Notowania

10.02.2010 11:41

Złoto nabrało blasku

W latach 2000-2009 surowce okazały się strzałem w dziesiątkę. Droższa ropa naftowa czy miedź przełożyły się na wzrost inflacji, ale nawet po jej uwzględnieniu na surowcach trudno było stracić. Najlepiej dało zarobić złoto.

Podziel się
Dodaj komentarz

_ Najlepsze inwestycje minionej dekady _
* W latach 2000–2009 surowce okazały się strzałem w dziesiątkę. Droższa ropa naftowa czy miedź przełożyły się na wzrost inflacji, ale nawet po jej uwzględnieniu na surowcach trudno było stracić. Najlepiej dało zarobić złoto.*

Dziesięć lat temu analitycy rekomendowali inwestorom akcje, jako inwestycje o największym długoterminowym potencjale zysku. Po dekadzie okazało się, że prognozy bazujące na prostym kopiowaniu historycznego zachowania indeksów giełdowych na kolejne okresy rozminęły się z rzeczywistością.

Fatalne dziesięć lat

W latach 2000-2009 strategia „kup i trzymaj” przyniosła ponad dwudziestoprocentowe straty inwestorom, którzy wybrali zdywersyfikowany portfel amerykańskich akcji. Nawet po uwzględnieniu dywidend i pominięciu działania inflacji każdy dolar ulokowany na rynku akcji po dziesięciu latach wart był mniej niż na początku 2000 r., ale wynika to głównie z wyboru okresu obserwacji.

Dopiero z perspektywy czasu widać, które rynki są mocno przegrzane, a które niedowartościowane. Na początku XXI wieku spółki technologiczne przyciągały na giełdy rzeszę inwestorów, lecz tzw. internetowa bańka pękła, gdy po kilku miesiącach wiosną 2000 r. zaczęło brakować świeżego kapitału gotowego kupować obietnice i prognozy wyssane z palca. Gdyby okres obserwacji przesunąć o dwa lata w którąkolwiek stronę, stopy zwrotu z inwestycji w akcje po dziesięciu latach wyglądałyby imponująco i teza o „straconej dekadzie” nie obroniłaby się.

Co dało zarobić

W co opłacało się inwestować pieniądze w latach 2000-2009 r.? Dzisiaj możemy już stwierdzić, że właściwie we wszystko, tylko nie w akcje. Ktoś, kto pod koniec ubiegłego stulecia głosił podobną tezę w najlepszym wypadku został kompletnie zignorowany przez ekspertów, ewentualnie uznano go za nieszkodliwego klauna.

Fakty mówią jednak same za siebie: obligacje rządowe dały zarobić blisko 90 proc., nieco więcej zyskały na wartości bardziej ryzykowne obligacje korporacyjne, natomiast strzałem w dziesiątkę okazały się surowce.

Od początku 2000 r. do końca grudnia 2009 r. szeroki indeks rynku surowców wzrósł aż o 257 proc. Duży udział w wypracowaniu tak spektakularnej stopy zwrotu miał systematyczny wzrost cen energii – ropa naftowa podrożała w analizowanym okresie o niemal 190 proc., jednak zdecydowanym hitem pierwszej dekady XXI wieku okazało się złoto. Każde 1000 dolarów ulokowane w ten metal szlachetny po dziesięciu latach warte było ok. 2800 dol.

W tym miejscu warto przypomnieć maksymę, że w świecie inwestycji nie ma darmowego lunchu – wyższe zyski uzyskują najczęściej ci, którzy godzą się na ponadprzeciętne ryzyko. Na załączonym wykresie widać, jakim ogromnym wahaniom na przestrzeni kilku dekad podlegały ceny towarów. Indeks CRB obejmuje ceny 23 surowców i towarów, oprócz ropy naftowej, miedzi czy stali, duży udział mają w nim produkty rolne takie, jak kukurydza, kakao, cukier czy olej sojowy.

Rynki wschodzące kupują więcej

Łatwo powiedzieć, że kluczem do sukcesu jest kupić coś tanio i sprzedać drożej, ale konia z rzędem temu, kto w praktyce trafnie przewidzi kilku, czy nawet kilkunastoletnie trendy. Po kryzysie naftowym z lat 70. ubiegłego stulecia, przez około trzydzieści lat na rynkach surowcowych ceny na przemian rosły i spadały po kilkanaście procent – mówiąc językiem niektórych ekonomistów dominował trend boczny.

Wybicie cen w górę, które obserwowaliśmy przez ostatnich kilka lat odzwierciedla przede wszystkim szersze zmiany w światowej gospodarce. W tym okresie środek ciężkości przenosił się z dojrzałych rynków (USA, Japonia czy Europa Zachodnia), których PKB rosło maksymalnie o 2-3 proc. rocznie, w stronę niedoszacowanych rynków wschodzących o znacznie większym potencjale wzrostu. Popyt na surowce zgłaszany np. przez Chiny nie tyle zastępował zapotrzebowanie z rynków rozwiniętych, bo te choć w wolniejszym tempie, ale ciągle rosły, co stopniowo do niego dołączał.

Powrót do średniej

Zawsze można kwestionować jakość danych, na podstawie których analityk wyciąga wnioski – Amerykanie mają nawet na tę okoliczność powiedzenie „garbage in, garbage out”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „śmieci wchodzą, śmieci wychodzą”. Im dłuższy okres analizy, tym większe prawdopodobieństwo, że wyciągnięte wnioski będą zbyt ogólne i pozbawione praktycznego zastosowania. Obserwując ceny surowców rosnące mocno w ciągu ostatniej dekady, można stwierdzić, że w parze z innowacyjnymi instrumentami pochodnymi (opcje na kontrakty walutowe, obligacje oparte na kredytach hipotecznych sprzedawane pakietami) świat finansjery coraz większym zaufaniem darzył twarde, namacalne towary, jak ropa czy miedź.

Z kontrariańskiego punktu widzenia (większość się myli), inwestorom, którym obecnie niemal na każdym kroku poleca się inwestycje w rynki wschodzące i rynki surowcowe, warto jeszcze raz zwrócić uwagę na załączony wykres. Ktoś rozpoczynając dziś inwestycję o dziesięcioletnim horyzoncie czasowym, np. w fundusz rynku złota powinien liczyć się z faktem, że być może startuje z podobnych poziomów, jak rynki akcji w 2000 r. Jeżeli po ostatniej dekadzie można postawić tezę, która obroni się w ciągu najbliższych kilku czy kilkunastu lat, to będzie to stwierdzenie, że rynki wracają do długoterminowych średnich. Najlepiej zawsze można zarobić na aktywach, których wykresy przypominają hiperbolę, ale im bardziej staje się to widoczne, tym większa szansa, że będziemy ostatnimi, którzy gaszą światło.

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz