nasi klienci. Biuro jest od tego, żeby zapewnić restauracjom odpowiednią obsługę. Nie chcę, żeby było postrzegane, jako najważniejsze miejsce w firmie i tym bardziej nie zależy mi na tym, żeby mój gabinet był takim punktem.

Więc to prawda, że każdy Wasz pracownik musi odbyć tygodniowy staż w restauracji?

Tak, nazywamy to powrotem do korzeni - _ back to basics _.

Nawet kadra zarządzająca staje za ladą?

Każdy bez wyjątku. Właśnie skończyłem mój staż. Spędziłem tydzień w Hiszpanii, w restauracjach naszej nowej marki La Tagliatella. Dwa dni pracowałem w centralnej kuchni, trzy w restauracjach. I robię tak co roku.

Czyli istnieje prawdopodobieństwo, że kiedy pójdę do wrocławskiej Pizzy Hut, Pan poda mi obiad?

Oczywiście!

Mieszka Pan we Wrocławiu już 18 lat. Jak dobrze mówi Pan po polsku?

Zależy, kogo zapytać (_ śmiech _). Moje dzieci żartują z mojego polskiego, bo robię dużo błędów gramatycznych. Generalnie nie mam jednak problemów z porozumieniem się.

[ ( http://static1.money.pl/i/h/114/m134258.jpg ) ] (http://manager.money.pl/ludzie/wywiady/artykul/polacy;w;pracy;spiesza;sie;do;domu;francuzi;plotkuja,187,0,787899.html) Przeczytaj wywiad z managerem z Francji pracującym w Polsce To dlaczego w AmRest rozmawia się po angielsku?

Firma ma oddziały na całym świecie, w naszym wrocławskim zespole pracują osoby z różnych krajów, różnych narodowości, więc angielski jest oficjalnym językiem AmRestu.

Pana podwładni nie zgłaszają zastrzeżeń? 4 lata temu głośno było o sprawie byłego pracownika call-center, który pozwał firmę, bo wymagała rozmów tylko po niemiecku. Wygrał proces.

Angielski to język, którego ludzie chcą się uczyć. Nasi pracownicy cieszą się, że pracują w międzynarodowej firmie. Nie chcę jednak, żeby odniosła Pani mylne wrażenie – 95 procent komunikacji we wrocławskiej siedzibie AmRest odbywa się po polsku. Podobnie w czeskiej po czesku, na Węgrzech po węgiersku, a w Hiszpanii po hiszpańsku.

W latach 90., kiedy Pan zaczynał, nie było problemów ze znalezieniem anglojęzycznych pracowników?

Moimi pierwszymi pracownikami byli budowlańcy, z którymi porozumiewałem się po niemiecku. Komunikowałem się w tym języku przez pierwsze dwa lata pobytu w Polsce. Kiedy firma zaczęła się rozrastać, przybyło nam kadry zarządzającej, która mówiła już po angielsku. Język nigdy nie stanowił problemu.

W początkach działalności? Elektryczność, telefon (na pewno czytała Pani historię o 100 liniach, które chciałem podłączyć, a z których zostało 7), infrastruktura, technologia budowy budynków, fakt, że wszystko odbywało się bardzo powoli.

To dlaczego wybrał Pan akurat Polskę? W Europie było i jest mnóstwo dużo bardziej atrakcyjnych, a przy tym dobrze rozwiniętych krajów.

Proszę spojrzeć na to inaczej. Jaki kierunek świata jest Pani zdaniem dziś najciekawszy?

Naturalnie Wschód, państwa arabskie.

Dokładnie. We wczesnych latach 90. to kraje byłego Bloku Wschodniego i zachodzące w nich zmiany elektryzowały świat. Chciałem w tym uczestniczyć. Postanowiłem nie zatrzymywać się w żadnej stolicy (inaczej wybrałbym Pragę, moje ulubione miasto w regionie), by być jak najbliżej ludzi i wydarzeń. Planowałem robić interesy w branży nieruchomości i przy okazji obserwować zmiany zachodzące w kraju. Nie przyjechałem tu jednak z myślą, że zostanę na dłużej i że zbuduję tego typu biznes.

Przeczytaj wywiad z prezesem domu medialnego Starcom i pilotem odrzutowców Co wiedział Pan o Polsce, przyjeżdżając tutaj?

Kompletnie nic! Jadąc do Wrocławia nie znałem tu ani jednej osoby. Pierwszego dnia pobytu w Polsce wynająłem samochód, Volkswagena Golfa i ruszyłem z Warszawy do Wrocławia. Nie ujechałem 60 km, kiedy uderzył we mnie TIR. Ciężarówka skasowała samochód, a wraz z nim wszystko, co przywiozłem ze Stanów. Znalazłem się pośrodku małej wioski, otoczony mieszkańcami, którzy przyszli zobaczyć, co się stało. Trafili na wygrzebującego się z wraku Amerykanina, który nie znał słowa po polsku.

Pytali, dokąd jadę, a ja nawet nie umiałem wymówić wyrazu _ Wrocław . Jak większości Amerykanów wychodziło mi coś w rodzaju _ Wroklaw _. Nie wiedzieli, co to jest. ( śmiech _) W końcu napisałem nazwę na kartce, więc poprosili o adres rodziny lub przyjaciół, do których jadę. A ja nie znałem nikogo, nie miałem zarezerwowanego hotelu, ani żadnego planu.

Na drugiej stronie przeczytasz o pierwszym kontakcie amerykańskich przedsiębiorców z polskim Urzędem Skarbowym

A kiedy dotarł Pan już do Wrocławia, kupił kamienicę w centrum miasta, choć nie miał Pan jeszcze pomysłu, do czego posłuży.

To prawda. Zawsze byłem optymistą, wierzyłem i nadal wierzę, że dobrym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy. Kupiłem kamienicę pod adresem Rynek 48. Odrestaurowałem ją i zwróciłem się do Pepsi z pytaniem, czy nie byliby zainteresowani wynajmem. Uznałem, że to bardzo dobra lokalizacja na restaurację. W Pepsi usłyszałem, że skoro Wrocław w Polsce to takie fantastyczne miejsce, mogę sam otworzyć tam franczyzę Pizzy Hut. (_ śmiech _)

Don Kendall, ówczesny dyrektor firmy, zdecydował się zostać moim partnerem biznesowym i wyłożył większość pieniędzy. Ja zainwestowałem swoje oszczędności i jeszcze trochę pożyczyłem.

I nadal tak optymistycznie patrzył Pan w przyszłość? Nie bał się Pan porażki, utopienia wszystkich pieniędzy?

Oczywiście, że się bałem. Na początku szło kiepsko. Trzy dni po otwarciu restauracji przyszedł do nas Urząd Skarbowy. Wystąpiliśmy o zwrot podatku VAT i dla każdego normalnego przedsiębiorcy kontrola nie byłaby zaskoczeniem. Dla mnie była, nie najlepiej orientowałem się w tutejszych realiach (_ śmiech _). W latach 90. obowiązywały bardzo sformalizowane zasady prowadzenia ksiąg i przechowywania papierów. My działaliśmy bardziej w amerykańskim stylu. Urząd Skarbowy nałożył na nas bardzo dużą grzywnę i bałem się, że zamkną nas na dobre.

Pana wspólnik, Don Kendall Junior, zdecydował się wrócić do Stanów. Miał dość polskich realiów?

Nie, wrócił z powodów osobistych. Przyjechaliśmy do Wrocławia z zamiarem pomieszkania tu przez 2 lata i Don postanowił się tego trzymać. Powodem wyjazdu nie były żadne negatywne doświadczenia, po prostu miał inne życiowe plany.

Przeczytaj wywiad z producentem wina Lechem Jaworkiem Kiedy więc biznes okazał się rentowny? Był taki moment, kiedy powiedział Pan sobie, że zostając tutaj podjął najlepszą możliwą decyzję?

Na to trzeba było poczekać do 1998 roku. Do tego czasu staliśmy trochę w rozkroku pomiędzy branżą restauracyjną a branżą nieruchomości. Zanim przyjechałem do Polski, pracowałem w nieruchomościach i w nie inwestowałem większość zarobionych pieniędzy. Byliśmy właścicielami lokalu na Curie-Skłodowskiej, gdzie teraz mieści się jedna z naszych restauracji, poza tym mieliśmy wcześniej wspomnianą kamienicę w rynku, kilka nieruchomości w Szczecinie i Poznaniu oraz 9 restauracji we Wrocławiu, Szczecinie i Poznaniu.

Kiedy kupiliśmy 6 czeskich KFC, zdecydowaliśmy się rozdzielić nieruchomości od gastronomii i skupić się na tym drugim biznesie. W 2000 roku przejęliśmy ogólnopolską sieć KFC. I wtedy wszystko wystartowało.

Stworzyliście też dwie własne marki – freshpoint i Rodeo Drive. Myślicie o kolejnych?

Freshpoint i Rodeo Drive rozmieniły nas trochę na drobne. Gdybym miał jeszcze raz podejmować decyzję, nie zdecydowałbym się budować marki od początku, to pochłania zbyt dużo energii. Z uwagi na skalę naszej działalności, bardziej opłaca nam się przejmować już istniejące przedsiębiorstwa, rozwijać je i wchodzić z nimi na nowe rynki. Świetnym przykładem jest tutaj sieć włoskich restauracji La Tagliatella, która niedawno dołączyła do naszego portfela marek.

Nasza strategia zakłada koncentrację na trzech markach: KFC, Starbucks i właśnie La Tagliatella. Wierzymy, że KFC będzie najszybciej rosnącą siecią restauracji na świecie w najbliższym dziesięcioleciu. Teraz natomiast planujemy rozwijać się na dużych, rosnących rynkach wschodnich, m.in. w Turcji, Indiach, Chinach i Brazylii.

Czytaj w Money.pl
Prezes EFL: Mógłbym być rockmanem Andrzej Krzemiński gra na gitarze, jeździ motorem BMW enduro GS 800 i fotografuje.
Pół godziny rozmowy i kierujesz Grouponem Marcin Szałek stanął na czele jednej z najdynamiczniej rozwijających się firm z branży IT, jak sam twierdzi, trochę za sprawą przypadku.
Rage Age: Louis Vuitton to obciach _ - Przez zalew podróbek luksusowe marki tracą na prestiżu - _mówi Rafał Bauer.
Tagi: amrest, ludzie, wiadomości, wiadmomości, kraj, gospodarka, manager, najważniejsze, wywiady, czołówki, marketing i zarządzanie
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz