Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na

Coaching na Wyspach Szczęśliwych

0
Podziel się:

Przedstawię Ci historię Wiktora, z którym pracowałem w coachingu. Kiedy się do mnie zgłosił, powiedział, że ma w zasadzie tylko jeden cel — szczęście.

Coaching na Wyspach Szczęśliwych

Opowieść Wiktora

Przedstawię Ci historię Wiktora, z którym pracowałem w coachingu. Kiedy się do mnie zgłosił, powiedział, że ma w zasadzie tylko jeden cel -- szczęście. I nawet, jeśli zabrzmi to naiwnie, nie chce zajmować się swoją skutecznością, celami biznesowymi albo własną firmą. To wszystko miał za sobą. Żadne tam kariery, awanse, nie chodziło mu nawet o szczęście rodzinne, edukację dzieci, przyszłe inwestycje, to także już miał za sobą. Kiedy go poznałem, był ledwie po czterdziestce. Umówiliśmy się, że Wiktor przedstawi mi swoją historię w kolejnych mejlach i w ten sposób obaj przygotujemy się do podjęcia tematu tak ogólnego i jednocześnie enigmatycznego jak szczęście. Przez kolejne tygodnie Wiktor w każdy poniedziałek przesyłał mi jeden fragment swojej historii. A ja w ciągu tygodnia odpisywałem mu, zadając najczęściej tylko jedno pytanie dotyczące wniosków, jakie wysnuwał z opisanego etapu swojego życia. Wiktor przemierzył świat, szukając swojej drogi do szczęścia.

Oto stajesz się, Czytelniku, uczestnikiem intymnego spotkania, nie tylko świadkiem podróży dookoła świata w poszukiwaniu szczęścia, lecz również coachingowej podróży w głąb siebie.

Część pierwsza

Zacznę od rozwodu. Być może w dalszej części mojej opowieści napiszę o niektórych wątkach z dzieciństwa. Rozwód był dla mnie prawdziwym początkiem poszukiwania własnej tożsamości, był prawdziwym tąpnięciem. I zainicjował wszystkie zmiany, o których napiszę w dalszej części. Byłem zapracowany, może nawet nakręcony pracą. Przypadkiem, zaraz po studiach, trafiłem do branży ubezpieczeniowej i już w pół roku później okazało się, że nieźle zarabiam. Co więcej, moje zarobki zależały w dużej mierze od mojej skuteczności. Zacząłem w tak zwanym _ majątku _, czyli w ubezpieczeniach twardych, gdzie królowały samochodowe OC, AC i NNW. A potem ubezpieczenia mieszkań i domów. Bardzo szybko odkryłem, że to żyła złota. Nauczyłem się pozyskiwać klientów wszędzie. Najpierw to oczywiście byli znajomi i znajomi znajomych. Ale stopniowo mój krąg potencjalnych i już zdobytych klientów rozszerzał się. Dla wielu osób tak zwana sprzedaż masowa jest przerażająca, a nawet wymagająca. Trzeba się nachodzić, nabiegać, nagadać, żeby ktoś
powiedział _ Być może _. Tymczasem rozmowy przychodziły mi zawsze z łatwością, a sprzedaż ubezpieczeń to nic innego jak właśnie rozmowa. Bardzo szybko wymyśliłem sobie dwa hasła, od których przechodziłem do konkretu, czyli sfinalizowania sprzedaży. Stwierdzenie: _ Nie chcę ci nic sprzedać, chcę od ciebie kupić twoje kłopoty _ działało jak magiczne zaklęcie. Kiedy klient robił zaskoczoną minę, wiedziałem, że jest gotów powiedzieć Tak. Wtedy wypowiadałem drugie magiczne hasło: _ Wiem, że jesteś świetnym kierowcą, znam się na tym, a to oznacza w naszej firmie coraz wyższe rabaty z roku na rok. _ Paliłem, piłem, świetnie się bawiłem na firmowych szkoleniach i bardzo szybko zostałem jednym z przodujących agentów. Wtedy jeszcze firmy utrzymywały agentów etatowych. Dziś większość firm ubezpieczeniowych zrezygnowała z tego luksusu. Miałem więc pensję, samochód służbowy, telefon, komputer i jedną z najlepszych prowizji dzięki moim wynikom. W tamtych czasach to było naprawdę coś -- w pierwszym roku dostać stały etat i
wszystkie te cudowne gadżety. Czułem się królem życia. Moja żona, Agnieszka, także dostała pracę, ale u niej było inaczej niż u mnie: posada młodszego specjalisty w dawnym ministerstwie transportu załatwiona przez mamę, szefową departamentu w innym ministerstwie, nie cieszyła jej. Ja rozkwitałem, a Agnieszka gasła, nie miała pomysłu na siebie. Zaczęła coraz częściej mówić o dziecku i pewnego dnia stwierdziła, że jest w ciąży. Czuła się gotowa na macierzyństwo i wraz z tą wiadomością rozkwitła. W domu pojawiły się setki poradników, a potem ubranka, zabawki, leżaczki. W końcu siłami Agnieszki i teścia został przemalowany i przemeblowany jej dawny pokój, teraz pokój dziecięcy. Mieszkaliśmy wtedy na piętrze w domku jednorodzinnym teściów. Nie czułem się gotów na dziecko, ale też właściwie trudno mi było powiedzieć, na czym ta gotowość miałaby polegać. Wszystkim wydawało się to normalne, że w rok po ślubie spodziewamy się dziecka, a w sytuacji, kiedy dobrze zarabiam i odnoszę sukcesy, urlop wychowawczy Agnieszki
wydawał się uzasadniony. _ Świetny moment _, mówili wszyscy. I tak urodził się nasz syn. Właściwie niczym nie musiałem się zajmować, oprócz pracy i własnej kariery. Wycofany teść dawał swojej córce jedynaczce na wszystko pieniądze, a hiperaktywna teściowa brała na siebie te wszystkie _ babskie sprawy _. Co ciekawe, przy porodzie była ona, a nie ja. Przez wiele lat myślałem, że to normalne. Miałem przecież kolejny wyjazd służbowy, a teściowa zwykła na siebie brać wszystkie te _ babskie sprawy _. Szybko też się okazało, że codzienne obowiązki związane z malutkim Jacusiem podzieliły między siebie moja żona i jej matka. Agnieszka miała mi nawet za złe ten brak zaangażowania w kąpiele i przewijanie, ale w końcu sama odsuwała mnie ze zniecierpliwieniem, mówiąc: _ Zostaw, już wolę to sama zrobić. _ Byliśmy jednak szczęśliwą rodziną u progu wielkiego powodzenia. Ja na fali wznoszącej, która miała mnie wynieść bardzo wysoko. Z wysoka zaś spada się nie tyle długo, co raczej gwałtownie i bardzo szybko.

psychologia biznesu
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
KOMENTARZE
(0)