Trwa ładowanie...

Notowania

Przejdź na
kampania
29.08.2008 12:09

Internauci płacą za wyścig do Białego Domu

Obama zebrał w sieci ponad 100 mln dolarów, a YouTube stał się tubą propagandową.

Podziel się
Dodaj komentarz
(bacackobama.com/johnmccain.com)

Tegoroczna kampania prezydencka w USA będzie nie tylko najdroższa w historii tego kraju - jej koszty przekroczą miliard dolarów - lecz także rewolucyjna pod względem sposobów jej finansowania.

Żeby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, oprócz programu politycznego, charyzmatycznej osobowości i sztabu doradców, trzeba mieć pieniądze. Barack Obama i John McCain nie zawsze je mieli.

Republikanin McCain pod koniec ubiegłego roku był niemal bankrutem - kampanię ratował czteromilionową pożyczką z banku pod zastaw polisy na życie. Jego głównym konkurentem był Mitt Romney - multimilioner, który połowę wydatków na kampanię pokrył z własnej kieszeni.

Demokrata Obama natomiast musiał stawić czoła Hillary Clinton z jej mężem, koneksjami i bogatymi przyjaciółmi. Postanowił zdać się na pieniądze wyborców, a zwłaszcza Internautów.

Dzisiaj obaj kandydaci w wyścigu do Białego Domu nie muszą martwić się o finanse - McCain zebrał prawie 175 mln dolarów a Obama - 390 mln.

*Internauci wyciągają portfele *
Pierwszym politykiem, który przekonał się o sile internetu, nie był jednak wcale Obama, ani nawet Howard Dean, który cztery lata temu zebrał w sieci 27 mln dolarów. Był nim... John McCain, obecnie 72-letni kandydat Republikanów, który do niedawna nie umiał nawet wysłać e-maila. Wszystko - jak to w historii bywa - było dziełem przypadku.

Osiem lat temu McCain pokonał w prawyborach w New Hampshire faworyzowanego George'a W. Busha. Gdy wygłaszał przemówienie po tym sensacyjnym zwycięstwie, na ekranie za jego plecami - wskutek pomyłki informatyków - był przez cały czas widoczny adres URL jego strony internetowej.

W ciągu dwóch dni internauci przelali na konto senatora z Arizony milion dolarów, a do końca tygodnia - kolejne 1,2 mln. Wybory wygrał jednak Bush, którego kampania, wraz z wydatkami jego konkurenta - Ala Gore'a - kosztowała 343 mln dolarów. Cztery lata później pretendenci do fotela prezydenta wydali już 717, 9 mln dolarów. W tym roku - chociaż do wyborów zostały jeszcze ponad dwa miesiące, obaj kandydaci zdążyli już wydać 834 miliony.

Najwięcej pieniędzy pochłaniają wydatki administracyjne i na prowadzenie kampanii w mediach. Demokrata wydaje wprawdzie więcej na pensje dla etatowych pracowników, choć średnie wynagrodzenie w sztabie Obamy jest dwukrotnie niższe niż u McCaina. Przykładowo: Devorah Adler, dowodząca badaniem opinii publicznej u Demokratów, zarabia miesięcznie nieco ponad 3 tys. dolarów, podczas gdy Mark Salter, szef działu kadr u McCaina, zarabia 6,7 tys., a więc dwa razy więcej.

Mimo tych różnic, Obama ma 336 biur rejonowych - trzykrotnie więcej niż republikański rywal z setką oddziałów. Biura tego ostatniego, choć kryją się pod szumną nazwą Punkty Zwycięstwa, najczęściej są bardziej punktami informacyjno-werbunkowymi Partii Republikańskiej prowadzonymi przez lokalnych działaczy, którzy nie zawsze darzą kandydata swojej partii sympatią. W wielu z tych biur kampania McCaina prowadzona jest niejako przy okazji.

Zupełne inne podejście prezentuje obóz Obamy. Podstawą funkcjonowania jego biur są wolontariusze - w całym kraju jest ich ponad 750 tys. Lokalne biura są samowystarczalne - nie dostają od centrali ani grosza: wolontariusze prowadzą je sami, dostarczają sprzęt komputerowy, telefony, kawę i pączki. Za własne pieniądze urządzają też podwórkowe festyny, na których zachęcają sąsiadów do zaangażowania się w kampanię Baracka Obamy, a także zbierają od nich drobne sumy.

*Obamomania mierzona w dolarach *
Publicysta Joe Rospars napisał w prestiżowym magazynie The Atlantic, że kluczem do sukcesu Obamy jest przekucie poparcia i entuzjazmu wyborców na realne pieniądze. Na początku roku wystartował serwis społecznościowy My.BarackObama.com - czerpiący wzory z bijących rekordy popularności w Stanach stron MySpace i Facebook.

Mark Gorenberg, szef komitetu finansowego kandydata Demokratów tak opisuje rewolucję, jaką dokonał Obama w prowadzeniu kampanii wyborczej:
_ Typowy wiec Ala Gore'a to elitarny koktajl w salonie, z maksymalnie dwudziestką zaproszonych gości trzymających w rękach sześciocyfrowe czeki. John Kerry wyprawiał przyjęcia w hotelach - średnio dwa tysiące osób płacących czterocyfrowe kwoty za zaproszenie. Barack Obama typowy wiec urządza na stadionach mogących pomieścić 20 tys. ludzi, którzy za wstęp nie płacą absolutnie nic, ale dopiero po powrocie do domu, przesyłają kilkadziesiąt dolarów on-line. _
Całe oprogramowanie kosztowało milion dolarów - dostarczyła je firma Blue State Digital, którą założył w 2004r. szef kampanii Howarda Deana (tego, który zebrał on-line 27 mln w poprzednich wyborach) po tym, jak jego pracodawca nie wygrał partyjnej nominacji.

My.BarackObama.com opiera się na zasadzie maksymalnego angażowania już od pierwszej odsłony. Rejestracja jest szybka i łatwa - po to, by się nie zniechęcić i nie rezygnować w jej trakcie. Po założeniu konta, dostajemy dostęp do przeróżnych narzędzi zbierania pieniędzy dla Obamy: oprócz standardowego _ donate now _, możemy wybrać opcję comiesięcznych, niewielkich przelewów. Możemy też pobrać mnóstwo widgetów - niewielkich aplikacji - do umieszczenia na własnej stronie, blogu, profilu w serwisie społecznościowym.

Własny dziennik możemy prowadzić też na My.BarackObama.com - na specjalnym termometrze można obserwować wpłaty nasze lub naszych przyjaciół.

Początkowo jednak taka forma zbierania pieniędzy była koniecznością, a nie wyborem: Penny Pritzker - skarbnik komitetu wyborczego senatora z Illinois przyznała, że postawili na drobnych darczyńców, aby zyskać czas na przyciągnięcie tych o zasobniejszych portfelach. Dzisiaj, chociaż Demokrata ciągle opiera swoją kampanię na wpłatach indywidualnych, wielu jego wyborców wpłaca górną granicę dozwolonej prawem kwoty - tj. 2300 dolarów.

Wielki biznes zdany na luki prawne

Ważną rolę w kampaniach prezydenckich do tej pory odgrywały reklamówki wypuszczane przez partie polityczne i grupy interesu (527 groups). Aby ominąć przepisy limitujące wydatki na kampanię, ich filmiki nie zachęcały bezpośrednio na głosowanie na konkretnego kandydata, lecz edukowały kończąc spot słowami bądź pewny, kogo poprzesz w wyborach.

Tym sprytnym sposobem, wydatki na kampanię, zwłaszcza negatywną, mogły być nieograniczone: poprawka McCaina-Feingolda z 2002 r. miała oczyścić kampanię z pieniędzy wielkich koncernów, wprowadzając ścisłe ograniczenia sum przekazywanych bezpośrednio kandydatom, jak również ich partiom, by te wsparły nimi kampanię (tzw. hard money). Natomiast grupy niezależne (zwane 527 groups) mogą gromadzić fundusze na akcje edukacyjne, które w praktyce sprowadzają się do promowania swojego kandydata. Limity nie dotyczą też pieniędzy przekazywanych partiom na działalność edukacyjną, nie prowadzoną w porozumieniu ze sztabem wyborczym (soft money).

Jak podaje Government Accountability Office, w kampanii sprzed czterech lat, wydatki określane jako soft money wyniosły minimum 436,9 mln dolarów - kwota mogła być większa, bowiem pieniądze nie są księgowane w federalnych rejestrach wyborczych.

YouTube tubą propagandową

W tegorocznej kampanii nastąpiła rewolucyjna zmiana - filmy reklamowe przeniosły się z telewizji do Internetu. Dzisiaj wystarczy wyprodukować reklamówkę i umieścić ją na YouTube, co oszczędza wydatków na najdroższym składniku, czyli czasie antenowym.

Często za internetowe spoty kandydaci nie płacą ani grosza. Filmy robione są bowiem przez ich wyborców, najczęściej domowym sposobem. Hitem YouTube był teledysk Obama Girl, w którym skąpo odziana modelka śpiewa, że zadurzyła się w kandydacie Demokratów.

Nakręcono później kilka części przebojowej reklamy, a jej twórcy (reżyser, piosenkarka i modelka, która użyczyła wdzięków Obama Girl) występowali w najpopularniejszych telewizyjnych programach w USA. Chociaż sztab Obamy nie skomentował teledysku - popularność czarnoskórego senatora z Chicago na pewno znacznie wzrosła.

Innym hitem Internetu był teledysk Yes, we can, nakręcony przez rapera Will.I.Ama z zespołu Black Eyed Peas. Gwiazdy Hollywoodu, m.in. Scarlett Johansson, recytują w rytm podkładu muzycznego słowa zaczerpnięte z przemówienia Obamy. Powstały później różne wariacje na temat tego teledysku, m.in. wersja międzynarodowa, w którym Obama cytowany jest w różnych językach, m.in. po polsku.
Znowu - oczywiście - nie kosztowało to sztabu Baracka Obamy ani grosza.

Obama i McCain, mają swoje profile w najpopularniejszych serwisach społecznościowych. Oficjalny kanał Obamy na YouTube (czyli filmiki zamieszczane jedynie przez sztabowców senatora) obejrzało do tej pory prawie 56 milionów osób. Kanał McCaina - ponad 12 milionów. Senator z Chicago ma także więcej przyjaciół w serwisie Facebook - 1 397 686 osób, przy 218 897 McCaina.
Sukces, jaki odniósł Barack Obama w mediach, sprawił, że senator zrezygnował - jako pierwszy kandydat w historii - z dofinansowania kampanii z budżetu państwa.

Gdyby przyjął państwowe pieniądze, nie mógłby przyjmować prywatnych darowizn przez dwa ostatnie miesiące kampanii. Limit wydatków wynosiłby 84,1 mln dolarów, plus 20 kolejnych milionów, jakie może wydać na swojego kandydata Partia Demokratyczna.

Obama, którego kampania w znacznej mierze opiera się na zbieraniu funduszy wśród znajomych (financial networking), z rekordową kwotą 55 mln zebranych w ciągu jednego miesiąca (w lutym), stwierdził, że nie warto ryzykować. Zwłaszcza, że datki na jego kampanię przekazało już ponad dwa miliony wyborców, m.in. spora grupa żołnierzy stacjonująca w Iraku czy Afganistanie.

*Biały Dom nie na sprzedaż *
Obecność wielkich pieniędzy w polityce zawsze budziła emocje. Budzi je zwłaszcza dzisiaj, gdy amerykańska gospodarka zwalnia, inflacja rośnie, a dolar słabnie.

Aby nie drażnić wyborców, obie partie zapowiedziały, że tegoroczne konwencje będą skromniejsze niż te sprzed czterech lat - wtedy partyjne fiesty pochłonęły 162 mln dolarów.

Po tym, jak Barack Obama odrzucił dofinansowanie z budżetu państwa nazywając ten system chorym, wróciły nawoływania o reformę finansowania kampanii.

Jedną z ciekawszych propozycji są dolary patriotyczne - koncepcja profesorów Bruce'a Ackermana i Iana Ayersa z uniwersytetu Yale. Każdy wyborca miałby otrzymać kartę kredytową z limitem 50 dolarów, które mógłby wydać na dofinansowanie kampanii swojego kandydata._ - Taki ideologiczny prezent od społeczeństwa jest dużo bardziej sprawiedliwy i demokratyczny, niż limity ustalane przez Kongres - _ twierdzą naukowcy.

Innym ich pomysłem są ślepe konta, na które wyborcy mogliby wpłacać pieniądze z własnej kieszeni: wpłaty byłyby anonimowe, kandydaci nie mogliby dowiedzieć się kto i ile przekazał - co miałoby ich uchronić od wikłania się w układy z korporacjami i lobbies.

|

|
| --- | --- | --- |
| Barack Obama demorkata senator z Illinois | vs. | John McCain republikanin senator z Arizony |
| ## 390 mln | ##zebrał | ## 175 mln |
| 1,3 mln w datkach 105 mln on-line | | 81 proc. to wpłaty indywidualne |
| prawnicy 21,7 mln emeryci 20,5 mln edukacja, naukowcy 10 mln sektor ubezpieczeń 9,3 mln | najwięcej wydali * | emeryci *23,4 mln prawnicy 7,7 mln sektor ubezpieczeń 6,8 mln |
| Goldman Sachs 653 tys. Uniwersytet Kalifornijski 577 tys. *JPMorgan Chase&Co *415 tys. Citigroup Inc. 408 tys. *Uniwersytet Harvarda *407 tys. | wsparcie instytucji * | Merrill Lych *297 tys. Citigruop Inc. 269 tys. Morgan Stanley 234 tys. Goldman Sachs 208 tys. |
| 60 tys. | żołnierze służący za granicą * | 10,6 tys. |
| 20,4 tys. | *
prezesi firm z listy100 magazynu Fortune * | 208 tys. |
| *
37,8 mln
- Kalifornia 24 mln - Nowy Jork 18 mln - Illinois | najhojniejsze stany * | *17 mln - Kalifornia 12,3 mln - Teksas 11 mln - Floryda 10 mln - Nowy Jork |
| 58,4 proc. | mężczyźni | 71,9 proc |
| 41,6 proc. | kobiety | 28,1 proc |
| 0 | z budżetu państwa * | 84,1 mln |
| 0 | *
od partii * | 20 mln |
| ## 323,6 mln | ##wydał | ## 141 mln |
| 112 mln 40,9 mln 35 mln | *
na administrację *_ w tym pensje w tym transport _
* | 54 mln 15 mln 15,2 mln |
| 119 mln 100 mln 9,6 mln | na media *_ w tym telewizja w tym internet _ * | 35 mln 27 mln 1,7 mln |
| 650 tys. | średnia dzienna na reklamę * | 175 tys. |
| 15,3 mln | *
wiece, przyjęcia
| 3 mln |
| 18,9 mln | badania, sondaże | 700 tys |
| 23 tys. | cele charytatywne | 17,2 tys |

Chociaż Barack Obama ma ponad dwukrotnie więcej pieniędzy niż John McCain, w sondażach idą łeb w łeb. Mimo wszystko Biały Dom to nie hotel i nie można go kupić - gdyby tak było, już dawno zamieszkałby w nim republikański krezus, Mitt Romney.

O tym, kto zamieszka przy Pennsylvania Avenue 1600, zadecydują jednak wyborcy - już 4 listopada.

Dane liczbowe - jeśli nie zaznaczone inaczej - pochodzą ze statystyk
Center for Responsive Politics

Tagi: kampania, wiadomości, gospodarka
Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz