Notowania

10.02.2010 11:52

Straty na akcjach

Pierwszym krokiem, jaki powinien wykonać inwestor rozpoczynający przygodę z rynkami kapitałowymi, jest określenie horyzontu czasowego inwestycji. Z reguły zaleca się, aby, ze względu na spore wahania kursów, kapitał w akcje lokować przynajmniej na kilka lat.

Podziel się
Dodaj komentarz

_ Najlepsze inwestycje minionej dekady _
* Pierwszym krokiem, jaki powinien wykonać inwestor rozpoczynający przygodę z rynkami kapitałowymi, jest określenie horyzontu czasowego inwestycji. Z reguły zaleca się, aby, ze względu na spore wahania kursów, kapitał w akcje lokować przynajmniej na kilka lat. W krótszym terminie rynek jest nieprzewidywalny, a na wycenę papierów wartościowych wpływa wiele czynników, których nie sposób skwantyfikować.*

Przez wiele lat wśród inwestorów utarły się różne powiedzenia, ale podobnie jak rozmaite mądrości ludowe, często nie wytrzymują one konfrontacji z rzeczywistością. Bardzo niewielkie jest prawdopodobieństwo, że ktoś konsultując się ze specjalistą w sprawie pierwszych inwestycji np. w akcje lub fundusze inwestycyjne, nie usłyszy, że „w długim terminie akcje zyskują na wartości”.

Długi okres... oczekiwania na odbicie

Jeżeli dziesięcioletni okres spełnia kryteria długiego okresu, to powyższa teza niestety nie obroniła się w minionej dekadzie. Od początku 2000 r. do końca 2009 r. inwestycje w akcje przyniosły kilkudziesięcioprocentowe straty. Po uwzględnieniu inflacji, środki ulokowane w 2000 r. na giełdach w Tokio, Londynie czy Nowym Jorku są warte obecnie o ponad jedną trzecią mniej.

W analizowanym okresie nie mogliśmy narzekać na brak wydarzeń, które diametralnie zmieniały dotychczasową wiedzę o inwestowaniu i finansach. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że inwestor kupując akcje w styczniu 2000 r. wybrał walory spółek technologicznych. W tym czasie szaleństwo, określane później jako internetowa bańka spekulacyjna, wywindowało wyceny akcji na niespotykane nigdy wcześniej poziomy. W marcu 2000 r. czar prysnął, a giełdowe indeksy powróciły do ówczesnych notowań dopiero w 2007 r. Nawet najmniej doświadczonym inwestorom nie trzeba chyba przypominać, co wydarzyło się kilka miesięcy później – wystarczy powiedzieć, że wzrosty z 2009 r. o 50 60 proc. pozwoliły odrobić zaledwie połowę strat wywołanych kryzysem finansowym.

Dwa poważne wstrząsy w ciągu 10 lat należy uznać, za historyczny standard. W latach 90. ubiegłego wieku obserwowaliśmy zarówno modelową recesję, jak i nieoczekiwane wstrząsy (np. kryzys rosyjski, czy upadek „azjatyckich tygrysów”). W tabeli widać, że jednorazowa inwestycja w główny indeks każdej z trzech największych giełd świata, po dziesięciu latach przyniosła ponad dwudziestoprocentowe straty. Nowojorski S&P 500 spadł o 23 proc., londyński FTSE o 20 proc., a tokijski NIKKEI o 43 proc.

Ukryty wróg – inflacja

Sytuacja tzw. inwestorów długoterminowych rozpoczynających przygodę z rynkami na początku tego wieku wygląda jeszcze bardziej ponuro, jeżeli wrócimy ze świata wirtualnych cyfr na ziemię i uwzględnimy zmianę wartości pieniądza w czasie. Inflacja w USA wynosiła mniej niż 2,5 proc. rocznie tylko w 2002 r.

i 2003 r., kiedy Allan Greenspan walcząc z recesją obniżał mocno stopy procentowe oraz w 2009 r., kiedy banki centralne na całym świecie przystąpiły do bezprecedensowej akcji zasilania sektora bankowego w płynność poprzez zakup toksycznych aktywów.

Skumulowana inflacja w latach 2000-2009 wyniosła w Stanach Zjednoczonych 25,6 proc. Oznacza to, że za koszyk towarów, który na początku dekady kosztował tysiąc dolarów, pod koniec 2009 r. trzeba było zapłacić 1256 dol. Licząc w drugą stronę, siła nabywcza pieniądza spadła o tyle, że tysiąc schowany pod poduszkę w 2000 r., wystarczyłoby w grudniu 2009 r. na zakup towarów o wartości ok. 750 dol.

Wracając do inwestycji w akcje, każde tysiąc dolarów ulokowane w portfel odwzorowujący indeks S&P 500, przy założeniu, że wskaźnik utrzymałby się na początkowym poziomie, warte byłoby dziś w ujęciu realnym o jedną czwartą mniej. Akcje moglibyśmy sprzedać za tysiąc dol., ale skoro wszystko dookoła mocno podrożało, inwestycja okazała się nieudana.

Polski rynek lepszy

Inwestorzy lokujący kapitał na polskim rynku mogą być bardziej zadowoleni z ostatniego dziesięciolecia. W ujęciu nominalnym powiększyły się zarówno portfele złożone z największych spółek, jak i te koncentrujące się na akcjach spółek o niewielkiej kapitalizacji – WIG20 wzrósł o 24 proc., WIG o 105 proc. a sWIG80 niemal o 400 proc. Po uwzględnieniu skumulowanej inflacji z lat 2000 2009 na solidnych plusach utrzymały się sWIG80 (278 proc.) oraz WIG (54 proc.), natomiast WIG20 przyniósł stratę rzędu 6 proc.

To dlatego, że stopa inflacji była w obserwowanym okresie wyższa (wyniosła blisko 32 proc.) niż stopa zwrotu z inwestycji – zatem w rzeczywistości siła nabywcza zainwestowanych pieniędzy zmniejszyła się.

Zbawienne dywidendy

W tym miejscu trzeba zaznaczyć z czego wynika różnica w stopach zwrotu wypracowanych przez WIG i WIG20, czy też wymienione wyżej zagraniczne indeksy.

Otóż indeks szerokiego rynku WIG jest wskaźnikiem dochodowym, co oznacza, że jest kalkulowany inaczej niż WIG20, czy NIKKEI. Przede wszystkim uwzględnia on wypłacane przez spółki dywidendy, które jak okazuje się mogą diametralnie zmienić rzeczywisty wynik z inwestycji, jeśli zostaną ponownie ulokowane na giełdzie.

Celem tego tekstu nie było udowodnienie, że długoterminowe inwestowanie mija się z celem. Przede wszystkim chciałem pokazać, że kluczowe znaczenie mają dwa czynniki: inflacja oraz okres, w którym rozpoczynamy inwestycję. Jeśli czynimy to w czasie, gdy na rynku dominują optymiści, a analitycy zgodnie spoglądają w jednym kierunku, nie ulegajmy sloganom, że „w perspektywie kilku lat można tylko zyskać”. Przykład indeksu WIG20 pokazał, że wzrost wartości portfela o jedną czwartą nie wystarczył, by pokryć „niewidoczne” straty wynikające ze zmniejszającej się wartości nabywczej pieniądza.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz