Notowania

10.06.2009 11:32

W sztukę inwestować warto, ale z rozwagą

W 2008 roku indeks Mei Moses Fine Art stracił na wartości 4,4 proc. W prasie zachodniej pojawiły się wypowiedzi o pęknięciu bańki spekulacyjnej. Polskiemu rynkowi jednak nic nie grozi.

Podziel się
Dodaj komentarz

W 2008 roku indeks Mei Moses Fine Art stracił na wartości 4,4 proc. W prasie zachodniej pojawiły się wypowiedzi o pęknięciu bańki spekulacyjnej. Polskiemu rynkowi jednak nic nie grozi.

Pierwszy od pięciu lat spadek indeksu sztuki, który dotąd rósł po około 20 proc. rocznie, najwyraźniej wywołał szok. Nikt nie zwrócił uwagi, że tak szumnie komentowane załamanie na rynku wygląda śmiesznie na tle ponad 36-procentowego spadku indeksu Standard & Poor's, który obejmuje 500 największych firm notowanych na nowojorskich giełdach New York Stock Exchange i NASDAQ. Porównanie wskaźnika giełdowego z indeksem sztuki w dłuższych okresach też udowadnia, na których rynkach rzeczywiście mamy do czynienia z krachem.

Dealerzy szukają okazji

W przypadku rynku sztuki możemy mówić raczej o kilkumiesięcznym spowolnieniu, które jeszcze o niczym nie świadczy. Panikarzy jednak nie brakuje. Kiedy Artprice, firma zajmująca się trendami na rynku sztuki ogłosiła, że w pierwszych trzech kwartałach 2008 roku sprzedawano 80 proc. prac wystawianych na aukcjach z ceną ponad 1 mln dolarów, a po 15 września 2008 roku już tylko 55 proc., prasa zachodnia okrzyknęła jesień ubiegłego roku szczytem bańki spekulacyjnej na rynku sztuki. The Art Newspaper twierdzi, że najbardziej ucierpiała sztuka najnowsza, której ceny rosły dotychczas najszybciej. Donosi też, że dealerzy na targach Art Basel Miami Beach kupowali prace z dużym dyskontem. Ceny więc spadły, ale chętni do zakupów byli.

Nie brakuje też innych faktów, które jednych niepokoją, a innych napawają optymizmem. Wystarczy przypomnieć, że kiedy Lehman Brothers ogłosił bankructwo, prace Damiena Horsta sprzedano na aukcji Sotheby's za rekordową sumę 111 mln funtów. Faktem też jest, że wielu z największych nabywców, zwłaszcza instytucjonalnych - banków i funduszy hedgingowych - zrezygnowało w ciągu ostatnich sześciu miesięcy z uczestnictwa w aukcjach. Niektórzy zostali nawet zmuszeni do sprzedaży swoich zbiorów, żeby móc spłacić zobowiązania. Nie oznacza jednak, że się poddali.

Fundusze nie próżnują

Philip Hoffman, dyrektor Fine Art Fund Group, uważa, że ceny prac impresjonistów i sztuki najnowszej spadną w tym roku aż o 30 proc., ale już szykuje się do nowych inwestycji. Liczy bowiem na tanie zakupy, na które zamierza przeznaczyć od 50 do 100 mld dolarów. Nowy fundusz będzie się skupiał na różnych inwestycjach kolekcjonerskich: sztuce, znaczkach i winie. Inne fundusze sztuki również nie próżnują. Randall Willette z Fine Art Wealth Management uważa, że wiele funduszy sztuki zawiesiło w ubiegłym roku swoje plany inwestycyjne ze względu na zamęt gospodarczy i w tym roku wróci do gry w poszukiwaniu okazji. Jego zdaniem zalety inwestycji kolekcjonerskich są dla wielu osób wciąż bardzo atrakcyjne, ponieważ stanowią rzeczowe aktywa trwałe o istotnej wartości. Czarne przepowiednie nie muszą się więc spełnić. A gdyby nawet się spełniły problem mogą mieć tylko kolekcjonerzy, którzy chcą lub muszą pozbyć się prac kupowanych po wyśrubowanych cenach. Dla pozostałych spadek cen może oznaczać znakomity czas na
rozpoczęcie intratnych inwestycji.

Wciąż optymistycznie

Jiangping Mei i Michael Moses, dwaj ekonomiści, którzy opracowali indeks sztuki, zbadali wcześniej notowania obrazów sprzedawanych w dwóch domach aukcyjnych - Christie's i Sotheby's po 1950 roku. Wskaźnik ma zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Pierwsi uważają, że odzwierciedla on trendy panujące na rynku. Drudzy podkreślają, że nie uwzględnia kosztów transakcji i dzieł, które nie trafiają ponownie do sprzedaży. Dla naszego rynku nie ma to jednak znaczenia, ponieważ ma on niewiele wspólnego z rynkiem zachodnim. W tym roku minie dopiero 20 lat od pierwszych aukcji organizowanych w powojennej Polsce, a usługi finansowe, które powinny mu pomóc w rozwoju dopiero zaczynają lepiej funkcjonować. Działa jednak kilkanaście domów aukcyjnych, z roku na rok przybywa galerii, organizowanychjest coraz więcej wystaw i imprez kolekcjonerskich. Wielu artystów notuje rekordowe wyniki, ale wciąż nie brakuje okazji do kupna wartościowych prac po niewygórowanych cenach. Okazji takich poszukuje coraz więcej osób. Na aukcjach
pojawia się wielu nowych, coraz młodszych kolekcjonerów, którzy preferują sztukę II poł. XX wieku i okresu międzywojennego. Kupują przed wszystkim obrazy i to zarówno w celach kolekcjonerskich, jak i inwestycyjnych. Licytacje nabierają więc tempa.

Dobre prognozy

Ostatnie dwa, trzy lata natchnęły marszandów optymizmem. Na razie nie zanosi się na to, aby kryzys gospodarczy wpłynął negatywnie na zainteresowanie sztuką. Może nawet jest odwrotnie. Nie oznacza to jednak, że podobnie jak na zachodzie ceny są już wyśrubowane. Trudno bowiem porównywać polski rekord aukcyjny - 2,13 mln zł za "Rozbitka" Henryka Siemiradzkiego ze światowymi rekordami, które przekraczają 100 mln dolarów. W Polsce o bańce spekulacyjnej nie ma więc mowy, mimo że ubiegły rok obfitował w wiele rekordowych notowań. Sprzedano aż 13 obrazów po powyżej pół miliona złotych, sześć z nich wyceniono nawet powyżej miliona złotych, a ponad 80 między 100 a 500 tys. zł. Większość domów aukcyjnych podkreśla, że obroty wzrosły. Nie brakuje też ani wybitnych dzieł o wartości muzealnej, ani okazji, których rynek czasem nie dostrzega.

Na licytacjach pojawia się też coraz więcej kolekcjonerów zagranicznych, którzy uciekają z przewartościowanych rynków zachodnich w poszukiwaniu atrakcyjnych zakupów. Jeżeli ich aktywność będzie się zwiększać w szybkim tempie, może się okazać, że znalezienie rarytasu będzie coraz trudniejsze. Ale polska prasa też lubi czarne scenariusze. Dziennikarze i krytycy sztuki często podkreślają wzrost transakcji warunkowych, co ich zdaniem oznacza ostrożność lub nawet niechęć do inwestowania w sztukę. Ostrożność ta, zwłaszcza przy nabywaniu drogich prac może jednak również świadczyć o wzroście świadomości. Minęły już czasy, kiedy samo nazwisko robiło wrażenie. Dzisiaj liczą się tylko prace z najlepszych okresów twórczości poszczególnych artystów. Zdarza się też, że dzieła sztuki wystawiane są z cenami zaporowymi, których rynek słusznie nie chce zaakceptować.

Wbrew modzie

Spowolnienie gospodarcze oraz zniechęcenie inwestorów do giełd i funduszy inwestycyjnych może przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania inwestycjami alternatywnymi. Zwłaszcza, że konkurencja ze strony lokat i bezpiecznych papierów dłużnych jest znikoma, a ceny dzieł sztuki są w bardzo małym stopniu uzależnione od cen akcji, obligacji i surowców. Zdaniem specjalistów spadek cen na rynku sztuki zaczyna się mniej więcej dwa lata po krachu giełdowym i trwa od 18 do 24 miesięcy. Jeżeli nastąpi, będzie to najlepszy czas na rozsądne zakupy.

Wielu początkujących kolekcjonerów zastanawia się co kupować. Odpowiedzi marszandów są zawsze takie same: przede wszystkim to, co się podoba. Nie można kierować się modą lub o sugestiami doradców, mimo że nie powinno się również w zachwycie ulegać przesadnym emocjom. Warto robić zakupy rzadziej, ale szukać prac najlepszych na jakie można sobie pozwolić w danym momencie. Trzeba też nauczyć się cierpliwości, bo na wysoki zysk można czekać 10-15 lat. Zwłaszcza, że wzrost ceny dzieła musi najpierw pokryć koszty prowizyjne, które sięgają 20 proc. w domach aukcyjnych, a w galeriach nawet kilkudziesięciu. Czasem trzeba też opłacić rzeczoznawcę, który inkasuje od kilkuset złotych do 1,5 tys. zł w zależności od czasu jaki poświęci na zbadanie powierzonej mu pracy. Nie warto też kupować "okazyjnie" prac uszkodzonych, ponieważ ich wartość jest o połowę niższa, a dodatkowo trzeba zatrudnić konserwatora.

Obraz w portfelu

Początkujący kolekcjonerzy powinni śledzić rynek, przeglądać katalogi aukcyjne i serwisy poświęcone sztuce, których przybywa z roku na rok. Muszą też wiedzieć, gdzie kupować dzieła, aby nie trafić na falsyfikat. Poruszanie się po rynku sztuki bez doświadczenia jest trudne ze względu na jego brak przejrzystości. Można śledzić jedynie ceny aukcyjne - galeryjne nie są dostępne szerokiemu gronu, ponieważ marszandzi niechętnie chwalą się swoimi transakcjami. Trudno więc o miarodajne analizy.

Osoby zainteresowane czerpaniem zysków z inwestycji w sztukę powinny się liczyć z małą płynnością rynku. To nie akcje, ani jednostki funduszy, które można stosunkowo szybko umorzyć. Nie zawsze da się sprzedać dzieło z zyskiem w przypadku nagłej potrzeby. Tu oprócz praw podaży i popytu rządzi bowiem moda. Na inwestycje w sztukę powinno się więc przeznaczać tylko część portfela. Specjaliści radzą, żeby było to 10, maksymalnie 15 proc. oszczędności. Warto podjąć jednak taką decyzję choćby w celu dywersyfikacji inwestycji.

Antyk z podróży

Dzieł sztuki nie można kupować w miejscach niesprawdzonych. Najpewniejsze są galerie i renomowane domy aukcyjne. Najmniej pewne to tragi staroci, na których trudno o oryginał. Przed zawarciem transakcji warto też skorzystać z usług doradców, aby nie poczuć rozczarowania. Ale na okazje też czasem warto polować. Zdaniem marszandów współczesnym rynkiem sztuki rządzi kilka zasad, które pozwalają na określenie miejsc najlepszych zakupów. Według ogólnej zasady w danym kraju warto kupować te przedmioty, z których słynął on w przeszłości. Nie dotyczy to jedynie dawnego malarstwa Włoch, Holandii i Flandrii, czyli obecnej Belgii. Belgia i Holandia słynęły też z mebli skórzanych i rzemiosła artystycznego. Czesi ze szkła, więc warto szukać u nich takich wyrobów, zwłaszcza XIX-wiecznych. W Anglii na tzw. wyprzedażach garażowych można kupić porcelanę. Na prowincji Francji można zainteresować się malarstwem, we Włoszech rzeźbami, a w Niemczech, które są zagłębiem porcelanowym, poszukać filiżanek Rosenthala. Ich średnie
ceny kształtują się wprawdzie na poziomie zbliżonym do polskich, ale czasami na bazarze można trafić na rarytas.

Ryzykowne okazje

Trzeba jednak pamiętać, że na zachodzie handlarze i kolekcjonerzy dużą wagę przywiązują do rzeczywistej wartości przedmiotów. Kwitnie więc handel rzeczami rzadkimi, najlepszych projektantów i najlepszych wytwórni. Tanie jest tylko anonimowe rzemiosło.

Polscy antykwariusze przywożą meble, zegary, porcelanę, oświetlenie z Francji, Belgii, Holandii. Kupują je tam na bazarach przypominających nasze Koło za niewielkie pieniądze.

Okazje zdarzają się głównie na małych targach, bazarach i lokalnych aukcjach, poza dużymi miastami i głównymi ośrodkami handlu dziełami sztuki. Często okazja wynika z braku wiedzy sprzedającego o przedmiocie, ale można natknąć się również na przedmioty wysoko wycenione, a wątpliwej wartości.

Na antykach trzeba się znać i kupować je jak najtaniej od zaprzyjaźnionych dealerów z całego świata. Jest to jedyna możliwość zarobku w krótkim czasie, bo zakupy w znanych domach aukcyjnych dają wprawdzie pewność autentyczności, przynajmniej w większości przypadków, ale lata miną zanim na takiej transakcji da się zarobić.

Najlepiej odwiedzać kilka co rocznych antique and flea markets. Można tam znaleźć antyki każdego rodzaju, w różnych cenach i w różnym stanie. Warto też odwiedzać antique shows typu Atlantic City, London Fair.

Bezcenne kontakty

Kontakty dla kolekcjonerów są nie mniej ważne niż śledzenie rynku, a może nawet ważniejsze. Tajemnicą poliszynela jest, że dla Paula Allena, współzałożyciela Microsoftu, kolekcjonera broni i uzbrojenia japońskiego samuraja, pracują dealerzy z San Francisco. Jako miliarder jest też w uprzywilejowanej sytuacji. To on będzie miał prawo pierwokupu.

Kolekcjonerzy chętnie utrzymują też kontakty z osobami trudniącymi się wykupywaniem zawartości całego domu. Był to zwyczaj typowo amerykański, ale rozprzestrzenił się już na inne kraje.

Polonica najlepiej kupować od niepolskich dealerów, ponieważ nie maja sentymentu do sprzedawanych rzeczy, a tym samym kupuje się z 10 razy taniej niż u dealera polskiego. Polska sztuka przedwojenna była wywożona przez emigrujących właścicieli. Ich kolekcje są prawdziwymi skarbami, związanymi z rodzinami o długiej kolekcjonerskiej tradycji. Można w nich znaleźć dzieła Malczewskiego, Brandta, Chełmońskiego, nie mówiąc już o Kossaku.

Na aukcjach coraz trudniej

Wciąż warto zainteresować się sztuką powojenną, zwłaszcza z lat 50. i 60., która była bardzo ceniona a przy tym tańsza w porównaniu z zachodnią. Kupowali ją nie tylko kolekcjonerzy prywatni, ale i muzea. Poza tym artyści w tym czasie dużo podróżowali, wyjeżdżali na stypendia, z których na ogół nie przywozili swoich prac. Zostawały one w zagranicznych galeriach albo u zaprzyjaźnionych osób. Od pewnego czasu prace te wracają do kraju, bo ceny sztuki współczesnej w Polsce stały się na tyle wysokie, że opłaca się je tu sprzedawać. Kolekcjonerzy kupują obrazy polskich artystów również w zachodnich muzeach, które w przeciwieństwie do polskich mają prawo się ich pozbywać.

Coraz trudniej natomiast o okazje na aukcjach. Dawniej można było tanio kupić polskie malarstwo na aukcjach za granicą, ale teraz ceny się unormowały, a chętnych, którzy uważnie obserwują co i gdzie polskiego się pojawia jest coraz więcej.

Można czasem znaleźć rodzynki, ale aby je wyłapać trzeba śledzić na bieżąco wszystkie imprezy i oferty galerii. Zwłaszcza że na rynkach zagranicznych można zaobserwować boom na antyki, co zgodnie z prawem popytu i podaży prowadzi do podniesienia cen w dłuższej perspektywie.

Uwaga na falsa

Przy okazyjnych zakupach warto zawsze sprawdzić, czy przedmiot nie jest uszkodzony, bo w takim wypadku jego wartość może być kilkukrotnie niższa, niż się wydaje. A wtedy atrakcyjna cena, może i tak być za wysoka. W Czechach jest sporo wyrobów imitujących stare szkło i tylko specjaliści są w stanie je odróżnić. A zdarza się nawet, że również oni mają z tym problemy. Liczne są też falsyfikaty malarstwa francuskiego.

Powinno się też uważać na przedmioty sprowadzane z Rosji, bo jak twierdzą specjaliści, gdyby były coś warte znalazłyby nabywców na tamtym rynku. Trudno też liczyć na znalezienie okazji na dalszym wschodzie, jeżeli ofertę się śledzi tylko przez Internet. W sklepach z antykami w Kathmandu czy Bangkoku nie brakuje ciekawych przedmiotów, ale ich ceny są negocjowane, czyli mało osiągalne dla przeciętnych polskich kolekcjonerów. Zainteresowani orientem muszą sami wybrać się w podróż, zwłaszcza na prowincje tych krajów. Chyba, że nawiążą kontakt z którymś z dealerów specjalizujących się w sztuce Azji, albo zwrócą się o pomoc do fachowców trudniących się art bankingiem.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz