Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
Agata Kołodziej
Agata Kołodziej
|

Łapówka w XXI wieku: co sprytniejsi menedżerowie tworzą własne fundusze łapówkowe, o których szef nawet nie musi wiedzieć

0
Podziel się:

- Kilkanaście lat temu klient zapytał mnie, jak ma zaksięgować samochód, który odda komuś innemu - czy to środek trwały czy koszt. To była oczywiście łapówka i nawet tego nie ukrywał. Dziś takie rzeczy się już nie zdarzają – mówi w rozmowie z money.pl Mariusz Witalis, partner EY w dziale Zarządzania Ryzykiem Nadużyć. Dziś zamiast przysłowiowej koperty wręcza się fikcyjne faktury, zatrudnia pracowników, którzy nie istnieją, a co sprytniejsi maganerowie tworzą własne fundusze łapówkowe, o których szef nawet nie musi wiedzieć, choć wykłada na nie pieniądze.

Łapówka w XXI wieku: co sprytniejsi menedżerowie tworzą własne fundusze łapówkowe, o których szef nawet nie musi wiedzieć
(mat. prasowe/EY)
bETvMqlN

- Kilkanaście lat temu klient zapytał mnie, jak zaksięgować samochód, który odda komuś innemu. To była oczywista łapówka i nawet tego nie ukrywał - mówi w rozmowie z money.pl Mariusz Witalis, partner EY w dziale zarządzania ryzykiem nadużyć. Zamiast koperty wręcza się dzisiaj fikcyjne faktury i zatrudnia pracowników. Ekspert jest zdania, że gdyby ustawa inwigilacyjna weszła w życie wcześniej, uczestnicy głośnej afery autostradowej nie uniknęliby odpowiedzialności.

Agata Kołodziej, money.pl: Z raportu EY dotyczącego nadużyć gospodarczych na świecie wynika, że 34 proc. firm w Polsce uważa, że korupcja to duży problem. Na świecie twierdzi tak 39 proc. badanych, a w krajach z naszego regionu aż 50 proc. Naprawdę jest tak dobrze? Polacy przestali wręczać łapówki?

Mariusz Witalis, partner w dziale zarządzania ryzykiem nadużyć EY: Tak dobrze nie jest. Po prostu 800 agentów CBA patrzy i przez bardzo nasilone działania w ostatnich latach łapownictwo zwyczajnie zeszło głębiej do podziemia. Przestępcy używają coraz wymyślniejszych sposobów i trudniej ich złapać. To tylko pozór, że jest fantastycznie i udaje nam się korupcję wykorzenić.

Drugim powodem jest to, że pewnych obszarów nie uznajemy za korupcję. Na przykład bratanie się z klientami, drogie kolacje, upominki czy zapraszanie na koncert. Czy to łapówka? Duża część badanych przez nas firm uważa, że to jest zwyczajna relacja biznesowa.

bETvMqlP

Co w takim razie jest już łapówką, a co tylko niewinnym prezentem? Gdzie przebiega granica?

Granica jest bardzo trudna do ustalenia, mocno zależy od rodzaju prowadzonego biznesu. Mamy na to swoją metodę, tzw. test pierwszej strony gazety.

To znaczy?

Pracowników czy przedstawicieli działów sprzedaży pytamy tak: jeżeli działania, jakie podejmujecie ze swoimi kontrahentami, na przykład wyjście na kolację, upominek, zostałyby opisane w gazecie, to czy uznalibyście, że nic się nie stało? To nam daje jasną odpowiedź, gdzie ustawić granicę, co jest łapówką, a co nie.

Tworzenie kodeksów etycznych nie rozwiąże tego dylematu. Można i trzeba je tworzyć, ale one nigdy nie mają na celu wprowadzenia szczegółowej listy tysiąca zachowań niedozwolonych, a jedynie opisanie kierunku działania.

bETvMqlV

Wiadomo, że koperty już dawno wyszły z mody. Jak w takim razie wręcza się dziś łapówki?

Poziom wyrafinowania jest bardzo duży. Najczęściej załatwia się to tak: mój kontrahent ma firmę. Najlepiej, jeśli nie jest zarejestrowana na niego, ale na kogoś, z kimś jest związany. Jeszcze lepiej, jeśli nie będzie to ktoś z rodziny, bo rodzinę można skojarzyć po nazwisku, tylko kolega. Kolega też właściwie nie pierwszy lepszy, ale taki, którego nie mamy wśród znajomych na Facebooku, bo to też może naprowadzić kogoś na trop. I wtedy sprawa jest już prosta. Poprzez taką firmę zamiast koperty wręcza się fakturę za usługi, które nigdy nie zostały wykonane. Może to być również umowa zlecenie albo zatrudnienie fikcyjnego pracownika.

I już?

Proste, ale takie sytuacje trudno wykryć. Zdarza się również sponsorowanie bardzo drogich wyjazdów zagranicznych. To wakacje, które są zwyczajną łapówką, ale dla przykrywki tworzy się fikcyjną agendę, żeby udawać, że to konferencja naukowa albo wyjazd służbowy.

bETvMqlW

Łapówka może być zwykłym przelewem na zagraniczne konto, ale może być też faworyzowaniem kogoś w relacjach biznesowych. Prezenty rzeczowe zdarzają się już coraz rzadziej. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu, kiedy zaczynałem swoją pracę, pewien klient zapytał mnie, jak zaksięgować samochód, który chce wręczyć jako łapówkę – jako środek trwały czy jako koszt. Dziś już to się nie zdarza.

Zdziwiło pana coś kiedyś w pracy bardziej niż to pytanie?

To, co czasami mnie dziwi, to poziom bezczelności ludzi. Miałem kiedyś przypadek menedżera, który płacił duże łapówki w gotówce, ale nie w tym rzecz. Wyjątkowe było to, że ta osoba fałszowała rachunki służbowe, przedstawiała fikcyjne faktury z hoteli, restauracji i nie przedstawiała ich firmie sama, tylko prosiła podwładnych, żeby próbowali uzyskać zwrot tych kosztów, a sama te rachunki akceptowała.

Potem pieniądze wyłudzone z firmy w ten sposób odbierała od pracowników i dawała z nich łapówki, w celach firmowych oczywiście. Stworzyła mechanizm, który zasilał jej prywatny fundusz korupcyjny. To było dość trudne do udowodnienia, bo ten menedżer nie był bezpośrednio związany z tymi pieniędzmi, na wszystkich kwitach widniały nazwiska innych pracowników. Dopiero kiedy jeden z nich zaczął mówić, bo miał już tego dość, wszystko się wydało.

bETvMqlX

Czy w polskich firmach rzeczywiście działają fundusze łapówkowe, czy to miejska legenda?

Raczej nie działa to tak, że oficjalnie jakiś procent dochodów firmy jest odkładany na specjalne konto, z którego wręcza się łapówki. To jest raczej inicjatywa menedżerów, a nie oficjalna strategia zarządu czy właściciela firmy. Menedżerowie kupują fikcyjne faktury, co w Polsce wciąż nie jest problemem, i z tych pieniędzy tworzą swój własny fundusz.

Najprostsza sytuacja, jaką obserwowałem nie tylko w Polsce, ale w kilku różnych krajach wygląda tak: pracownik idzie na stację benzynową i zbiera stamtąd rachunki, których ktoś nie zabrał i przedstawia jako własne wydatki, a firma oddaje mu pieniądze. To samo robi w restauracji.

W ten sposób oczywiście nie zdobędzie wielkich środków. Jeśli w grę mają wchodzić większe pieniądze, wtedy musi mieć zaprzyjaźnionego kontrahenta. Mówi mu: masz dla mnie fakturę na 10 tys. zł, ale wystaw ją na 20 tysięcy, bo ja potrzebuje trochę więcej kosztów. I wtedy ma "górkę", którą może wykorzystać na fundusz łapówkarski.

bETvMqlY

Jakiego rodzaju łapówki są w Polsce większym problemem: te drobne czy te na wielkie sumy?

Problem drobnych łapówek, historycznie niemal zakorzenionych w naszym kraju, rzeczywiście nieco się zmniejszył. Chodzi o takie, które ciągle występują za naszą wschodnią granicą – żeby coś załatwić, dostać się do szpitala, dostać paszport albo uniknąć mandatu, kiedy zatrzyma nas policja. Duże łapówki natomiast są coraz staranniej przygotowywane i trudniej je wykryć.

Czy to jest problem bardziej na styku biznes-administracja publiczna czy firma-firma?

Postrzeganie zawsze było takie, że prawdziwa korupcja to korupcja urzędnicza. Ktoś płaci za wydaną po jego myśli decyzję administracyjną, przyznanie koncesji itp. To, co obserwujemy obecnie, znaczniej częściej dotyczy korupcji pomiędzy firmami. Pracownikom często wydaje się, że to jest dla nich biznesowa okazja życia, bo jeśli wydarzy im się kilka takich sytuacji, to już właściwie nie muszą pracować.

Są branże narażone na łapówkarstwo bardziej niż inne?

Są. Z powodów historycznych jest to budowlanka czy usługi, ale też żadnej branży to nie omija. Im większe pieniądze i większa władza w rękach menedżerów i pracowników, tym większe ryzyko, że coś się wydarzy.

#

Jak takie sprawy wychodzą na jaw?

Wyrachowanie łapówkarzy i ich pomysłowość są tak duże, że często trudno dotrzeć do takich przestępstw i je udowodnić. Najlepszą sytuacją jest sygnał od kogoś z wewnątrz, na przykład pracownika, który wie, że dochodzi do nadużyć. W Stanach Zjednoczonych nazywa się go whistleblowerem.

Ale w Polsce tacy ludzie dostają łatkę donosiciela.

To prawda. I dlatego u nas są to rzadkie sytuacje. Są pojedyncze firmy, które uruchamiają kanały, przez które można anonimowo zgłaszać nadużycia, i widać, że po latach to przynosi rezultaty, ale to wymaga czasu.

Rozmawiałem kiedyś z klientem, który założył w firmie taką linię telefoniczną. Zapytałem go, ile telefonów odbiera, on mi mówi: od roku nikt jeszcze nie zadzwonił. To nie znaczy, że w firmie nic złego się nie dzieje, to po prostu nie jest najlepiej działająca linia etyki.

Ja słyszałam o firmie, która stworzyła taką skrzynkę na listy, do której można było anonimowo wrzucać informacje o nieprawidłowościach. Też przez wiele miesięcy była pusta. Dlaczego? Bo tuż nad nią zamontowana była kamera monitoringu. Chyba nie było to celowe. Polskie firmy jeszcze najwyraźniej nie potrafią tego robić.

I w efekcie ludzie się boją. Mieliśmy taki przypadek zmowy pracowników w pewnej firmie z branży energetycznej. Ta szajka w systemowy sposób omijała procedury kontrolne. Poszczególni ludzie byli porozrzucani po różnych działach, dlatego nie dało się ich łatwo namierzyć. W takich sprawach, jeśli nie będzie jednego skruszonego, który się wyłamie i w końcu poinformuje szefów o tym, co się dzieje, to długo nikt się o tym nie dowie. To jest jak walka z mafią. Ale ten skruszony musi mieć zapewnione bezpieczeństwo.

A w Polsce nie ma.

I dlatego pracownicy po prostu boją się mówić głośno.

Tego bezpieczeństwa brakuje na poziomie prawnym?

My takiemu sygnaliście, jak go nazywamy, nic nie gwarantujemy. Dlatego najczęściej są to osoby już z pracy zwolnione, które nie mają nic do stracenia. Czasami aktywiści, którzy chcą walczyć z nieprawidłowościami, a czasami ktoś działa w złej wierze - z zemsty, żeby komuś zaszkodzić. Zwykle mamy do czynienia z ludźmi działającymi w dobrej wierze, a oni mają do stracenia wszystko. Po pierwsze można ich zwolnić, pojawia się też ostracyzm ze strony kolegów, a kiedy już pójdą zeznawać do sądu, nie są chronieni. Ostatecznie występują przeciwko firmom i te sprawy przegrywają.

Kiedyś taki sygnalista powiedział mi, że nie będzie zeznawał w sądzie, bo ma żonę i dwójkę dzieci i jak straci pracę, nie będzie miał ich z czego ich utrzymać. On wiedział o przestępstwach swojego szefa, wychylił się i usłyszał od niego: „słuchaj, jak się pomawia innych, to można stracić pracę, więc zastanów się”. Bał się. Rozumiem go.

Tymczasem da się ten problem rozwiązać na poziomie prawnym, czego przykładem są Stany Zjednoczone.

Od 2010 roku w USA obowiązuje ustawa Dodd-Frank Act, która powoduje, że za zwolnienie sygnalisty grożą sankcje karne. Więcej, whistleblower dostaje wsparcie pieniężne. To działa jak znaleźne, whistleblowerowi przysługuje od 10 do 30 proc. kary, jaka zostanie nałożona na firmę dzięki informacjom od niego.

Niektóre kraje w naszej części Europy zaczęły już wprowadzać takie regulacje, jak choćby Słowacja czy Węgry. Chodzi o to, żeby wprowadzić dla nich ochronę prawną, żeby mogli być inaczej traktowani, żeby chronić ich dane osobowe. Każdy, kto kiedykolwiek zeznawał, wie, że pierwsze, o co się go pyta, to dane osobowe. I od razu druga strona wie, kto "sypie", zna jego adres, wie, jak dotrzeć do jego rodziny. Tymczasem taki sygnalista powinien być chroniony niemal jak świadek koronny.

Podczas prezentowania wyników światowego raportu na temat nadużyć w biznesie wspomniał pan o zmowie przetargowej przy budowie autostrad. Ta głośna sprawa została ujawniona w 2012 roku właśnie dzięki temu, że ktoś w końcu sypnął. Firmy ustalały ceny za pomocą pamiętnego szyfru: "Powiedziałem, że nie spuszczam majtek. - Ale mnie chodzi, kurde, że majtki podciągnąć wyżej jeszcze, no..." - tak firmy ustalały ceny. I nagle kilka dni temu wszyscy zostali prawomocnie uniewinnieni.

Sposób zbierania dowodów był niewłaściwy, ponieważ sprawa miała miejsce jeszcze przed wprowadzeniem ustawy inwigilacyjnej, która dopuszcza owoce z drzewa zatrutego, czyli takie, które nie zostały zdobyte we właściwy sposób przez służby w wyniku prac operacyjnych. Ta sprawa zakończyła się ze względów proceduralnych.

Jak tu wierzyć, że warto ujawniać takie sprawy?

Niestety większości trudno jest uwierzyć. Potwierdza to nasze badanie, w którym 58 proc. respondentów powiedziało, że ich zdaniem regulatorzy i organy ścigania są nieskuteczne w walce z korupcją. Tylko 12 proc. uznaje, że w sposób skuteczny ściga się korupcję w Polsce.

Dziś ta sprawa z przetargami na budowę A2 mogłaby się skończyć inaczej? Chce pan powiedzieć, że ustawa inwigilacyjna mogłaby coś zmienić na lepsze?

Dziś jest więcej możliwości po stronie organów ścigania, zarówno jeśli chodzi o tzw. owoce z drzewa zatrutego, jak techniki operacyjne policji, które rzeczywiście wzbudzają wiele kontrowersji. One zostały stworzone głównie z myślą o terroryzmie, a nie o łapówkarstwie, ale spodziewam się, że to będą techniki, które w sprawach korupcyjnych też będą używane, bo inaczej bardzo trudno jest coś komuś udowodnić.

bETvMqmq
wiadomości
gospodarka
Źródło:
money.pl
KOMENTARZE
(0)