Notowania

polska
22.06.2010 06:29

Unia dała 1,5 mld euro na rozwój internetu w Polsce. Rząd je zmarnuje?

W ramach planu Agendy Cyfrowej Polska do 2015 roku Polska ma zapewnić wszystkim mieszkańcom dostęp do internetu. Plan jest ambitny, ale jesteśmy wciąż nieprzygotowani. W życie wprawdzie weszła ustawa mająca przyspieszyć inwestycje, jednak to nie wystarczy.

Podziel się
Dodaj komentarz

W ramach planu Agendy Cyfrowej Polska do 2015 roku Polska ma zapewnić wszystkim mieszkańcom dostęp do internetu. Plan jest ambitny, ale jesteśmy wciąż nieprzygotowani. W życie wprawdzie weszła ustawa mająca przyspieszyć inwestycje, jednak to nie wystarczy.

O absurdach telekomunikacyjnych rozmawiamy z Anną Streżyńską, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Unia Europejska chce, by w ciągu kilku najbliższych lat wszystkie kraje członkowskie zapewniły mieszkańcom dostęp do szybkiego internetu, o prędkości 30 Mbit/s. Tymczasem w Polsce jest wiele rejonów, w których internetu nie ma wcale. Czy jest jakakolwiek szansa na spełnienie wymagań Unii?

To trudne. Aby spełnić wymagania musi być mobilizacja wszystkich zainteresowanych, a pierwszym zainteresowanym powinien być rząd, bo to on podpisywał się pod agendą UE. W tej chwili jednak rząd mówi "to jest nierealne". W Polsce w internet inwestują samorządowcy i przedsiębiorcy. Samorządowców trzeba wesprzeć, by pieniądze Unii, ponad 1,5 miliarda euro, wydali dobrze. Nie znają się na technologiach, zajmują się raczej drogami, kanałami... Jeśli rząd im nie pomoże, pieniądze te będą przepływały z ręki do ręki i nikt nic z nimi nie zrobi.

W życie weszła ustawa według projektu UKE, która pomoże samorządom w przyspieszaniu niektórych decyzji, na przykład przy pozwoleniach na budowę infrastruktury. To teoretycznie ma przyspieszyć inwestycje samorządów. Zapewnia również wsparcie UKE.

Ustawa tak naprawdę nic nie zmieni, dopóki nie zmieni się wiele innych elementów całej układanki, w tym podejście rządu. Zanim zostanie wdrożona, minie kolejne pół roku, a samorządy nadal nie będą wiedziały, jak inwestować. Nadal też nie będą miały pieniędzy na wkład własny. Ustawa jest tylko jednym z elementów, ale bez zmiany nastawienia ludzi nie będzie przełomu. Co do wsparcia UKE, to w urzędzie nie ma wystarczającej liczby ludzi. Nie mam kogo do tego oddelegować, bo ucierpią inne zadania. Rząd wciąż nie zapewnia pieniędzy na ekspertów, a ci sami z księżyca się nie wezmą ani nie będą pracować za darmo. Musimy się o wszystko upominać. Rząd powinien, wzorem Obamy czy Królowej Elżbiety, postawić szerokopasmowy internet na jednym z pierwszych miejsc strategii. Półtora roku temu w ramach programu Donalda Tuska „Polska cyfrowa” ustalono formalnie na poziomie rządu, że zostanie powołane centrum kompetencji i koordynacji ,które wesprze inwestorów samorządowych – do tej pory to się nie stało.

Czy jest pani w stanie stwierdzić w takim razie, kiedy w Polsce będzie szerokopasmowy internet?

Nie. Ustawa wprawdzie przyspiesza procedury uzyskiwania pozwoleń na budowę, ale to wciąż tylko 30 procent wszystkich działań, które powinny być wykonane.

Ile udało nam się zrobić do tej pory?

Na całym świecie państwa wydają gigantyczne pieniądze na szerokopasmowy internet, z własnych budżetów. Nie z darowizn unijnych, nie z kieszeni podatników. Rząd robi się muzealny, bo własnej strategii na wsparcie internetu nie buduje, ale przyjmując pieniądze od Unii Europejskiej zadeklarował się, że je wyda. Co więcej, zadecydował o tym, że część z tych pieniędzy wydaje administracja państwowa, a część samorządy. Niewielką część wydają przedsiębiorcy. Teraz rząd w połowie czasu wydatkowania tych pieniędzy, bo do 2013 roku możemy je kontraktować, nie umie tych pieniędzy inwestować. Zaledwie około 4 procent środków unijnych rząd wydał na inwestycje, od 2007 roku!

A co robią samorządy by zapewnić Kowalskiemu, mieszkającemu na wsi czy w małej miejscowości dostęp do internetu?

Samorządy wcale nie mają łatwiej. Nie mają w tej chwili pieniędzy na wkład własny. Po drugie zmieniły się różne zasady finansowe w prawie krajowym, co utrudnia samorządom rozliczanie inwestycji. A po trzecie samorządy nie dostają nawet podstawowego wsparcia - nikt ich nie edukuje w sprawie projektów telekomunikacyjnych. Prace nad projektami się niesamowicie przedłużają, a przekonanie rządu, że doradztwo jest potrzebne, jest bardzo trudne.

Doszliśmy do okresu wyborczego. Nikt już się nie interesuje robieniem czegoś innego poza kampanią. Niedługo będą wybory samorządowe. Politycy samorządowi również są niezainteresowani robieniem telekomunikacji, bo na tym się nie da przeciąć wstęgi. Oczywiście nie wszyscy, są bohaterowie, którzy wykonują fantastyczną robotę. Ale niestety należą do mniejszości. Przyjdą nowi i trzeba będzie ich znowu nauczyć, o co chodzi. Generuje się samoczynne opóźnienie.

Pieniądze z Unii przepadną?

Jak Kasandra ostrzegam rząd, cały czas, że my tych pieniędzy nie wydamy. Nie dość, że będzie wstyd, to na dokładkę stracimy ogromną szansę. Nie ma w całej Unii kraju, który by dostał tyle pieniędzy, co Polska. Jesteśmy jedyni. Nikt nam nie da żadnej kary, jeśli nie wydamy tych pieniędzy, ale to czyste marnowanie okazji, by w końcu zapewnić ludziom dostęp do szerokopasmowej sieci. Być może przez to nie będziemy mogli korzystać z elektronicznej administracji czy głosowania przez internet, nauki, korzystać z usług e-medycyny.

Pogłębi się też gigantyczne rozwarstwienie społeczeństwa. W miastach, gdzie świadczenie usług dostępu do internetu się opłaca i gdzie można zarobić, operatorzy chętnie inwestują, ale tereny wiejskie szczególnie tzw. „białe plamy” leżą w gestii rządu i tu powinny trafić jak najszybciej pieniądze unijne. To oznacza, że w miastach będziemy mieć internet nawet 120 mega, to już jest spotykane, ale na wsi nadal nie będzie nic. Jadąc do Wrocławia byłam zdumiona, bo na długim, dziesięciominutowym odcinku, operator nie zapewnił mi usług komórkowych. To znaczy, że ludzie, którzy tam mieszkają, nie mają ani komórek, ani internetu mobilnego i podejrzewam, że w takich wioskach nie ma też łącza stacjonarnego, może ewentualnie 128 kilo.

Jednak niektóre kraje europejskie, na przykład Finlandia, zapewnią obywatelom powszechny dostęp do sieci jako jedno z praw człowieka. Kiedy takie ustawowe szczęście dotknie Polaków?

Jest wiele warstw tego zagadnienia. Dla mnie to oczywiste, że prawo dostępu do internetu powinno być jednym z podstawowych praw człowieka. W czasach, gdy gospodarkę buduje się na informacji, a nie na węglu i stali, to osoba bez takiego dostępu jest skazana na niebyt. W Sudanie nie ma wody, u nas nie ma internetu. To dokładnie to samo. Jeżeli jako państwo podejmujemy decyzję, że dostęp do sieci jest prawem człowieka, to musimy znaleźć na to finansowanie. Nasze władze siłą rzeczy szukają źródeł pieniędzy w innych miejscach, bo budżet jest pusty. Jeśli znajdą w Komisji Europejskiej jakieś środki, to jest okej. Ale też często władze lubią sięgnąć do kieszeni podatnika czy przedsiębiorcy. A tak być nie może. Kraje, które uznały, że internet jest prawem człowieka, wprowadziły specjalne programy rządowe, które wspierają budowę sieci, a pieniądze brane są z budżetu, albo z budżetu unijnego.

Do tego istnieje jeszcze szereg mechanizmów wspierających. Tak, jak kiedyś wszyscy pracowali na odbudowę Warszawy po wojnie, tak w tych krajach wszyscy pracują nad budową powszechnego internetu. Prawnicy powinni zająć się przepisami, by te były przyjaźniejsze dla inwestorów. Skarbówka powinna zwalniać przedsiębiorstwa z podatków lub czasowo je zmniejszyć, by było taniej. Rząd powinien wdrażać programy wspierające samorządy, łącząc tym samym środki unijne z państwowymi. Przedsiębiorcy powinni ze sobą rozmawiać i dzielić obszary inwestycyjne, by pokrycie było mniej więcej równomierne, co akurat już zaczyna się dziać i rozmowy trwają. Ale to dopiero początek. Tymczasem mamy trzy miliardy euro w kieszeni, a rząd zastanawia się, czy nie nałożyć dodatkowych obowiązków na operatorów w postaci internetu jako usługi powszechnej.

Absurd?

Staram się coraz głośniej krzyczeć, ale rząd nie słucha prezesa UKE. Nie jest ani słyszana, ani słuchalna dla rządu, który jest wysoko, a prezes UKE gdzieś tam niżej. Nasze apele nie prowadzą kompletnie do niczego. W rządzie nawet nie ma komu doradzać, co zrobić, by internet w końcu stał się powszechny.

Ale teoretycznie politycy są za rozwojem internetu. Nawet Bronisław Komorowski ostatnio w debacie z blogerami przyznał, że chce naciskać na rząd w tej sprawie.

Nie znam kandydata, który by nie mówił o internecie. Ale "po owocach ich poznacie". Ci, którzy nie są przy władzy, może by chcieli coś zrobić, ale nie mogą. Z kolei rządzący nie robią nic. Obiecują, bo są wybory. Moim zdaniem to bardzo w złym guście. Należy robić, a nie gadać. Natomiast nie można rządowi odmówić jednej rzeczy: przeprowadził wielką pracę legislacyjną i poparł wspomnianą megaustawę, chociaż to UKE napisał pierwszy projekt. Rząd przynajmniej tu się okazał otwarty. Nie zmienia to jednak faktu, że cała reszta jest w kompletnej rozsypce. A ludzie do nas piszą, że w danej miejscowości nie ma internetu.

Samorządy nie pomagają, więc mieszkańcy piszą do UKE?

Tak, stworzyliśmy też mapy białych plam i ludzie tam się dopisują. Nieraz by się z nami kontaktować muszą na przykład się przejść do kafejki internetowej, czy napisać od znajomych, ale są też przypadki, że piszą do nas tradycyjną pocztą. Codziennie dostaję od 200 do 400 maili, z czego znaczna część dotyczy właśnie internetu. Skarg jest mnóstwo. Przed nami gigantyczna praca do zrobienia, ale żeby odnieść sukces, cała administracja musiałaby stanąć murem za tym celem.

Unia chce też, by dostęp do szybkiego internetu był w każdej szkole i urzędzie.

Tak, w urzędach jest już zapewniony dostęp do sieci. Ze szkołami jest różnie. Wiele placówek ma pracownie komputerowe i internet, ale problem dotyczy szkół w małych miejscowościach. Rząd chciał likwidować szkoły wiejskie i stworzyć zbiorcze, co spotkało się z protestem mieszkańców. Na skutek aktywności rodziców wiele z tych małych szkół postanowiło się utrzymać jako stowarzyszeniowe. Ale jest im niesamowicie ciężko, a internet jest gdzieś na dalszym miejscu priorytetów. MEN nie powinien się skupiać na liczeniu uczniów i szkół, tylko musi popatrzeć, czy informatyka jest wykorzystywana w programie nauczania. Dzieci powinny nabrać biegłości w posługiwaniu się internetem, bo to jest przyszłość.

Szkoły to jedno, są jeszcze przecież starsze osoby, które z internetem nigdy nie miały do czynienia. To też dyskryminacja. Czy jakieś kursy i bezpłatna edukacja w zakresie umiejętności informatycznych są możliwe do zrealizowania? To również jedno z założeń Unii.

Tutaj państwo też nie ma się czym chwalić. Może poza urzędami pracy, gdzie czasami są organizowane kursy komputerowe. Ale kursów musi być więcej, powinny być powszechnie dostępne, przede wszystkim dla osób o mniejszych dochodach. I mamy na to pieniądze, są środki na budowę popytu, wsparcie techniczne. Cała linia 8.3 w POIG jest przeznaczona właśnie na ludzi wykluczonych cyfrowo. W tym temacie jednak większą aktywność widzimy ze strony operatorów, którzy podejmują takie działania, niż ze strony rządu. Dwa miesiące temu rynek zawarł z rządem koalicję "Dojrzałość w sieci", zobaczymy, jak to się rozwinie. Mam nadzieję, że współpraca rynku z administracją da jakieś efekty. Edukacja internetowa zmienia perspektywy ludzi 50 plus na zatrudnienie i spokojną starość, a firmom daje możliwość zatrudnienia takich osób.

Nie powinniśmy traktować ani agendy, ani tych pieniędzy jako zaspokojenie oczekiwań Unii, czy żeby nas nie zaskarżyli do Trybunału. Powinniśmy robić to wyłącznie dla siebie i jeśli rząd tego nie zrozumie, to nigdy się za to nie weźmie. I wszystko będzie nadal szło żółwim tempem.

Rozmawiała Beata Ratuszniak

Tagi: polska, internet, rynek, gospodarka, rząd, wybory, budżet, praca, e-marketing, strategie
Źródło:
interaktywnie.com
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz