Notowania

18.06.2011 13:33

Zyski dla bogatych, głód dla ubogich

Indeks cen żywności na poziomie jakiego świat jeszcze nigdy nie widział, metale szlachetne na historycznych szczytach i stale rosnące ceny większości surowców - to rzeczywistość, do której ludzkość zdaje się przyzwyczajać. Południa nie potrzebują jałmużny od zamożnej Północy, tylko kapitału i zdrowych zasad ekonomicznych.

Podziel się
Dodaj komentarz

Kraje Południa nie potrzebują jałmużny od zamożnej Północy, tylko kapitału i zdrowych zasad ekonomicznych

Indeks cen żywności na poziomie jakiego świat jeszcze nigdy nie widział, metale szlachetne na historycznych szczytach i stale rosnące ceny większości surowców - to rzeczywistość, do której ludzkość zdaje się przyzwyczajać. Wraz z pęczniejącą spekulacyjną bańką rosną fortuny tych, którzy dobrze w odpowiednim momencie zainwestowali pieniądze. Ale rośnie też rzesza tych, którzy za surowcową hossę płacą nędzą i wykluczeniem. - Ta sytuacja prowadzi wprost do katastrofy; zagraża pokojowi, bezpieczeństwu i stabilizacji na wielu obszarach świata - ostrzega Josette Sheeran, kierująca Światowym Programem Żywnościowym ONZ.

Ludzi cierpiących głód jest na świecie 1,020 mld, a jednocześnie pomoc humanitarna dla nich jest obecnie na poziomie historycznego minimum - wynika z najnowszego raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Z kolei Bank Światowy ocenia, że poniżej granicy ubóstwa, czyli przyjętego przez tę instytucję limitu 1,25 dolara dziennie, żyje około 1,5 mld mieszkańców globu. W tej sytuacji uchwalone ponad dekadę temu przez wszystkich członków ONZ Milenijne Cele Rozwoju, zakładające m.in. zmniejszenie o połowę do 2015 roku liczby ludzi żyjących za mniej niż dolara dziennie, zakrawa na ponure szyderstwo.

Don Coxe, szef Coxe Advisors, uznawany za jednego z najlepszych analityków rynków żywności, twierdzi, że świat wchodzi właśnie we wstępną fazę drugiego w ciągu czterech lat kryzysu żywnościowego (poprzednia galopada cen żywności miała miejsce w 2008 roku). Tym razem skutki mogą być - jego zdaniem gorsze - bo wyczerpana kryzysem globalna gospodarka ma niewiele rezerw, by zwiększyć dostępność kapitału dla rolnictwa, i w ten sposób ograniczyć wzrost cen żywności.

Coraz drożej

Co jest powodem, że od kilkunastu miesięcy obserwujemy nieustanny wzrost cen żywności? Odczuwają go konsumenci na wszystkich kontynentach. Cena pszenicy na światowych giełdach towarowych wzrosła w ciągu roku o ponad połowę, kukurydza zdrożała prawie dwukrotnie, jedynie ryż zanotował 'tylko' kilkuprocentowy wzrost. Według opracowania Banku Światowego Food Price Watch, globalne ceny żywności od października 2010 r. do stycznia 2011 r. wzrosły o 15 proc. 'Stwarza to problemy makroekonomiczne, zwłaszcza w krajach zmuszonych do importowania żywności, mających ograniczone zdolności płatnicze. Zwiększa też skalę ubóstwa. Od czerwca 2010 r. światowy wzrost cen żywności zepchnął poniżej poziomu ubóstwa 44 mln osób w krajach o niskich i średnich dochodach' - czytamy w Food Price Watch.

W lutym padł historyczny rekord. Indeks cen żywności liczony przez FAO - Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa wyniósł 237 pkt., wobec 231 pkt. w styczniu 2011 r. W ciągu 12 miesięcy wskaźnik, liczony jako średnia indeksów cen mięs, nabiału, zbóż, olejów i tłuszczów oraz cukru, ważona według ich udziału w eksporcie w latach 2002-04, wzrósł o 60 pkt. Choć w dwóch kolejnych miesiącach znalazł się nieco niżej, analitycy nie mają złudzeń - nie ma co liczyć na poprawę.

Abdolreza Abbassian, główny ekonomista FAO uważa, że tak wysokie ceny utrzymają się jeszcze przez najbliższe miesiące. Po publikacji lutowych danych szef Banku Światowego Robert Zoellick wezwał liderów krajów G20, aby w pierwszej kolejności zajęli się cenami żywności, ponieważ są one zagrożeniem dla najbiedniejszych i stymulują inflację w krajach rozwijających się, szczególnie Azji.

- Czeka nas silny trend polegający na rosnących cenach surowców i żywności - powiedział Zoellick.

Cały katalog plag

Skąd ta drożyzna, czy nagle zaczęło brakować żywności? Przyczyn jest kilka - niektóre można uznać za niezależne od człowieka, lub przynajmniej mające charakter w pewnym stopniu naturalny, tzn. wynikający z praw ekonomii. Jednak w obecnym wzroście cen spory udział mają również finansiści i politycy.

Zacznijmy od przyczyn naturalnych - ubiegły rok obfitował w parę spektakularnych klęsk żywiołowych, by wymienić powódź w Australii i pożary w europejskiej części Rosji, które skłoniły ten kraj do wstrzymania eksportu zbóż. To nieco zmniejszyło podaż, ale też wywołało spekulacyjną, wynikającą z niepewności, zwyżkę cen.

Ekonomiści wskazują również jako przyczynę zwiększony popyt ze strony rodzących się potęg gospodarczych - przede wszystkim Indii i Chin. Mówiąc brutalnie: Chińczycy zaczęli się bogacić, po dwóch dekadach, kiedy ich kraj rozwijał się w tempie bliskim 10 proc. PKB rocznie. Przestała im wystarczać miseczka ryżu, chcą dwóch a najlepiej jeszcze z wkładką mięsną. I ta zmiana struktury spożycia może zacząć stanowić problem, bo według danych amerykańskiego departamentu rolnictwa do uzyskania 1 kg wieprzowiny potrzeba 3,5 kg paszy, a w przypadku wołowiny paszy potrzeba dwukrotnie więcej. Trudno mieć do Chińczyków pretensje o te aspiracje, trudno wyobrazić sobie również, by im przeciwdziałać. Sęk w tym, że nie są to jedyne powody.

Część ekspertów wskazuje, że obecny kryzys żywnościowy jest w znacznej mierze spowodowany nieprzemyślanymi działaniami człowieka. W tym kontekście wymieniane jest często globalne ocieplenie, które z jednej strony ma zabójczy wpływ na uprawy (według niektórych raportów plony w Afryce spadną do 2020 roku o połowę z powodu zmian atmosferycznych). Ponadto, to na globalne ocieplenie wskazuje się jako przyczynę rosnącej liczby katastrof naturalnych (powodzi, tajfunów, susz), które skutkują z reguły stratami plonów. Globalne ocieplenie jest jednak zjawiskiem wciąż kwestionowanym przez dużą cześć naukowców, trudno też w twardych danych liczbowych określić, jaki jest rzeczywisty wpływ tego procesu (o ile ma rzeczywiście miejsce) na plony i sytuację na rynku żywności.

Zabójcza spekulacja

Ale są i działania bardziej wymierne. Wielu ekonomistów przypisuje obecny wzrost cen spekulacji. Wielu inwestorów finansowych po kryzysie zaczęło rozglądać za nowymi możliwościami pomnożenia swoich pieniędzy. Rynki finansowe, chociaż dawno odbiły się od minimów, nadal są traktowane z pewną rezerwą, ożywienie światowej gospodarki jest wciąż zbyt wątłe, by akcje przedsiębiorstw były traktowane jak pewne i stabilne inwestycje, przynajmniej tak pewne i stabilne, jak jeszcze kilka lat temu.

Dlatego kapitał zwrócił się w stronę rynków towarowych - pewną lokatą stały się żywność i surowce. Nieprzypadkowo razem z żywnością drożeje również ropa, a także złoto, chociaż w tym przypadku to nieco inna historia.

Na to nakłada się polityka Fed, który na całego pompuje dolary w amerykańską gospodarkę. Dolarów jest coraz więcej, towarów nie przybywa równie szybko, co jest jedną z przyczyn szybszego wzrostu cen, bo przecież w amerykańskiej walucie jest rozliczana większość transakcji.

- Bardzo niskie stopy procentowe i tzw. łagodzenie ilościowe w polityce pieniężnej sprawiły, że spekulacja stała się znacznie tańsza - tłumaczy wpływ działań Fed na światowe ceny surowców prof. Hossein Askari z Uniwersytetu Georga Washingtona. - Stopa zwrotu ze zgromadzonych oszczędności bardzo spadła i dlatego wielu Amerykanów zaczęło spekulować na rynkach towarowych, a to podbiło ceny. Na dodatek ze względu na niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych nastąpił odpływ kapitału za granicę w poszukiwaniu wyższej stopy zwrotu. To wszystko przekłada się na wzrost cen surowców przemysłowych, rolnych i żywności na całym świecie.

Zboża do baku

Istotnym czynnikiem podnoszącym ceny żywności jest polityka energetyczna bogatych krajów. W 2010 roku jedna trzecia wyprodukowanej w USA kukurydzy została przeznaczona na produkcję etanolu. Światowe zapasy tego zboża spadły o 8 proc., a ceny na początku tego roku były już o 70 proc. wyższe niż rok wcześniej. Jak wynika z opracowanego w Banku Światowym przy okazji poprzedniego kryzysu żywnościowego z 2008 roku tzw. Raportu Mitchella, to produkcja biopaliw była odpowiedzialna aż za trzy czwarte ze 140-proc. wzrostu cen żywności w latach 2002-2008.

Można powiedzieć, że biopaliwowe szaleństwo ogarnęło w największym stopniu USA, ale ma to znaczący wpływ na globalny rynek - 40 proc. światowej produkcji i dwie trzecie globalnego eksportu kukurydzy przypada właśnie na Stany Zjednoczone.

W Unii Europejskiej wśród bipoaliw króluje biodiesel, do produkcji którego - stanowiącej aż 80 proc. wytwarzanych w UE biopaliw - wykorzystuje się rzepak. Według niektórych szacunków, dwie trzecie uprawianego na naszym kontynencie rzepaku przeznaczane jest na bipopaliwa, a jednocześnie UE musi pokrywać importem prawie połowę swojego zapotrzebowania na oleje roślinne. Komisja Europejska szacuje, że w 2020 roku ok. 15 proc. areału ziemi w krajach Unii będzie wykorzystane pod produkcję roślin służących do wytwarzania biopaliw. Zważywszy, że obecnie jest to tylko kilka procent, oczywiste jest, że musi to spowodować ograniczenie podaży żywności i dalej windować ceny produktów rolnych.

Samonakręcająca się spirala

Obecna fala niepokojów przetaczająca się przez wiele krajów w Afryce i na Bliskim Wschodzie jest pośrednim efektem drożyzny na rynku żywności. Według raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego, każdy 10-proc. wzrost globalnych cen żywności jest równoznaczny ze 100-proc. wzrostem skali antyrządowych wystąpień. To co obserwujemy w ostatnich miesiącach to najlepszy dowód, że ta zasada się sprawdza. Gwałtowność wybuchu tzw. rewolucji egipskiej przestaje dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że ten kraj był największym importerem pszenicy.

Niepokoje rozprzestrzeniające się na kolejne kraje, szczególnie te zasobne w surowce energetyczne, tylko nakręcają spiralę. Niedawny wzrost cen ropy był wywołany przede wszystkim (poza spekulacją) obawami o dostawy tego surowca w obliczu zamieszek w Egipcie (i niepewności co do dostaw przez Kanał Sueski), roponośnej Libii oraz niektórych emiratach, czy niepewnej sytuacji w Arabii Saudyjskiej.

Ponadto te państwa, w których sytuacja jest w miarę spokojna zwiększają zakupy produktów rolnych. - Niektóre kraje, które były objęte kryzysem politycznym, a które są producentami ropy naftowej - jak Arabia Saudyjska czy Zjednoczone Emiraty Arabskie - próbowały łagodzić wstrząsy polityczne i ograniczyć zakres niezadowolenia zwiększonymi zakupami żywności. Kupowały jej na tyle dużo, że aby utrzymać pod kontrolą swoje finanse publiczne, będą musiały sprzedawać ropę w granicach 110-115 dolarów za baryłkę. Jeśli takiej ceny nie uzyskają, to świat się wprawdzie będzie cieszył, że mamy tanie paliwa, ale w tych krajach będą narastały napięcia polityczne - przestrzega Janusz Jankowiak, ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Alternatywa staje się iście diabelska - jeżeli krajom roponośnym uda się utrzymać ceny ropy na wysokim poziomie, będzie to oznaczało wzrost cen żywności (bo jej produkcja i transport pochłania wszak energię) i dalsze pogrążanie się kolejny milionów ludzi w ubóstwie. Droga ropa będzie również dodatkowym argumentem za stosowaniem biopaliw (które są wciąż drogie w produkcji), a to oznacza większy popyt na niektóre rośliny, przede wszystkim na kukurydzę.

Jeśli cena ropy spadnie i krajom arabskim nie uda się zbilansować budżetów, stoczą się w chaos i ceny ropy znowu zostaną wywindowane na szczyty, ze wszystkimi wspomnianymi wcześniej konsekwencjami.

Czeka nas katastrofa?

Czy zatem to co obserwujemy w tej chwili jest zaledwie przygrywką do ostrego kryzysu żywnościowego, albo wręcz globalnej plagi głodu? Niekoniecznie. Warto przypomnieć, że ludzkość już wielokrotnie straszona była brakiem możliwości wyżywienia się.

Największą popularnością cieszyła się sformułowana jeszcze w pod koniec XVIII wieku Teoria Malthusa. Uczony ten dowodził, że skoro liczba ludności przyrasta w postępie geometrycznym, a zasoby żywności zwiększają się w postępie arytmetycznym, to prędzej czy później dojdzie do przeludnienia i mała niebieska planeta nie będzie w stanie wyżywić swoich mieszkańców.

Mimo że od czasu tych ponurych prognoz miliony ludzi zmarły z głodu, to jednak zawsze to zjawisko przybierało - jakkolwiek okrutnie by to nie zabrzmiało - skalę regionalną. Nigdy klęska głodu nie miała charakteru globalnego. Teraz zapewne nie będzie inaczej.

W XX wieku też wieszczono szybką klęskę głodu, uratowała przed nią świat tzw. zielona rewolucja, czyli intensyfikacja upraw, zastosowanie nowych wydajniejszych odmian zbóż, mechanizacja. Mimo niewątpliwych efektów negatywnych (np. przesada z pestycydami, nieprzemyślane melioracje prowadzące do lokalnego zaburzenia gospodarki wodnej i zmian klimatycznych) uchroniła ludzkość przed poważniejszymi konsekwencjami. Kraje, które w momencie gdy zielona rewolucja startowała były typowane jako pierwsi kandydaci do głodowania, dziś stanowią siłę napędową globalnej gospodarki, by wspomnieć chociażby Indie.

Nie oznacza to, że ludzkość powinna popaść w stan samozadowolenia. Liczba osób niedożywionych jest zbyt wielka, by nie pozostało to bez wpływu na światową gospodarkę i politykę.

Pomagać inaczej

Gdy ludzie z bogatych krajów Zachodu słyszą o miliardzie osób cierpiących głód, pierwsza myśl, która świta im po usłyszeniu takiej informacji, jest: zwiększyć pomoc. I zdaniem coraz większej rzeszy ekonomistów popełniają fundamentalny błąd.

Najpopularniejsza obecnie afrykańska ekonomistka Dambisa Moyo (urodzona w Zambii, ale wykształcona i pracująca na Zachodzie) apeluje o wstrzymanie pomocy dla Afryki w obecnym kształcie.

Brzmi to szokująco? Przytaczane przez nią argumenty też są szokujące. 'Mija 60 lat, w trakcie których do Afryki napłynęła pomoc o łącznej wartości biliona dolarów. Jest więc rzeczą niepokojącą, że wciąż źle się tam dzieje' - pisze nie bez ironii w swojej książce 'Dead Aid'. Efekt tej pomocy to wzrost w latach 1970-2000 odsetka mieszkańców kontynentu żyjących za mniej niż dolara dziennie z 11 do... 66 proc. 'Jeśli utrzymamy obecny sposób wsparcia - przekonuje Moyo - w dającej się przewidzieć przyszłości liczba mieszkańców kontynentu, żyjących za mniej niż dolara dziennie, zwiększy się z 70 do 90 proc., będzie więcej upadłych państw, skorumpowanych rządów i wojen domowych'.

Dlaczego pomoc jest zła? Najprościej rzecz ujmując - dlatego, że demoralizuje i korumpuje. Jeżeli do głodującego kraju trafiają w ramach międzynarodowej pomocy tony żywności za darmo, to miejscowym rolnikom nie opłaca się produkować własnej żywności - efekt zacofane rolnictwo i uzależnienie od litości możnych tego świata. Ponadto międzynarodowa pomoc nie trafia najczęściej do najbiedniejszych, a do tych, którzy akurat w danym kraju rządzą i dzięki tej pomocy stają się jeszcze bogatsi. Przy okazji ostatnich rewolucji krajach Maghrebu zbyt wiele mogliśmy usłyszeć o wielomiliardowych majątkach obalanych satrapów, by wierzyć w sprawiedliwą dystrybucję dóbr.

Według Moyo, obecna forma pomocy polega na tym, że biedni ludzie w bogatych krajach globalnej Północy przekazują pieniądze na rzecz bogatych ludzi w biednych krajach globalnego Południa.

Nieco upraszczając, filozofia Moyo sprowadza się do trawestacji jednego z praw Murphyego: ludzie (także politycy, bo to też ludzie) zaczynają zachowywać się racjonalnie, gdy nie mają już absolutnie innego wyjścia.

A może trochę rynku?

Jej zdaniem po przykręceniu kurka z pomocą afrykańskie rządy musiałyby wykazać nieco inicjatywy i stworzyć warunki do inwestycji zagranicznych, postarać się o pożyczki i pomyśleć jak jest spłacić, co byłoby znacznym postępem wobec beztroskiego konsumowania bezzwrotnej pomocy. Rządzący musieliby ustabilizować sytuację w swoich krajach i prowadzić przewidywalną, odpowiedzialną politykę, żeby nie zepsuć dobrego klimatu inwestycyjnego.

Moyo proponuje również sprawdzone zwłaszcza w Azji instytucje mikrokredytów i inne formy wsparcia oddolnych inicjatyw gospodarczych. Ale wydaje się, że może okazać się to za mało. Na przeszkodzie stoją uregulowania globalnego rynku żywności, które wcale takie wolnorynkowe nie są.

Warto przypomnieć, że UE pakuje rocznie miliardy euro we Wspólną Politykę Rolną, czyli mówiąc wprost - dotacje dla rolnictwa. Dotacje dostają również amerykańscy farmerzy.

Przyjmijmy, że kurki z pomocą dla Afryki zostają przykręcone i tamtejsze rządy zaczynają zachowywać się racjonalnie. Jakie szanse ma afrykańskie rolnictwo w konkurencji z dotowanymi produktami rolnymi z UE?

Zmiana tego stanu rzeczy nie będzie łatwa - rolnicy stanowią w UE potężne lobby, a konsekwencją odejścia od Wspólnej Polityki Rolnej będzie znaczny wzrost cen żywności w krajach rozwiniętych. Po pierwsze, czy taki wzrost zniosą europejscy konsumenci? Po drugie - o wiele w tym kontekście ważniejsze - czy ów wzrost cen nie okaże się zabójczy dla najbiedniejszych mieszkańców globu? Wprawdzie rolnicy krajów afrykańskich będą mieli większe szanse w konkurencji z produktami z Europy, ale nie zapominajmy, że czarny ląd jest niedoinwestowany. Dla przykładu, podczas gdy średni plon zbóż w Afryce wynosi 1,23 t/ha, w Europie jest to 5,4 t/ha, co nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę przepaść technologiczną, objawiającą się choćby ogromną dysproporcją stopnia mechanizacji lub ilości stosowanych nawozów (w Afryce - 9 kg/ha, w krajach półkuli północnej - 125 kg/ha).

Wyrównać szanse

Niewątpliwie jednak odchodzenie od dopłat dla rolnictwa w krajach rozwiniętych znacznie zwiększyłoby szanse na rozwój najbiedniejszych krajów. Jest jednak parę niezbędnych dalszych warunków - m.in. umożliwienie napływu zagranicznego kapitału, bo w Afryce poza skorumpowanymi elitami mało kto ma pieniądze na inwestycje, które pozwoliłyby na rozwój i zwiększenie konkurencyjności tamtejszych gospodarek.

Inwestycje w rolnictwo przydałyby się zresztą nie tylko w Afryce, bo cały świat coraz mniej łoży na produkcję rolną. Według szacunków FAO, światowe zasoby kapitału w rolnictwie powiększały się w latach 1975-79 w tempie około 1,4 proc. rocznie, w latach 80-89 było to ok. 1 proc. rocznie, ale już w latach 1995-99 tylko o 0,3 proc., przy czym w krajach rozwiniętych ów zasób kapitału się kurczył.

Dla Afryki potraktowanie tego kontynentu jako partnera, a nie jako żebraka, jest kwestią przetrwania. Są też kraje, które to rozumieją, że może ona stać się zapleczem produkcyjnym dla świata. Chiny zainwestowały już w Afryce około 30 mld dol., a w ciągu czterech najbliższych lat ich nakłady mają sięgnąć 50 mld dol. Te inwestycje przynoszą oczywiście zyski, ale mieszkańcom Czarnego Lądu dają również pracę i szanse na rozwój.

To dzięki takim działaniom Afryka, mająca ogromny potencjał, ma szanse go lepiej wykorzystywać i stać się kontynentem rozwoju. Problem głodu zaczęły wówczas rozwiązywać nie datki z Północy, służące głównie uspokajaniu sumienia bogatej części świata, ale twardo skalkulowane transakcje handlowe.

Czyżby jednak rację miał Adam Smith, gdy pisał, że chciwość i egoizm mogą mieć niekiedy skutki bardziej pozytywne niż szlachetne, zdawałoby się, odruchy serca?

Wspólpraca: PB, SŁ

komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz