Notowania

10.02.2010 11:17

Niepoprawny pesymizm, nadmierny optymizm

W rok 2010 wchodzimy z bogactwem różnorodnych scenariuszy. Od przyspieszenia tempa wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych do 5 proc., po nawrót recesji i nowe dna na rynkach akcji.

Podziel się
Dodaj komentarz

W rok 2010 wchodzimy z bogactwem różnorodnych scenariuszy. Od przyspieszenia tempa wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych do 5 proc., po nawrót recesji i nowe dna na rynkach akcji. W gąszczu mniej lub bardziej futurystycznych prognoz nie sposób się nie pogubić. Rzecz jednak nie tylko w tym, by trafnie obstawić kierunek zmian, lecz by być przygotowanym na pomyłkę.

Czytuję radykalne poglądy moich kolegów po piórze z zainteresowaniem i pewnego rodzaju podziwem, ponieważ sam nie jestem w stanie przewidzieć mających nastąpić zmian i przedstawić scenariuszy rozwoju wypadków z silnym przekonaniem, że nie ma dla nich alternatywy.

Czy zalewanie świata pieniędzmi – w tym stwierdzeniu nie ma przesady – stworzonymi przez banki centralne z niczego musi skończyć się katastrofą gospodarczą? Bardzo możliwe. Ale prawda jest też taka, że na wzroście inflacji korzystają ceny akcji. Wówczas to nie posiadanie gotówki daje poczucie bezpieczeństwa – bo ta traci na wartości – lecz posiadanie trwałego majątku. Majątek spółek – być może dziś przeszacowany – może dać lepszą ochronę przed skutkami inflacji niż trzymanie gotówki w szufladzie z bielizną.

Oczywiście możliwe są także inne warianty. Wszak wciąż to nie inflacja nam grozi, a światowe moce produkcyjne nadal nie są wykorzystywane. Jakże tu myśleć o wzroście cen w czasach permanentnej wyprzedaży zapasów?

Czarnych scenariuszy jednak nie brakuje. Ludzki umysł – odpowiednio ukierunkowany – może wynaleźć niemalże dowolną liczbę zagrożeń, których spełnienie może dać rzeczywiście katastrofalne następstwa. Sytuacja na Bliskim Wschodzie zdaje się zaogniać z każdym tygodniem (lecz przecież to się nie zmienia od dziesiątek lat), na chińskim rynku nieruchomości puchnie bańka cenowa, przy której europejską hossę mieszkaniową w poprzednich latach można uznać za racjonalny i spokojny wzrost notowań. Sytuacja finansów publicznych wielu krajów rozwiniętych w tym USA, Wielkiej Brytanii i Japonii jest tak zła, jak nie była nigdy wcześniej. Kiedyś przecież przyjdzie zapłacić cenę za nadmierne zadłużenie państw. Będą nią albo podatki, albo inflacja. Albo wojna, która łączy jedno z drugim i dokłada jeszcze o wiele większe nieszczęścia.

Co robić, żeby nie oszaleć od tych wszystkich znaków zapytania? Odpowiedź to strategie inwestycyjne i zbiór żelaznych zasad. Pozwól zyskom rosnąć i ograniczaj straty – zlecenia stop-loss i wycofanie z rynku, jeśli ten zmieni kierunek pozwolą uratować kapitał.

Rzecz w tym, żeby działać wedle przygotowanego planu, a nie przeskakiwać na oślep między akcjami, obligacjami i złotem. Znaki zapytania zawsze towarzyszą inwestowaniu, to się nie zmienia. Ale trzeba pamiętać, że nadmierny pesymizm nigdy nie pozwoli sięgnąć po zyski. Obrońcy teorii krachu systemów gospodarczych, którzy zawsze znajdą posłuch, ponieważ strach jest najłatwiejszą do obudzenia emocją, przegapili właśnie okazję do zarobienia nawet 100 proc. w ciągu 10 miesięcy. Nie zmieniło się też jeszcze jedno. Dopóki istnieją obawy, a tych jest przecież w nadmiarze, dopóty rynki żywią się strachem. Problemy zaczynają się wtedy, gdy coraz trudniej dostrzec rysę na podświetlonej różem perspektywie. Ale od tego momentu sporo nas jeszcze dzieli, jak się zdaje.

Absolutnie, nie sugeruję, że mnogość problemów powinna zostać zignorowana przez inwestorów, a całym ich zadaniem jest trzymanie akcji w portfelu. Po drugiej stronie jest przecież nadmierny optymizm, którego koszt może być znacznie wyższy niż oczekiwania na katastrofę. Wiara w to, że największa recesja od Wielkiej Depresji została zażegnana, zanim – to już z polskiej perspektywy – się rozpoczęła, może okazać się złudna. Rzecz jasna hossa na rynkach akcji i zachowanie gospodarki z ostatnich miesięcy mogła podziałać jak andydepresant. Być może dzięki upływowi czasu zagrożenia zostały zapomniane, choć problemów do rozwiązania zdaje się przybywać. Jednak pojedynczy człowiek może tylko przyglądać się rozwojowi sytuacji i dostosowywać swój portfel (i nie tylko) do zachodzących zmian. Optymizm innych nie zwalnia od ostrożności w działaniu.

Na koniec konstatacja innego rodzaju. Przewidywanie – choćby i trafnie – nachodzących katastrof nie daje żadnej satysfakcji. Czy przechadzanie się po zgliszczach i powtarzanie „ja to wszystko przewidziałem” może być źródłem dumy, niechby i gorzkiej? Nawet jeśli doda się „ale nikt mnie nie słuchał”? No więc słuchał. Lecz cóż z tego? Jak bowiem uniknąć udziału w powrocie recesji, dokąd uciec przed Armagedonem?

Nie jest dużą sztuką powiedzieć – „po fali wzrostów nadejdzie fala spadków, a po okresie prosperity gospodarka spowolni”. Tyle wie każdy.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz