Notowania

10.02.2010 12:59

Dywidenda od... wzrostu PKB

Firmy pozyskują pieniądze na dwa sposoby: poprzez zadłużenie oraz kapitał własny, który daje inwestorom określony udział w podziale przyszłych zysków. Rząd powinien postąpić podobnie i nie polegać wyłącznie na długu.

Podziel się
Dodaj komentarz

„Firmy pozyskują pieniądze na dwa sposoby: poprzez zadłużenie oraz kapitał własny, który daje inwestorom określony udział w podziale przyszłych zysków. Rząd powinien postąpić podobnie i nie polegać wyłącznie na długu. Zapożyczając koncepcję z nauki o finansach przedsiębiorstw, rząd mógłby sprzedawać nowy rodzaj papierów wartościowych, które zobowiązywałyby go do wypłaty części narodowego zysku mierzonego produktem krajowy brutto.”

Rober Shiller, profesor ekonomii na Uniwersytecie Yale

Polscy politycy prywatyzację spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa określają jako „wyprzedaż narodowych sreber”. Ciekawe jak zareagowaliby na najnowszą propozycję znanego ekonomisty, który w swym dorobku posiada m.in. skonstruowanie indeksu powszechnie stosowanego do monitorowania cen amerykańskich nieruchomości. Rober Schiller postuluje, by rząd emitował papiery przypominające akcje.

Nie zagłębiając się w szczegóły sugerowanego przez ekonomistę modelu wyceny tych aktywów, który przypomina dyskontowanie przyszłych przepływów pieniężnych, chciałbym zwrócić uwagę na jeden fakt: wysokość wypłacanej kwartalnie dywidendy miałaby zależeć od nominalnego PKB kraju emitującego. Autor tej koncepcji twierdzi, że gwarantowałoby to finansowanie bez względu na wysokość inflacji, ponieważ zawsze znaleźliby się chętni do uczestnictwa w bogaceniu się narodów. Chiny coraz bardziej zaniepokojone są wzrostem inflacji w USA, która przy wolnym wzroście gospodarki w rzeczywistość pomniejsza wartość majątku Amerykanów (podkreślmy: Amerykanów, PKB przecież nie jest własnością rządu), stąd też swoje nadwyżki kapitałowe chętniej niż w amerykańskie obligacje lokują ostatnio w surowce przemysłowe i energetyczne.

Propozycja Roberta Shillera posiada tak wiele luk logicznych i błędnych założeń, że chyba bliżej jej do fiction niż science. Po pierwsze porównywanie produktu krajowego brutto z zyskiem netto firm jest sporym nadużyciem - chcąc trzymać się tej analogii, bardziej odpowiednie byłoby porównanie PKB do przychodów ze sprzedaży, od których odejmuje się koszty i potrąca podatki. Fakt, że PKB (sprzedaż?) Kuwejtu czy Arabii Saudyjskiej rośnie w tempie 5-8 proc. rocznie, nie znaczy, że prawa do podziału przyszłych zysków muszą równie dynamicznie zyskiwać na wartości, ponieważ im szybciej rośnie PKB, tym szybciej kurczy się majątek, który będzie generować zyski w przyszłości (nieodnawialne zapasy ropy). Po drugie sugerując, że emisja „akcji” przełożyłaby się na mniejsze uzależnienie rządu od zadłużenia, Shiller pomija rzeczywiste źródło problemów budżetowych USA, czyli permanentną nadwyżkę kosztów nad przychodami (a więc konsumpcję na kredyt). Fakt, że wartość akcji miałaby zależeć od nominalnego PKB, stwarzałby
bezpośrednią zachętę dla banku centralnego do pompowania baniek spekulacyjnych bez konieczności zaprzątania sobie głowy wytwarzaniem realnej wartości.

Ekonomista przemyca niezwykle ryzykowną tezę, iż „gospodarka jest własnością rządu”. Być może jest tak w przypadku Wenezueli, Iranu czy Korei Północnej, ale w przypadku kolebki kapitalizmu to raczej bujanie w obłokach.

Utworzenie instrumentu finansowego powiązanego z PKB nie jest całkowicie nową ideą

– podobną koncepcję zgłaszał m.in. laureat Nagrody Nobla Rober Merton, który stworzył także podwaliny dla tzw. nowoczesnych finansów i przyczynił się do popularyzacji opcji i innych instrumentów pochodnych. Życie brutalnie zweryfikowało aspiracje naukowca chcącego wdrożyć w praktyce własne modele – Merton był jednym z dwóch noblistów stojących za spektakularnym upadkiem funduszu inwestycyjnego LTCM (do 2008 r. był to wyjątkowy przykład niedoszacowania przez ekspertów ryzyka dźwigni finansowej), a w styczniu 2009 r. bankructwo ogłosiła kolejna firma doradcza, którą zarządzał.

Być może pora, by któryś z ekonomistów wymyślił instrument finansowy, którego wartość będzie odwrotnie proporcjonalna do praktycznego zastosowania danego modelu. Inwestorzy na pewno znacznie chętniej interesowaliby się wówczas nauką i wykraczali poza zgłębienie podstaw analizy technicznej. Oczywiście, pod warunkiem, że kolega tego ekonomisty szybko udostępniłby inwestorom kontrakty terminowe lub opcje pozwalający zarabiać na spadku wartości powyższego instrumentu.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz